Rosnąca pozycja Niemiec
Można powiedzieć, że polityczne credo ministra Steinmeiera najlepiej oddają jego słowa, które wypowiedział na początku 2014 roku podczas obradującej w Monachium konferencji na temat bezpieczeństwa: „Niemcy są trochę zbyt duże i gospodarczo zbyt silne, abyśmy politykę światową komentowali zza linii bocznej”. Socjaldemokratyczny polityk przejmował bowiem – po raz pierwszy w 2005 roku – kierownictwo niemieckiej polityki zagranicznej w sytuacji, gdy pozycja Berlina na międzynarodowej (nie tylko europejskiej) arenie politycznej systematycznie rosła.
Ta nowa sytuacja szczególnie wyraźnie ujawniła się w czasie pierwszej kadencji Steinmeiera jako szefa niemieckiego MSZ (2005-2009). Przełomem był rok 2008, który dla większości państw świata zachodniego, poczynając od Stanów Zjednoczonych, oznaczał wejście w fazę radykalnego kryzysu finansowego, a następnie gospodarczego (recesja). Kryzys boleśnie uderzył również w kraje Unii Europejskiej. Jednak nie w Niemcy. Jeśli porównać straty gospodarki niemieckiej i francuskiej po 2008 roku, to widać wyraźnie, że Berlin wyszedł z całej sytuacji bez większego uszczerbku. Niemcy właściwie jako jedyny kraj strefy euro w najgorszych latach finansowych turbulencji na światowych rynkach trzymały w ryzach swój deficyt budżetowy, a nawet systematycznie go zmniejszały.
Porównanie z Francją jest o tyle ważne, że właśnie po 2008 roku nie było już dla nikogo tajemnicą, że tzw. oś Paryż – Berlin, którą od dziesięcioleci powszechnie wskazywano jako rdzeń UE, przestała istnieć. Narastająca słabość państwa francuskiego po 2008 roku dowodnie to pokazała. Wszystkie karty w najpoważniejszych rozgrywkach europejskich trafiły nad Sprewę. Sprawa rozgrywania tzw. kryzysu greckiego była tego najlepszym dowodem.
W 2008 roku nastąpiło kolejne ważne wydarzenie – zwycięstwo Baracka Obamy w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Nowy prezydent jeszcze w czasie kampanii wyborczej nie krył swojego przekonania, że „specjalne relacje” transatlantyckie rozumie nie jako utrzymywanie bliskich politycznych związków z Wielką Brytanią, ale raczej z Berlinem. Znamiennym pod tym względem wydarzeniem była sprawa przemówienia senatora Obamy (jeszcze jako kandydata na urząd prezydenta USA) pod Bramą Brandenburską w Berlinie latem 2008 roku. Amerykański polityk wyraził wówczas chęć przemówienia do berlińczyków i „wszystkich Europejczyków” z tego szczególnego „miejsca pamięci” w relacjach niemiecko-amerykańskich (por. słynne przemówienie prezydenta Kennedy’ego krótko po wybudowaniu muru berlińskiego). Pomysł zyskał poklask ministra Steinmeiera i wszystkich mainstreamowych mediów niemieckich, które już dawno pogrążyły się w rauszu „Obamabegeisterung” (zachwytu nad Obamą). Inicjatywę zawetowała ostatecznie kanclerz Merkel, nie chcąc angażować rządu niemieckiego w amerykańskie wybory.
Kontynuator „Ostpolitik”
Widać więc, że wzrost pozycji Niemiec na arenie międzynarodowej w ostatnich latach nie tyle był dziełem szefa niemieckiej dyplomacji, co raczej „czynnika wydarzeń”. Minister Steinmeier po raz pierwszy obejmował swój urząd, gdy wybory do Bundestagu w 2005 roku odsunęły od władzy „czerwono-zieloną” koalicję Gerharda Schroedera (SPD-Zieloni), która została zastąpiona tzw. wielką koalicją, czyli porozumieniem CDU/CSU oraz SPD.
