logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Czy ktoś nam pomoże?

Niedziela, 10 kwietnia 2016 (20:37)

Aktualizacja: Niedziela, 10 kwietnia 2016 (20:52)

Na uznanie prawdy o zbrodni katyńskiej rodziny ofiar i rodzina rodzin – Polska czekały blisko pół wieku.Tę prawdę – choć w niepełnej skali – poznaliśmy prędko, od momentu odkopania dołów katyńskich i dopuszczenia do nich przedstawicieli Międzynarodowej Komisji Lekarskiej.

Poznaliśmy – bo była wygodna dla jednej ze stron globalnego konfliktu, jaki w owym czasie niszczył świat. Niemcy Adolfa Hitlera chciały, byśmy poznali prawdę o Związku Sowieckim Józefa Stalina. Anglosascy sojusznicy Stalina, by nie urazić „wujka Joego”, tej prawdzie nie pozwolili ujrzeć światła dziennego w czasie trwającej wojny, a potem, skompromitowani współudziałem w kłamstwie, przez lata i dziesięciolecia tuszowali sprawę niewątpliwej – o czym doskonale wiedzieli – sowieckiej zbrodni. Dopiero upadek, a raczej głęboka transformacja systemu politycznego Moskwy pozwoliła na oficjalne potwierdzenie faktu samej zbrodni, a następnie ustalenie dodatkowych, ważnych jej okoliczności, które można było zbadać po uchyleniu, na moment, drzwi do archiwum sprawców.

Prawdy o tym, co stało się 10 kwietnia 2010 roku z samolotem Tu-154M, co spowodowało śmierć 96 jego pasażerów – nie znamy jeszcze. Na razie odsłania się prawda o wielkim kłamstwie, jakie budował w sprawie tej tragedii rząd Donalda Tuska. Choćby ostatnio ujawniona, potworna w swej wymowie informacja, iż wiedząc już od września 2010 roku o dokonanej w Moskwie zamianie ciał w trumnach ofiar, w tym ciała prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego, ukrył tę informację przed opinią publiczną. Wiemy coraz więcej o tych manipulacjach, w które uwikłał się tamten rząd, podległa mu prokuratura, media i setki tysięcy ludzi, którzy przyjęli, chcieli przyjąć, serwowane im kłamstwa. Tworzą oni dzisiaj pewną szczególną wspólnotę, połączoną niechęcią, a nawet otwartą wręcz wrogością wobec dalszego dochodzenia prawdy o tym, co stało się 10 kwietnia. Mogą na wynikach tego dochodzenia tylko stracić. Stracić twarz – co najmniej. A stracić twarz to bolesna sprawa.

Sojusznicy zawiedli

10 kwietnia 2010 roku zginęła głowa państwa, jednego z państw członkowskich NATO, zginęło także dziewięciu generałów sił zbrojnych należących do Paktu, zginęło 96 obywateli państwa – kraju członkowskiego Unii Europejskiej. Nasi wielcy sojusznicy z NATO ani z Unii nie chcieli nawet do obiegu publicznego dopuścić hipotezy o zamachu, która mogłaby rzucić cień na gospodarza wizyty w Smoleńsku. Decyzja rządu polskiego, który zrezygnował z oczywistego w takim wypadku żądania powołania międzynarodowej komisji do badania okoliczności katastrofy, była dla nich bardzo wygodna. Wciąż obowiązywała wtedy – zarówno w Waszyngtonie, w Brukseli, jak i w Berlinie – nadzieja na światłe reformy przeprowadzane w Rosji przez prezydenta Miedwiediewa, nadzieja na przedłużenie znakomitej międzyimperialnej współpracy z Moskwą.

Ta nadzieja nie umiera łatwo. Zbyt potężne interesy gospodarcze i polityczne ją podtrzymują, by z niej rezygnować. Tragedię smoleńską o dwa dni poprzedzał uścisk dłoni prezydenta Obamy i prezydenta Miedwiediewa przy okazji podpisania nowej umowy START (o ograniczeniu strategicznych zbrojeń nuklearnych) w Pradze. Obok Obamy stała i ściskała rękę rosyjskiego prezydenta ówczesna sekretarz stanu Hillary Clinton. Dzień przed katastrofą prezydent Rosji przyjął uścisk dłoni innych przywódców, tym razem europejskich: Gerharda Schroedera, holenderskiego premiera Jana Petera Balkenendego, francuskiej minister spraw zagranicznych Anne-Marie Idrac oraz komisarza Günthera Oettingera. Okazją do tych czułości było otwarcie budowy Nordstream. Trudno się dziwić (choć oburzać się można), że w tej sytuacji 10 kwietnia musiał być zinterpretowany jako „głupi wypadek”, który nie może zakłócić tej harmonii.

Wyznawcy sekty Anodiny

Dziś jednak sytuacja – zarówno wewnątrzpolityczna, jak i międzynarodowa – kształtuje się odmiennie niż w 2010 roku. Władimir Putin, po oficjalnym powrocie do pełnej władzy, zdecydował się zademonstrować ją w taki sposób (choćby przez aneksję Krymu, całkowite skompromitowanie prezydenta Obamy w Syrii, wreszcie podjęcie bombardowań ludności cywilnej tamże i wypychanie przez to kolejnych fal tzw. uchodźców do Europy), że kwestia 10 kwietnia wygląda w tym kontekście nieco inaczej aniżeli sześć lat temu.

