logo
logo

Zdjęcie: E.Sądej/ Nasz Dziennik

Trawa zamiast zboża

Piątek, 23 listopada 2012 (02:34)

Nowe przepisy UE zagrażają bezpieczeństwu żywnościowemu Europy.

Reforma Wspólnej Polityki Rolnej, nad którą intensywnie pracujemy w Parlamencie Europejskim, ma przed sobą trzy główne cele. Po pierwsze - zapewnienie dostaw żywności dla 500 milionów mieszkańców Unii Europejskiej, żeby nie zabrakło im chleba. Po drugie - ochronę środowiska przed nazbyt intensywnymi metodami uprawy. I po trzecie - utrzymanie równowagi terytorialnej mającej zapobiec migracji ze wsi do miast.

Przybliżę nieco drugi z tych celów - ochronę środowiska. Już od dawna rolnicy europejscy, w tym polscy, są obowiązani do spełniania różnych wymagań środowiskowych w ramach tak zwanych programów rolno-środowiskowych, które dotyczą na przykład instalacji płyt gnojowych czy też spełniania warunków dobrostanu zwierząt.

W polityce rolnej planowanej na lata 2014-2020 wymogi środowiskowe mają się zasadniczo zwiększyć. Komisja Europejska proponuje wprowadzenie tak zwanego zazielenienia Wspólnej Polityki Rolnej (ang. greening), polegającego na uzależnieniu dopłat bezpośrednich dla rolników od spełnienia specjalnych warunków w zakresie ochrony środowiska.

7 procent nieużytków i co najmniej 3 uprawy

W ramach zazielenienia szczególne znaczenie (według projektu Komisji) mają dwa obowiązki.

Pierwszym z nich są tak zwane obszary ekologiczne. Każdy rolnik otrzymujący dopłaty ma obowiązek wyłączenia spod produkcji rolnej co najmniej 7 procent powierzchni swoich gruntów. Mają to być wszelkiego rodzaju nieużytki, zalesienia, zakrzaczenia, rowy i inne temu podobne obszary nieuprawiane. Chodzi o to, żeby na europejskich polach monotonię upraw przerywały tu i ówdzie jakieś fragmenty na wpółdzikiej przyrody.

Drugim istotnym obowiązkiem ma być dywersyfikacja upraw. Każdy rolnik pobierający dopłaty będzie się musiał wykazać co najmniej trzema uprawami rolniczymi w swoim gospodarstwie, przy czym największej uprawy nie może być więcej niż 70 procent, a najmniejszej nie mniej niż 5 procent.

Chodzi tu o przeciwdziałanie monokulturom, aby na wielkich połaciach ziemi kilometrami nie ciągnęły się plantacje tej samej uprawy.

Wszystko to wydaje się słuszne, wszyscy rozsądni ludzie chcą rolnictwa, które dla środowiska jest przyjazne, a jednak obie te propozycje wzbudzają w Parlamencie Europejskim wielkie wątpliwości.

Także moje, a wyrażam je w czasie prac nad projektem rozporządzenia dotyczącego systemu dopłat bezpośrednich, w czasie których to prac reprezentuję grupę Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, czyli frakcję polityczną, do której należy Prawo i Sprawiedliwość.

Jedno lekarstwo na różne choroby

Zasadniczą wątpliwość budzi idea wyłączenia 7 procent gruntów na tak zwane obszary ekologiczne. To przede wszystkim ogromny ubytek ziemi uprawnej, czego konsekwencją będzie zmniejszenie produkcji roślinnej w Europie, głównie zbóż; szacuje się, że o około 20 milionów ton rocznie. Tę brakującą ilość trzeba będzie sprowadzić ze świata. Istnieje podejrzenie, że być może o to właśnie chodzi lobby handlowemu mającemu w UE ogromne wpływy, by wyprodukować mniej zboża w Europie i zarobić na jego imporcie z krajów trzecich.

W debatach nad tym pomysłem podnoszę argument, że Komisja, proponując owe 7 procent, zachowuje się tak, jakby aplikowała jedno lekarstwo na zupełnie różne choroby. Zapewne we Francji czy Niemczech może pojawić się problem braku tych obszarów ekologicznych. Zwłaszcza we Francji, gdy jedzie się wzdłuż autostrady, kilometrami ciągną się te same uprawy kukurydzy czy pszenicy. Tam przydadzą się jakieś przerwy stanowiące obszary ekologiczne.