Frank Walter Steinmeier swoją polityczną karierę rozpoczynał pod patronatem odchodzącego socjaldemokratycznego kanclerza. Należał do grona najbliższych współpracowników Schroedera jeszcze jako premiera landu Dolnej Saksonii. Po objęciu przez niego w 1998 roku stanowiska szefa rządu niemieckiego Steinmeier również przeniósł się do Berlina, obejmując ważne stanowiska w urzędzie kanclerskim, najpierw jako sekretarz stanu odpowiedzialny za służby specjalne, a następnie jako szef gabinetu.
Będąc szefem niemieckiej dyplomacji, Steinmeier bardzo szybko dał się poznać jako kontynuator socjaldemokratycznych tradycji „otwarcia się na wschód” w polityce zagranicznej. Prekursorem był tutaj Willy Brandt i jego „Ostpolitik” z początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ale bezpośrednim poprzednikiem Steinmeiera w realizacji takiego kursu politycznego był kanclerz Schroeder i minister spraw zagranicznych w jego rządzie Joschka Fischer (Zieloni). Ocieplanie relacji z putinowską Rosją szło w parze z coraz wyraźniejszym kursem konfrontacyjnym wobec USA, czego szczególnym wyrazem był akces Berlina w czasie drugiej wojny w Zatoce Perskiej (2003) do osi Francja – Rosja sprzeciwiającej się polityce administracji George’a W. Busha.
Minister Steinmeier w pełni kontynuował to stanowisko. W 2006 roku na łamach prestiżowego pisma „Foreign Affairs” opublikował artykuł, w którym poddał ostrej krytyce amerykańskie plany rozmieszczenia w Europie Środkowej (w tym w Polsce) elementów tarczy rakietowej. Argumenty, którymi przy tym posługiwał się niemiecki minister spraw zagranicznych, w niczym właściwie nie odbiegały od wokabularza rosyjskiej propagandy wymierzonej w tarczę (według szefa niemieckiego MSZ miała ona wybitnie ofensywne cele, służąc – jak podkreślał – zagwarantowaniu strategicznej przewagi nuklearnej USA nad Rosją).
Kto sieje nienawiść?
Spolegliwe wobec Rosji stanowisko nie opuściło Steinmeiera również po rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2014 roku i aneksji Krymu przez Kreml. Niemiecki minister nie krył swojego sceptycyzmu wobec polityki zwiększania militarnej obecności NATO w Europie Środkowej i Wschodniej jako odpowiedzi na agresywną politykę Moskwy. W czerwcu 2016 roku, a więc na krótko przed przełomowym pod tym względem szczytem NATO, Steinmeier oświadczył: „Kto uważa, że przez symboliczne defilady czołgów na wschodniej granicy Sojusz zapewni więcej bezpieczeństwa, ten się myli. Dobrze by było, byśmy nie dawali pretekstów do nowej-starej konfrontacji”.
Znamienne słowa w ustach szefa dyplomacji najważniejszego państwa UE. Podobną wymowę miał komentarz Steinmeiera w Parlamencie Europejskim wygłoszony w 2007 roku, po tym, jak został zapytany przez eurodeputowanych o jego stanowisko w sprawie podejrzeń, że za zabójstwem dziennikarki Anny Politkowskiej stali ludzie związani z Kremlem: „W mediach panuje tendencja do histerii. Trzeba pracować nad powrotem poczucia rozsądku w debacie [publicznej]”.
Wstrzemięźliwy pod adresem Kremla Steinmeier takiej powściągliwości nie prezentował już wobec nadchodzącego „czarnego luda”, jakim powszechnie był i jest postrzegany nad Sprewą Donald Trump. W sierpniu 2016 roku minister Steinmeier publicznie nazwał amerykańskiego miliardera „siewcą nienawiści”. Po zwycięstwie Trumpa w wyborach ostentacyjnie nie wysłał zwyczajowych gratulacji dla prezydenta elekta.
Z pewnością na naszych oczach zmienia się „czynnik wydarzeń”. Jedno jest pewne – Frank Walter Steinmeier jako prezydent RFN został odsunięty od jakiegokolwiek decydującego wpływu na kształtowanie niemieckiej polityki zagranicznej. To chyba dobry powód, żeby gratulować mu wyboru na ten urząd.

