Co jest źródłem popularności radykalnego islamu i sukcesu ISIS w łonie muzułmańskiego świata?
– W świecie muzułmańskim zawsze był kalifat, ponieważ „kalif” oznacza następcę. A więc pierwszym kalifem był następca Mahometa Abu Bakr. Od tej pory cały czas był kalifat, a tureckie imperium otomańskie pełniło tę rolę od XVI wieku do 1923 roku, gdy Kemal Atatürk przejął władzę i zdecydował, że islam i kalifat nie są już potrzebne oficjalnemu państwu tureckiemu. Kalifat oznacza, że na czele całego świata islamskiego stoi jedna osoba. Więc po 1923 roku wśród muzułmanów wybuchła panika: nie mamy kalifa. Próbowano odtworzyć kalifat w Egipcie i Arabii, ale on nie funkcjonował. W latach 1928-1929 Hasan al-Banna, młody nauczyciel szkoły średniej w Ismailii w Egipcie, zaproponował powstanie Bractwa Muzułmańskiego, którego zadaniem będzie powolne odtworzenie kalifatu lub jego substytutu. Następnie imam Raszid Rida stworzył projekt reislamizacji świata muzułmańskiego przez powrót do jego korzeni i stosowanie możliwie wszystkiego, co robiono na początku, najdosłowniej jak się da. Jednocześnie powstały dwa nowe ruchy: salafici byli silniejsi i bardziej radykalni niż Bractwo Muzułmańskie. Słowo „salaf” oznacza pierwsze pokolenie zwolenników Mahometa. A więc salafizm to powrót do praktyki tego pokolenia, czyli początku VII wieku, z brodami, długimi białymi tunikami itd. Po drugie, w Arabii Saudyjskiej w latach 30. odkryto ropę naftową. Kraj stał się bogaty i zaczął rozpowszechniać wizję islamu stworzoną pod koniec XVIII wieku przez radykalnego imama Abdela al-Wahhaba. To ona pomogła rodzinie Saudów stworzyć państwo z plemion beduińskich Półwyspu Arabskiego. Saudowie stali się bogaci i zaczęli dawać pieniądze na krzewienie swojej wizji islamu.
Mamy teraz sytuację, że grupy radykalnego islamu rosną w siłę z każdym rokiem. Uniwersytet Al-Azhar w Kairze, powstały w X wieku, najważniejsza uczelnia islamu sunnickiego, w latach 70. przyjął myślenie o islamie, które proponowała Arabia Saudyjska, ponieważ ona go dotowała. Większość muzułmanów nie jest ani wahabitami, ani salafitami, ale zgadzają się, że te szkoły wyrażają prawdziwy, pierwotny islam. Nie mogą więc ich odrzucić, nawet jeśli za nimi nie podążają.
Co jest istotą radykalnego islamizmu? Czy te cele, które stawia sobie islam, mają w ogóle jakiś „religijny” charakter, czy to polityczny projekt?
– To w dominującej mierze polityczny projekt wyrażający się w podboju nowych terytoriów i rozprzestrzenianiu się. Radykalny islam oznacza uznanie, że Koran został zesłany przez Boga i przekazany Mahometowi bezpośrednio i od razu w całości. A to, co mówi Bóg, jest najlepsze. Gdy naśladujemy to dosłownie, będziemy postępować najlepiej. Mahomet zmarł w roku 632, a już w roku 636 muzułmanie okupowali Palestynę z Jerozolimą, Damaszkiem, w 639 – Egipt i Iran, w 641 – Aleksandrię i przesuwali się wzdłuż Afryki Północnej. Pytano: dlaczego wtedy zwyciężaliśmy, dlaczego byliśmy najsilniejsi? Ponieważ przestrzegaliśmy dosłownie Koranu. Teraz jesteśmy najsłabsi na świecie, bo przyjęliśmy zachodnie zwyczaje. Jak możemy znowu stać się najmocniejsi? Tylko przez powrót do początków. I to jest podstawa ideologii Państwa Islamskiego. Ono powstało z tej ideologii, choć ma też nowe punkty.
Co mówią te nowe punkty?
– Są wymierzone w szyicki odłam islamu i Iran. Dla Arabii Saudyjskiej stało się to obsesją, by walczyć z Iranem, bo szyityzm jest dla nich sektą. W rzeczywistości to nie jest sekta, ale również dosłowne przestrzeganie Koranu i nauk Mahometa, lecz za następcę Mahometa uznawany jest Ali ibn Abi Talib, który ożenił się z jego córką Fatimą. Większość uznała jednak odłam szyicki za sektę. Obsesją Arabii jest walka z sektami i ich eliminacja. Amerykanie weszli do Iraku, zabili Saddama Husajna, który był sunnitą, i zreorganizowali państwo, tak że prezydentem został szyita, ponieważ szyitów jest w Iraku nieco więcej niż sunnitów. W Syrii dominowali alawici, choć stanowili zaledwie 15 proc. ludności, a 70 proc. to sunnici i kierowano się większością. Pomysł Półwyspu Arabskiego polegał na tym, że zaproponowano terrorystom z Iraku wojnę z rządzącymi w Iraku i w Syrii, żeby stworzyć tam państwo sunnickie. Właśnie jeden iracki sunnita, zwany al-Baghdadi, ogłosił się kalifem jak pierwszy kalif Abu Bakr, nawet przyjął imię Abu Bakr al-Baghdadi. On nie jest wcale „z Bagdadu”, to wszystko jest symboliczne. Nazwano ten ruch Państwo Islamskie Iraku i Syrii, w angielskim skrócie ISIS.