W Polsce tego problemu nie ma, u nas obszary ekologiczne rozwijają się dynamicznie same. Piszę to z sarkazmem, mam na myśli coraz liczniejsze w Polsce nieużytki, powstające na skutek porzucania uprawy ziemi przez rolników, czy raczej częściej przez właścicieli ziemi niebędących rolnikami. Po prostu uprawa staje się nieopłacalna.

Zbyt niskie dopłaty

Przyczyną tego stanu rzeczy są zbyt niskie dopłaty. W ciągu zaledwie 5 lat powierzchnia ziemi uprawnej w Polsce skurczyła się z 16 do 14 mln hektarów. W błyskawicznym tempie straciliśmy 2 mln ha ziemi. To tak, jakbyśmy utracili dwa rolnicze województwa. Na Litwie, gdzie dopłaty są jeszcze niższe niż w Polsce, odłogi stanowią już prawie jedną trzecią całej ziemi.

Widoczna jest prosta zależność: tam, gdzie dopłaty są wysokie (Niemcy, Holandia, Dania, Belgia) nieużytków prawie nie ma, a tam gdzie dopłaty są niskie (Polska, kraje bałtyckie, Słowacja) obszary nieużytków rosną w zastraszającym tempie.

W Parlamencie Europejskim czynione są próby, aby to wymagane minimum obszarów ekologicznych zredukować do 5 czy nawet 3 procent. Opowiadam się za 3 procentami. Ostatecznego wyniku jeszcze nie znamy, zdecyduje o tym Komisja Rolnictwa, a potem cały parlament pewnie dopiero wiosną przyszłego roku.

Podobne wątpliwości wzbudza obowiązkowa dywersyfikacja. W małych gospodarstwach będzie to obowiązek uciążliwy, stąd pomysły, by z obowiązkowej dywersyfikacji wyłączyć gospodarstwa do 15 ha, a także by obowiązkową dywersyfikację ograniczyć do 2 upraw, a jedynie w największych gospodarstwach powyżej 50 ha byłyby to 3 uprawy. Pojawiła się również koncepcja, aby do jednej z tych trzech wymaganych upraw zaliczyć trwałe użytki zielone, a także by z obowiązkowej dywersyfikacji wyłączyć gospodarstwa ekologiczne stosujące przecież naturalne i bezpieczne dla środowiska metody uprawy i produkcji.

W tej sprawie ostateczne decyzje będą także głosowane najpewniej po Nowym Roku.

Zbyt duże koszty

Rolnicy generalnie chcą uprawiać ziemię w sposób przyjazny środowisku, nie bronią się przed tą ideą, ale bronią się przed jej kosztami. Środowisko jest wspólnym dobrem wszystkich ludzi, trzeba je chronić, ale dlaczego koszty tej ochrony mają ponosić tylko rolnicy?

Pytanie to jest tym bardziej zasadne, że na rynek europejski wpływają produkty rolnicze z całego świata, w tym z krajów, gdzie żadnych warunków się nie przestrzega, producenci nie ponoszą dodatkowych kosztów i dzięki temu mogą wypierać z rynku rolników europejskich.

Dlatego tak ważne jest ustanowienie zasady, że skoro na rolników w UE nakłada się podwyższone wymagania środowiskowe, to takie same wymagania powinny być warunkiem dopuszczenia eksportu do Europy. W przeciwnym razie europejskie rolnictwo, a także najważniejsze dla nas rolnictwo polskie, upadnie w nierównej konkurencji, a do tego nie wolno dopuścić.

Reasumując, popieramy zazielenienie, chcemy zielonej Europy, chcemy widzieć wokół siebie naturalne krajobrazy, naturalną i całkiem dziką przyrodę, ale musimy też coraz bardziej uważać, by w tych działaniach na rzecz środowiska nie zapomnieć o tym, że przede wszystkim nie może zabraknąć nam chleba.

A chleb będzie nie tylko w Europie, ale i na świecie coraz droższy, bo ludzi jest coraz więcej, a ziemi pod uprawę coraz mniej.

Janusz Wojciechowski członek Parlamentu Europejskiego

Nasz Dziennik