Stosunki polsko-węgierskie nie potrzebują żadnego resetu. Jednak odbywające się dziś w Piotrkowie Trybunalskim rozmowy prezydentów Polski i Węgier będą okazją do wyjaśnienia stanowisk Warszawy i Budapesztu w obliczu ustanawiania coraz bardziej niemieckiej Europy.
Spotkanie obu głów państw jest kolejnym w ostatnim czasie, jednak przypada w okresie szczególnym. Na niedawnym szczycie Rady Europejskiej w Brukseli przesądzono – wbrew sprzeciwowi rządu polskiego, a przy akceptacji m.in. premiera Węgier Viktora Orbána – o kolejnej kadencji Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. Piotrkowskie spotkanie odbywa się kilka dni przed kolejnym spotkaniem szefów rządów i państw UE w Rzymie z okazji sześćdziesięciolecia traktatu rzymskiego, na mocy którego powstała w 1957 roku Europejska Wspólnota Gospodarcza.
Ale przecież w tym przypadku nie tylko o wspomnienia chodzi. Przed UE stoją rozstrzygnięcia wagi strategicznej: w jakim kierunku Unia ma podążać, czy w stronę jakiejś formy federalistycznego paneuropejskiego państwa, czy jako związek państw narodowych. Do tego bowiem w istocie rzeczy sprowadza się nagłaśniane medialnie zagadnienie „Europy różnych prędkości”.
Zasady i polityka realna
Co w takiej sytuacji mogą prezydenci Polski i Węgier? Ustrojowa pozycja tego ostatniego jest znacznie słabsza niż rola odgrywana w polityce państwa (także w jej wymiarze zagranicznym) przez prezydenta RP. Jednak nie w różnym zakresie kompetencji tkwi istota rzeczy. Spotkanie w Piotrkowie z pewnością należy odczytywać w kontekście niedawnego zgrzytu w relacjach polsko-węgierskich, który nastąpił na brukselskim szczycie. Tam dowiedzieliśmy się, kto ma zasady, a kto ma fundusze strukturalne, a kto z kolei ma perspektywę budowy elektrowni atomowej z udziałem rosyjskiego kapitału, na co potrzebna jest zgoda Komisji Europejskiej. Właśnie ta kwestia – twierdzą niektórzy komentatorzy – była głównym motywem takiego, a nie innego zachowania się premiera Orbána wobec kandydatury Tuska na kolejną kadencję.
Czy można się dziwić postępowaniu węgierskiego premiera? Nie. Czy należy więc przeciwstawiać – jak czynią nasi rodzimi znawcy „polityki realnej” – zasady interesom? Także nie. Historia Polski, również historia innych krajów, niejednokrotnie pokazała, że nieugięte trwanie przy pryncypiach okazywało się na dłuższą metę najskuteczniejszą polityką realną. Albowiem chodzi właśnie o perspektywę (sukces doraźny czy długofalowy) i o treść zasad, których się broni. Upieranie się przy błędnych zasadach jest zawsze politycznym samobójstwem. Czy rząd RP błędnie założył, że z zasady nie należy wspierać wysokiego urzędnika europejskiego, który niejednokrotnie publicznie łamał regułę nieingerowania w wewnętrzne sprawy państwa członkowskiego (tj. Polski)? Oczywiście, że nie.
Powaga państwa
Ktoś powiedział, że państwa dzielimy na poważne i całą resztę. Państwo poważne nie pozwoli sobie, by „ważni urzędnicy” z Brukseli nakazywali powtarzać referendum „do skutku”, jak było to kiedyś w przypadku Danii oraz Irlandii. Podpis Elżbiety II pod aktem brytyjskiej Izby Gmin zatwierdzającym wyniki ubiegłorocznego referendum o Brexicie jest królewską sankcją wobec polityki poważnego państwa. Można powiedzieć, że w tym przypadku decyzja również zapadła stosunkiem głosów 27 do 1. Rzecz jasna, te dwie kwestie (Brexit i wybór Tuska na drugą kadencję) są niewspółmiernej wagi politycznej, ale w obu przypadkach mamy w tle do czynienia z kwestią powagi państwa.
Innymi słowy: czy polski rząd miał potulnie wykonać to, co na krótko przed brukselskim szczytem zapowiedziała kanclerz Merkel w Bundestagu, oznajmiając, że „dokonamy ponownego wyboru Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej”?
Prawdziwy test na trwałość albo innymi słowy: polityczną przydatność Grupy Wyszehradzkiej, będzie następował w ciągu kilku najbliższych miesięcy, gdy na różnych forach unijnych rozstrzygana będzie kwestia przyszłości Unii Europejskiej. Czy grupa V4 będzie w stanie skutecznie oprzeć się naciskom ze strony niemieckiego „państwa środka”, czy też po raz kolejny okaże się, że szczyt państw UE tylko zatwierdzi decyzję ogłoszoną kilka dni wcześniej na forum niemieckiego Bundestagu?
Tutaj zaś mamy do czynienia nie tylko z siłą niemieckiej dyplomacji, ale i z siłą niemieckiego kapitału (por. poziom inwestycji niemieckich koncernów nad Dunajem) oraz z siłą nowej niemieckiej, to znaczy europejskiej, waluty, czyli euro. Pamiętajmy, że autorom pierwotnego planu „Mitteleuropy” z czasów pierwszej wojny światowej, który miał wieść do ustanowienia niemieckiej hegemonii w obszarze między Bałtykiem, Adriatykiem a Morzem Czarnym, przyświecał cel ustanowienia tam dominacji „niemieckiego typu gospodarczego”. Dominacji tej miały – według tej strategii – podlegać zarówno Węgry (jako część monarchii Habsburgów), jak i projektowane przez Berlin buforowe państwo polskie. Kto nie zna historii, skazany jest na powtarzanie jej najgorszych scenariuszy.