Niektórzy mówią, że ISIS nie ma nic wspólnego z islamem, ponieważ islam oznacza pokój, zatem terroryści nie są prawdziwymi muzułmanami. To nieprawda. Oni są muzułmanami robiącymi wszystko w oparciu o Koran i Mahometa. Biorą kolejne wersy Koranu i je realizują.
Przemoc jest zatem wpisana w serce islamu?
– W Koranie jest dużo wersów o zabijaniu, o wojnie. Mahomet także stoczył wiele bitew.
Zatem militarna eliminacja ISIS nie eliminuje problemu agresywnego islamu, jeśli do przemocy nawołuje sam Koran?
– Problem leży nie w ISIS, ale w ideologii, która za tym stoi. ISIS jest tylko ostatnim punktem. Boko Haram w Nigerii był przed ISIS, ale działa w taki sam sposób. Musimy zmienić mentalność. Sam Zachód nie może tego zrobić, ponieważ byłaby to wojna niewiernych z islamem. Jeśli Zachód pomoże samym muzułmanom walczyć z ISIS, jest to możliwe. Jestem pewien, że umiarkowany islam zwycięży, ale potrwa to tak długo, aż nie zmieni się wizja islamu w Arabii Saudyjskiej, Katarze i innych bogatych państwach muzułmańskich. Ale Zachód nie ma żadnej polityki, nie ma wizji, tylko praktyczne interesy. I nie widzi interesu w tym, żeby pomóc światu muzułmańskiemu. Woli sprzedawać tam broń. Teraz Arabia Saudyjska atakuje Jemen, bo tam jest szyickie ugrupowanie Huti. Każdy to wie, ale wszyscy są gotowi dawać im broń.
Czy w gąszczu różnych odłamów można mówić o „prawdziwym” islamie?
– Pytanie, jak interpretować Koran. W Koranie mamy wersy sprzeczne. Sami muzułmanie to zauważyli. Odpowiedzią na to jest teoria stwierdzeń unieważniających i unieważnianych. Ogólna zasada mówi, że ostatni wers dany przez Boga unieważnia poprzednie. Więc biorą poszczególne wersy, interpretują je i stosują. Nie ma naukowej krytyki Koranu, nie ma krytycznych wydań Koranu. Zdecydowano o pewnej formie i na tym koniec. Nie ma szansy na to, że w wyniku badań uzna się, że jakieś słowo należy zastąpić innym. Tymczasem jest wiele problemów pochodzących jeszcze z końca VIII i IX wieku. Tak samo jest ze słowami Mahometa. One składają się z ok. 10 tys. zdań. Zostały zebrane dwa stulecia po jego śmierci. Jak można było wtedy poznać je dokładnie? Pewni ludzie w IX wieku ogłosili, że wszystko sprawdzili i cała księga Sahih al-Buchari jest autentyczna. Obecnie wielu muzułmanów uważa, że nie można mieć takiej pewności. Na przykład spalono żywcem jordańskiego lotnika, którego samolot został zestrzelony przez ISIS. Jest zdanie Mahometa, że taki rodzaj kary może wymierzyć tylko sam Bóg. Ale ISIS odpowiada, że w innym miejscu Mahomet nakazuje spalenie mężczyzn pochwyconych na akcie homoseksualnym. Trwająca prawie wiek tradycja radykalnej, dosłownej interpretacji Koranu doprowadziła do wielkiego kryzysu islamu.
Nikt nie próbuje zreformować islamu w kierunku mniej dosłownej interpretacji Koranu?
– Imam Muhammad Abduh, który zmarł w 1905 roku, i inni reformatorzy proponowali nową interpretację Koranu, ale ta tradycja zaginęła na rzecz dosłownego stosowania jego zdań. Wielu zdesperowanych muzułmanów czuje, że islam, który kiedyś był najsilniejszy, teraz jest niczym, bo nie ma wpływu na naukę, kulturę, niczego przez cały wiek nie tworzył oryginalnego. Ludzie w Egipcie, Tunezji, Syrii i Libanie mówią, że trzeba interpretować Koran, myśleć, co jest lepsze, i to robić. Są odważni, ryzykują życie, ale zmiana mentalności zajmie jakiś czas. Byłem w Tunezji na wydziale teologicznym, na którym po raz pierwszy w historii kobieta uczy imamów Koranu i interpretuje go głęboko w bardzo nowoczesny sposób. Więc są możliwości, ale większość podąża nadal drogą radykalizmu, bo Arabia Saudyjska, Katar i inni dają na to pieniądze.
