Panie Sędzio, wrócił Pan niedawno ze Lwowa. To obok Wilna drugie kresowe miasto związane silnie z Pana młodością.
– Tak, Lwów to miasto, które było mi dobrze znane jeszcze sprzed wojny i z czasów okupacji, ponieważ tam mieszkali moi dziadkowie, których odwiedzaliśmy. Ojciec mój był lwowianinem, a matka stanisławowianką. Wilno zaś to miasto, w którym się urodziłem. Mój ojciec był oficerem Korpusu Ochrony Pogranicza na ziemi wileńskiej i granicy polsko-sowieckiej, a następnie na ziemi nowogródzkiej. Kiedy przyszło mamie urodzić mnie, to ojciec w obawie, żeby się coś złego nie wydarzyło, przewiózł mamę z granicy polsko-sowieckiej do szpitala wojskowego na Antokolu w Wilnie, gdzie przyszedłem na świat. Ale ja tego Wilna przedwojennego, w przeciwieństwie do Lwowa, nie znałem.
Odnalazł Pan we Lwowie rodzinne ślady?
– Próbowałem odszukać grób moich dziadków na cmentarzu Janowskim. Niestety, nie udało mi się to. Dziadek zmarł w styczniu 1943 roku, a babcia w 1945 roku. Nie było już warunków do ekshumowania i przewiezienia ich do Warszawy. A więc zostali pochowani na cmentarzu Janowskim. Z tego, co wiem, to umieszczono w ich grobie jakąś kobietę. Niestety, nawet przy dobrych chęciach tamtejszych grabarzy szukanie w tych warunkach, jakie tam panują, zwłaszcza w kwaterze 29, gdzie miał się znajdować grób dziadków, nie dawało żadnych szans powodzenia. Bardzo boleśnie to odczułem. Kwiaty i światła przeznaczone na grób moich dziadków położyłem na grobie lwowianina, który był zaangażowany w walki o Lwów w listopadzie 1918 roku. Ale przynajmniej udało mi się dojść do dwóch miejsc, w których mieszkali moi dziadkowie. Jedno mieściło się przy ulicy Bartosza Głowackiego. Nazwa ulicy została ta sama, tylko brama prowadząca do tej kamienicy zamknięta była na kodowane zamki, więc nie mogłem wejść do środka. Drugie miejsce to dom niedaleko Opery Lwowskiej, na ul. św. Stanisława 10, na pierwszym piętrze, gdzie mieszkała do swojej śmierci moja babcia i wujostwo, którzy zostali tak jak i inni wygnani przez Sowietów ze Lwowa do Polski na tzw. Ziemie Zachodnie.
Jednym z niepokojących zjawisk współczesnej Ukrainy jest odradzanie się kultu zbrodniczego banderyzmu odpowiedzialnego za wymordowanie około 200 tys. Polaków na Kresach. Czy można to dostrzec na lwowskich ulicach?
– Tak, uderzyło mnie to, że we Lwowie obok flag niebiesko-żółtych powiewają też czerwono-czarne, wywieszane dla uczczenia niestety właśnie tych, którzy dokonali tej straszliwej zbrodni, której rocznicę będziemy obchodzili 11 lipca. Bardzo serce boli, gdy się to widzi i jednocześnie pamięta się Lwów z ówczesną policją ukraińską czy z 14. Dywizją SS „Hałyczyna”. Przecież tam tylu Polaków zostało zakatowanych, tylu ludzi zostało zamordowanych tylko dlatego, że byli Polakami. I jeszcze wmawiano Ukraińcom, że każdy zabity Polak to jedno miejsce dla Ukraińca. Kult Bandery widoczny jest w wielu miejscach. Przepiękna ulica Leona Sapiehy nazwana jest dzisiaj jego imieniem. I do tego jeszcze ten jego pomnik postawiony przy wspaniałym kościele św. Elżbiety, który był kościołem zawsze rzymskokatolickim, a teraz jest kościołem greckokatolickim i mowy nie ma o jego odzyskaniu. Ten kościół był mi znany, gdyż moi wujostwo mieszkali w najbliższym sąsiedztwie. Chyba najbardziej boli to, że po tym strasznym ludobójstwie wygnano z tych ziem naszych rodaków, a ci, którzy zostali, muszą bardzo cichutko chodzić po swoim mieście, żeby się nie narazić, bo przecież tam jest surowy reżim w odniesieniu do naruszenia hołdu składanego Banderze.
