Dzisiaj już żaden polityk nie zapewnia nas o tym, że Polacy powinni być dumni z tego, że były premier objął funkcję przewodniczącego Rady Unii Europejskiej. Wokół sprawowanej przez niego funkcji w UE więcej jest politycznych kalkulacji niż radości i atmosfery sukcesu.
Czy leci z nami prezydent?
Wszyscy pamiętamy jeszcze, choć niektórzy woleliby o tym zapomnieć, jaki entuzjazm wybuchł w środowiskach liberalno-lewicowych w Polsce na wieść o wyborze Tuska na przewodniczącego Rady UE. Porównywano to polityczne zdarzenie do największych sukcesów Polski, historycznych wydarzeń. Euforia opadła szybko, gdy okazało się, że zainteresowany nie posługuje się biegle żadnym z najważniejszych języków roboczych UE: angielskim czy francuskim. Na pierwszej konferencji prasowej po wyborze zapewniał, że będzie uczył się języka angielskiego codziennie, i słowa dotrzymał. Dyplomaci okrzyknęli więc „prezydenta” Europy najlepiej opłacanym uczniem języka obcego w Europie. Ten czas przeznaczony na naukę języka obcego bezpowrotnie zaważył na złej opinii, która bardzo szybko zaczęła krążyć po Brukseli na temat nowego przewodniczącego Rady UE, który nie ma czasu na pracę, gdyż musi godzinami uczyć się słówek.
Na efekty tych zaniedbań nie trzeba było długo czekać. Brak standardowych odpraw i spotkań z ambasadorami akredytowanymi przy UE, brak wywiadów w prasie, telewizji. Najbardziej spektakularnym zaniedbaniem Donalda Tuska w pierwszym okresie urzędowania było skrócenie do paru stron tzw. konkluzji Rady UE – najważniejszego dokumentu w pracach przewodniczącego Rady. Konkluzje określają kierunek prac legislacyjnych, politycznych i dyplomatycznych Unii Europejskiej, wydawane są minimum raz na kwartał. Był to dokument bardzo precyzyjny, zazwyczaj liczył kilkanaście, nawet do 40 stron. Od kiedy funkcję przewodniczącego objął były polski premier, dokument ten ograniczył się do kilku haseł, nieprecyzyjnych sformułowań na zaledwie kilku stronach. Skok jakościowy, sprecyzujmy, że chodziło o skok w dół, był aż nadto spektakularny.
Po pierwszych miesiącach urzędowania „prezydenta” Europy mówiono o nim, że jest leniwy, zakompleksiony z powodu nieznajomości języków. Na pierwszym wystąpieniu w Parlamencie Europejskim, na które zdecydował się po półrocznych intensywnych kursach językowych, europosłowie zarzucali mu brak przywództwa. Niektórzy mówili wprost, że jest po prostu najmłodszym polskim emigrantem, który przyjechał po zarobki wielokrotnie większe niż polskiego premiera. Przewodniczący Rady UE zarabia bowiem rocznie milion złotych.
Wtedy jednak Donald Tusk korzystał jeszcze z parasola ochronnego. Polityczny parasol zapewniała mu jego wieloletnia mentorka Angela Merkel. Parasol medialny chroni cały brukselski establishment. Niektórzy dziennikarze co najwyżej mówili o licznych mankamentach polskiego przewodniczącego, ale żaden nie odważył się w pierwszym półroczu o tym napisać. Chlubnym wyjątkiem były tutaj media katolickie w Polsce, które już w styczniu 2015 roku, na wiele miesięcy przed otwartą krytyką Tuska w Europie, zaczęły o tym mówić wprost (Telewizja Trwam, „Nasz Dziennik”). Na wiosnę 2015 roku zaczęła się w Europie już powszechna medialna krytyka przewodniczącego Rady.
Z tego letargu politycznego wyrwała Tuska kampania prezydencka w Polsce. Na wiosnę ubiegłego roku stało się jasne, że system polityczny stworzony przez PO i jej byłego lidera zaczyna się chwiać w posadach. Jednak w otoczeniu Tuska nikt nie dopuszczał myśli, że prezydentem i premierem Polski może zostać kandydat Prawa i Sprawiedliwości. Końcówka kampanii prezydenckiej w Polsce niczym napój energetyzujący pobudziła Tuska i jego otoczenie do zwielokrotnienia aktywności. Dodatkowo po zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich, gdy sukces Prawa i Sprawiedliwości zaczął być coraz bardziej realny, pojawił się jeszcze jeden motyw do zwiększonej aktywności – Prawo i Sprawiedliwość po dojściu do władzy mogłoby chcieć wprowadzić w życie swój postulat ukarania winnych katastrofy smoleńskiej i licznych afer z epoki, gdy premierem był Donald Tusk.