Łatwiej można dziś podważyć całkowicie absurdalne założenie, jakie przy aplauzie Zachodu przyjęto bezpośrednio po tragedii smoleńskiej – założenie o pełnej, uczciwej kooperacji strony rosyjskiej (Putina) w wyjaśnianiu przyczyn tej tragedii. Wtedy rzecznik Tuska, pan Graś, gotów był po rosyjsku przepraszać za każdą próbę podważenia tego założenia. Dziś wiarygodności generał Anodiny, postawionej na czele komisji, która ogłosiła oficjalną wersję przebiegu katastrofy smoleńskiej, nie uznaje nawet strona rosyjska (tak się złożyło, że generał musiała uciekać do Francji w listopadzie 2015 roku przed oskarżeniami o gigantyczną korupcję). Akceptuje ją tylko, powiedzmy, w 99 procentach „Gazeta Wyborcza”, TVN, komisja Millera, pan Lis, a także obecnie największy obrońca zagrożonego w Polsce życia bocianów – pan Tusk z Brukseli oraz inni pomniejsi krajowi wyznawcy sekty gen. Anodiny.

Jeżeli podważymy kłamstwo, możemy zacząć zbliżać się do prawdy, jaka by ona nie była. Jednak jeśli nasze poszukiwania, możliwe tylko na podstawie rzetelnie zbadanych poszlak – ponieważ najważniejsze dowody zatrzymane są nadal przez Rosję – doprowadzą nas w stronę pytania o rolę rządu Donalda Tuska w zaniedbaniach prowadzących do katastrofy albo – co gorsza – ku kwestii odpowiedzialności kogoś z Rosji za to, co się stało 10 kwietnia, wówczas nie możemy na pewno liczyć na wsparcie ze strony najważniejszych polityków Unii. Berlin i cała dominująca w europarlamencie frakcja „chadecka” (co za upadek tej formacji!!!) będą chronić swojego pupila na brukselskim stolcu. Oczywiście, Berlin, zwłaszcza pani kanclerz, ma teraz inny zupełnie problem na głowie: miliony tzw. uchodźców, potencjalny Brexit, „bunt mas”, nie tylko polskich, ale także francuskich, holenderskich, coraz bardziej również niemieckich przeciw polityce „otwartości” bez granic. Niestety, wielu z tych „zbuntowanych”, z wyborców, którzy gotowi są odwrócić się od obecnego politycznego establishmentu zachodniej Europy, patrzy z nadzieją, a w każdym razie jako na najlepszy wzór – na Władimira Putina. To jest dla nich „mocny człowiek”, „ostatni Europejczyk”, znakomicie zresztą podbudowujący swój image finansowym wsparciem dla rozmaitych organizacji niezadowolonych z obecnego kształtu Europy (od partii Marine Le Pen i Pegidy do „secesjonistów” Anglii z UE i szkockich z Wielkiej Brytanii). Ostrzejsze występowanie przeciw Rosji Putina na pewno nie zwiększałoby szans wyborczych obecnych władców Europy na utrzymanie własnego panowania.

Tylko zaostrzenie konfliktu turecko-rosyjskiego może ewentualnie przynieść konieczność opowiedzenia się przywódców europejskich po którejś ze stron, a Turcja może w swej rozgrywce o przyszłość wyciągnąć każdy atut, także ten, który być może znajduje się w Smoleńsku. Prezydent Erdogan wydaje się godnym przeciwnikiem prezydenta Putina. Dlatego też jednak może równie szybko się z nim porozumieć. Obaj doskonale opanowali technikę Realpolitik.

W Ameryce otwarty nihilista Donald Trump już ogłosił gotowość do kolejnego „resetu” w stosunkach z Putinem. Pani Clinton jako sekretarz stanu z 2010 roku ma powody, by nie zgłębiać zbytnio pytań, czy Ameryka wówczas coś wiedziała o okolicznościach katastrofy smoleńskiej, czy też nie. Dociekliwość w tej sprawie mogłaby okazać się obciążająca dla niej osobiście. Ted Cruz, ostatni z realnych jeszcze dzisiaj kandydatów na urząd prezydenta USA, ma najmniej powodów, by się obawiać tematu smoleńskiego. Ale to już od polskiego rządu i od zorganizowania nacisku amerykańskich obywateli polskiego pochodzenia w tej sprawie może zależeć, czy zechce wesprzeć polskie śledztwo amerykańską pomocą.

Rosja trzyma klucz

Nie, proszę Państwa, łatwo wcale nie będzie. Czy będziemy musieli czekać aż 50 lat na prawdę o Smoleńsku? Nie wiem. Wydaje mi się jednak, że tak jak w sprawie Katynia, kluczem do tej prawdy, a na pewno do jej uznania międzynarodowego, pozostaje stanowisko samej Rosji. Tylko zmiany w niej zachodzące mogą doprowadzić do „odmrożenia” najważniejszych dokumentów. Niestety, wielu potencjalnie kluczowych świadków już głosu nie zabierze na pewno. Zginęli w tajemniczych okolicznościach („samobójstwo” albo „przemęczenie”), m.in. szef FSB z Tweru gen. Konstantin Moriew – szef kontrolerów ze Smoleńska (o nich samych słuch w ogóle zaginął), kluczowe postaci z wywiadu wojskowego, GRU – pułkownik Siergiej Tretiakow, generałowie Wiktor Czewrizow, Igor Siergun… Nie tylko w Polsce giną świadkowie tej sprawy. Jednak w Rosji, taka tradycja, archiwa nie płoną, przynajmniej nie doszczętnie. I kiedy prezydent Putin odejdzie, a kres przychodzi na każdego, dla kogoś kiedyś może być wygodne uchylenie rąbka tajemnicy smoleńskiej.

Powtórzmy: klucz do niej pozostaje w Rosji. Polska może i powinna o ten klucz się dopominać. Nieugięcie. Na pomoc Zachodu trudno liczyć.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Prof. Andrzej Nowak

Nasz Dziennik