Współczesny Lwów niewiele ma już wspólnego ze swoją przedwojenną przeszłością, tamtym niepowtarzalnym klimatem?
– Dużo chodziłem po Lwowie, jednego dnia przez trzy godziny krążyłem po ulicach, które są mi dobrze znane, bo chciałem jak najbardziej ten Lwów wchłonąć w siebie. Niestety, bardzo ciężko to przeżyłem. Wróciłem ze Lwowa z ciężkim sercem. Za bardzo byłem związany ze Lwowem, tym przedwojennym i wojennym. Boli, że to miasto zatraciło już ten swój przepiękny charakter. Nie miałem możliwości usłyszeć na ulicach Lwowa polskiej mowy. Usłyszałem ją dopiero w katedrze rzymskokatolickiej i kościółku św. Antoniego na Łyczakowie. Tam odbywała się akurat uroczystość Pierwszej Komunii Świętej, ale zaledwie 22 dzieci przystępowało do tego sakramentu. Niestety, to miasto oddala się od nas. Coraz mniej Polaków jest tam i coraz mniej nas tam przyjeżdża. Funkcjonuje Polskie Radio, ale nadaje ono zaledwie trzy godziny w tygodniu. W samym Lwowie są zaledwie dwie szkoły z językiem wykładowym polskim. Cóż to jest?
Pozostały pamiątki polskiej kultury materialnej.
– Tak, zwiedzaliśmy je z panią Teresą Pakosz, dyrektor Polskiego Radia Lwów. Patrzyliśmy na Lwów z Wysokiego Zamku, byliśmy też w Złoczowie, oglądaliśmy zamki położone wokół Lwowa. Jest to jeszcze to coś, co zostało z tego dawnego Lwowa, ale samo miasto jako takie już nie ma tego charakteru. No i są cmentarze. Tam jest Polska, niestety, tam jest Polska we Lwowie. Na cmentarzu Orląt Lwowskich widać ogromny postęp. Teraz jest uporządkowany, wydobyto zwłoki naszych polskich Orląt spod asfaltowej drogi przebiegającej przez ten cmentarz. Przynajmniej to. I w dobrym stanie jest ta część katakumbowa z lotnikami amerykańskimi. Natomiast w opłakanym stanie jest cmentarz Janowski, przynajmniej w tej części, na której próbowałem odszukać grób moich dziadków. Cmentarz Janowski jest mi znany z czasów wojny, gdyż oglądałem tam zwłoki ludzi zamordowanych przez Sowietów, które przywieźli Niemcy z pobliskiego więzienia Brygidki. Poszukiwałem tam ewentualnych zwłok najstarszego brata mojej mamy, ale on już w tym czasie był w więzieniu w głębi Rosji Sowieckiej, o czym nie wiedzieliśmy. Na miejscu, gdzie te zwłoki były zakopywane, został postawiony krzyż.
Co Pan myślał, porównując Lwów, jaki Pan znał, z tym obecnym?
– Dopiero teraz tak naprawdę zrozumiałem wilniuków, którzy nie chcą jechać do Wilna, bo mówią, że to już nie to Wilno. Ja tego nie doznałem w Wilnie, bo go przed wojną nie znałem. Ale znałem Lwów, dlatego rozumiem teraz ludzi, którzy bardzo cierpią, kiedy widzą ten Lwów i nie ten sam Lwów. I przypomniałem sobie słowa, jakie wypowiedział na krótko przed swoją śmiercią w Warszawie słynny lwowianin Tońcio, gdy go zapytano, czy by nie pojechał do Lwowa. Wtedy on głęboko się zastanowił i powiedział: „Nie, bo tam już na mnie nikt nie czeka”. Ja teraz rozumiem ból tego człowieka.
Nie są to zbyt optymistyczne refleksje.
– Przepraszam, że to takie smutne, co mówię, ale ja tak ten dzisiejszy Lwów odebrałem, Lwów, który jest już coraz mniej polski. Ale nie traćmy ducha, tak naprawdę to nie wiemy absolutnie, co się jeszcze wydarzy. Ja mogę nie dożyć, ale będą tacy, którzy może dożyją innego czasu. Okażmy trochę serca naszym braciom na ziemi wileńskiej, ziemi wołyńskiej, lwowskiej, podolskiej, toż to jest krew z krwi naszej, kość z kości naszej, toż to jest Polska. A że taka biedna, cóż poradzić. Nie zapominajmy o niej.