Możliwa jest koegzystencja chrześcijan i muzułmanów w jednym państwie?
– Liban jest dobrym przykładem mieszanki wielu kultur i religii ze wspólnym rządem i prawem. Syria przed wojną domową i Irak w czasach Saddama Husajna miały rządy świeckie, choć większość mieszkańców to muzułmanie. W tych państwach nie było szariatu, stosowano go tylko wobec muzułmanów, i to nie dosłownie. W Egipcie mamy przyjacielskie relacje, ale chrześcijanie nie mają tych samych praw co muzułmanie w wielu kwestiach. Legalna budowa kościoła jest praktycznie niemożliwa. A gdy się zbuduje nielegalnie, to zaraz przychodzi Bractwo Muzułmańskie i burzy. Również Tunezja jest otwarta nieco mniej niż parę lat temu, przed rewolucją. Także zasadniczo dziś nie możemy mówić o możliwości równoprawnej koegzystencji, ale o pogorszeniu i tak dyskryminujących chrześcijan praw, relacji w całym świecie islamskim.
Jaki obraz Zachodu mają muzułmanie?
– W Egipcie obraz Zachodu był bardzo pozytywny w XIX wieku. Spotykano najpierw Francuzów, którzy przyszli z Napoleonem w 1798 roku. Ponad tysiąc ich pozostało, w tym wielu doskonałych naukowców ze wszystkich dziedzin. Oni pracowali dla Egiptu. Muhammad Ali wysłał w 1925 roku ponad 50 młodych egipskich muzułmanów na studia do Paryża. Pojechali na pięć lat i wrócili. Kazano im napisać po arabsku wszystko to, czego się nauczyli po francusku. Pozostała nam po nich kolekcja streszczająca całą ówczesną wiedzę świata zachodniego w języku arabskim na potrzeby Egiptu. To był początek renesansu w Egipcie, który przeminął z tamtym wiekiem. Obraz Zachodu musiał być pozytywny, bo był to też okres, gdy Europa była mniej lub bardziej chrześcijańska. Nie tak jak w średniowieczu, ale wciąż chrześcijańska. Teraz, jeśli się jedzie do Europy, to na pewno nie po to, żeby poznać jej religię czy etykę. Obraz Zachodu w państwach islamskich jest bardzo negatywny. Myślą, że to, co widzą w telewizji na temat Zachodu, wynika z jego religii, a jest to niemoralne. Wizja Zachodu, którą mają muzułmanie, jest przez nich uznawana za chrześcijańską. Mówią o współczesnych chrześcijanach „krzyżowcy”, aby ich w ten sposób poniżyć i napiętnować. W języku arabskim nie ma właściwie słowa „krzyżowcy”, od zawsze używało się na określenie chrześcijan dwóch słów, które pochodzą od słów „Mesjasz” lub „Nazarejczyk”. Teraz wprowadzono termin „krzyżowcy”, żeby podkreślić, że to są wrogowie.
Jak można pomóc chrześcijanom na Bliskim Wschodzie?
– Możemy ich wesprzeć, pomagając im tam pozostać, a nie odejść. Wielu ludzi nie jest gotowych na pozostanie, bo tak bardzo cierpią. Ale jest bardzo ważne, żeby jako grupa chrześcijanie pozostali w państwach muzułmańskich, w których dotychczas żyli, i powtarzają to też chrześcijańscy przywódcy. Podkreślmy, że to właśnie chrześcijanie często byli u historycznych początków tych krajów. Ale jest też inna przyczyna. Muzułmanie potrzebują chrześcijan, aby otwierali ich umysły.
Możliwy jest dialog z muzułmanami?
– Tak, ale w oparciu o pewne zasady, takie jak prawa człowieka zapisane w deklaracji z 1948 roku, a więc prawie 70 lat temu. Ona nie została podpisana i uznana przez kraje muzułmańskie. Jeśli ją podpiszą, to także znaczy, że muszą ją zastosować, zwłaszcza w kwestii relacji kobiet i mężczyzn i sytuacji kobiet. Albo bardzo ważnej kwestii wolności religijnej. Czy mam prawo porzucić islam? Jeśli ktoś zadeklaruje, że porzuca islam, to, według zasad tej religii, powinien zostać zabity, według innej interpretacji, powinien trafić do więzienia. Trudno mówić obecnie o możliwości dialogu na poziomie politycznym.
A co z przyjmowaniem uchodźców z krajów muzułmańskich do Europy?
– Mamy obowiązek przyjąć ich tylu, ilu możemy, z uwzględnieniem własnej sytuacji. Po drugie, musimy im powiedzieć, że przybywają do kraju totalnie innego, z zupełnie inną kulturą, do której muszą się dostosować, przestrzegać praw i norm naszych, nie ich. Że będą musieli zapomnieć o przeszłości i dostosować się do nowego życia, a jeśli ktoś nie jest w stanie tego zrobić, nie jest gotowy, to lepiej niech zostanie albo będzie odesłany.
Dziękuję za rozmowę.
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