Można powiedzieć, że od chwili powołania we wrześniu 2014 roku na stanowisko szefa Rady UE Donald Tusk nie zaprezentował żadnych ciekawych deklaracji i planów, a po prostu wpisał się w wizję sprawowania swojego urzędu bliską niemieckim politykom i brukselskiemu establishmentowi. Szczyty europejskie wyraźnie zwoływane są i prowadzone pod dyktando Angeli Merkel. Nawet te dotyczące kryzysu greckiego.
Prezydent Europy nie istnieje
W tym miejscu należy wyraźnie przypomnieć, że nie istnieje funkcja prezydenta UE, o której z taką emfazą informowali nas po wyborze Tuska jego koledzy z Platformy Obywatelskiej. Funkcja, którą pełni Donald Tusk, to przewodniczący Rady Europejskiej. Polega ona na technicznym organizowaniu posiedzeń przywódców państw i rządów krajów UE. Nic więcej. To taki szczególny rodzaj szefa protokołu dyplomatycznego. Główną polityczną jego prerogatywą jest redagowanie wspomnianych konkluzji Rady, które oczywiście nie mogą być wbrew woli głównych państw UE i muszą być zaakceptowane przez wszystkich szefów państw i rządów w czasie szczytu. Przewodniczący Rady nikomu, oprócz swoich urzędników, nie wydaje poleceń. Raczej słucha i wykonuje polecenia innych.
Pozycja przewodniczącego Rady zależy bezpośrednio od woli politycznej najsilniejszych państw UE, co szczególnie widoczne jest chociażby przy jego wyborze. Dokonuje się on poprzez porozumienie polityczne szefów państw i rządów. W takich sytuacjach najmocniejsi mają najwięcej do powiedzenia. Choć wybór kwalifikowaną większością głosów jest dopuszczalny, w praktyce dąży się do jednomyślności. Koniec kadencji Tuska przypada na wiosnę 2017 roku. Ewentualne przedłużenie kadencji Tuska na kolejne 2,5 roku będzie wymagało zgody wszystkich państw, w tym rządu Prawa i Sprawiedliwości.
Każde państwo odegra tutaj bardzo ważną rolę. Węgry mają prawo wypomnieć Tuskowi jego inercję w czasie kryzysu imigracyjnego. Jeśli chodzi o poparcie Niemiec, to rodzi się pytanie, czy kanclerz Angela Merkel będzie jeszcze miała takie jak obecnie wpływy w Niemczech w przyszłym roku, który jest rokiem wyborczym u naszego zachodniego sąsiada.
W końcu pozostaje pytanie o polską dyplomację – od kilku miesięcy wyraźnie widać, jak ambasadorzy w naszych placówkach prześcigają się w promocji Tuska. Skoro więc ta nielojalna wobec obecnego rządu korporacja domaga się tak bardzo pozostawienia Tuska na stanowisku, to może jest to najlepszy dowód na to, że powinien on jednak wrócić z brukselskiej emigracji do Polski.
Donald Tusk nie odpowiedział za swoje decyzje przed Polakami i instytucjami RP, za swoje działania i decyzje z okresu premierostwa, za niewyjaśnione do dzisiaj afery. Bruksela nie może oznaczać spokojnego azylu dla skompromitowanego polityka, tak samo jak wyjazd na placówkę dyplomatyczną nie może być formą unikania odpowiedzialności. Z funkcji ambasadora został wezwany z Madrytu do kraju Tomasz Arabski. Dlaczego nie miałby być wezwany do Polski Donald Tusk? Czym innym jest mówienie o zasadzie popierania na stanowiska międzynarodowe obywateli polskich, a czym innym odpowiedzialność za swoje czyny.
Tusk zaczął walkę o drugą 2,5-roczną kadencję, stosując te same metody, które pozwoliły mu przetrwać. Czas pokaże, jakie przyniosą one efekty.

