logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Jestem cudem

Sobota, 25 marca 2017 (02:20)

Z Rebeką Kiessling, amerykańską prawnik i obrońcą życia, rozmawia Piotr Falkowski

Pani osobista historia jest sama w sobie wielkim świadectwem za życiem. Jak to się zaczęło?

– Urodziłam się w 1969 roku w stanie Michigan. Jak się okazuje, w moim przypadku ten rok jest bardzo ważny. Zostałam adoptowana w wieku sześciu tygodni i wychowywałam się w rodzinie Żydów, obojga ateistów o lewicowych przekonaniach. Tak się składa, że moi dziadkowie pochodzą z południowej Polski, a dziadek walczył w pierwszej wojnie światowej. Wyjechali, zanim rozpoczęła się okupacja niemiecka, ale większość ich rodziny zginęła z rąk nazistów. Zawsze wiedziałam, że tak naprawdę nie jestem Żydówką, i w pewnym momencie zaczęłam się interesować swoimi korzeniami. Rodzice nie ukrywali przede mną faktu adopcji, mówili, że byli w pokoju pełnym dzieci, w którym wybrali sobie jedno i przynieśli do domu. Dla mnie to było jak opowieść o bocianie przynoszącym dzieci, więc nawet nie myślałam, że mam jakąś naturalną matkę. Pamiętam, że kiedy w szkole mówiono o ciąży i porodzie, uważałam, że mnie to nie dotyczy, ponieważ ja zostałam adoptowana, a nie urodzona. Dopiero kiedy miałam 9 czy 10 lat, uświadomiłam sobie, że musiałam mieć matkę, która mnie urodziła. To było po obejrzeniu musicalu „Annie”, historii małej sieroty. Była w nim piosenka, w której bohaterka marzy o swojej mamie, o rodzinie. Potem zaczęłam pytać. Moi rodzice wiedzieli tylko, że była samotną kobietą przed rozwodem i że mam starszego brata i siostrę. Kiedy miałam 12 lat, zadzwoniłam do prawnika, który prowadził postępowanie adopcyjne, ale dowiedziałam się, że muszę skończyć 18 lat, by mogli ze mną rozmawiać. Czekałam więc sześć lat.

Czego się Pani dowiedziała już jako dorosła kobieta?

– Po raz drugi zadzwoniłam w dniu moich osiemnastych urodzin. Okazało się, że muszę się zwrócić o informacje do sądu. Zadzwoniłam więc do sądu i tam powiedziano mi, że nigdy nie będę mogła poznać mojej naturalnej matki, a jedynie mogę wnioskować o podanie informacji umożliwiających jej identyfikację. Podano mi dość dokładny opis mojej matki, natomiast o biologicznym ojcu powiedziano tylko tyle, że miał kaukaski wygląd i był masywnej budowy ciała. To wyglądało jak rysopis, i to niepełny. Od razu pomyślałam, że coś tu jest nie tak. Zaczęłam się domyślać. Moi rodzice przekonywali, że to niemożliwe, ale w końcu poszłam do urzędniczki, która na pytanie, czy moja matka została zgwałcona, odpowiedziała, że tak. Byłam zdruzgotana. Poczułam się napiętnowana i poniżona. Wcześniej myślałam, że może moja matka z jakiegoś powodu nie była w stanie mnie zatrzymać. To był czas wojny w Wietnamie, więc wymyśliłam, że może mój ojciec pojechał do Wietnamu i zginął, a ona została sama. W każdym razie liczyłam, że byłam jednak dzieckiem z miłości. Tymczasem przyszło mi zacząć myśleć o aborcji.

Dlaczego od razu o aborcji?

– Zaczęłam się zastanawiać, czy moja matka nie rozważała tego. Wiedziała, co ludzie mówią o przypadkach gwałtu. Od razu poczułam, że jestem na celowniku, wiedziałam, że będę atakowana, gdy ktoś się dowie, jak zostałam poczęta. Wiedziałam, że społeczeństwo mnie nie ceni i jestem w sytuacji, gdy muszę usprawiedliwiać własną egzystencję, dowodzić, że nie należało mnie usuwać, że jestem warta, by żyć. Zaczęło się od moich rodziców. Mama powiedziała, że nigdy nie popierała aborcji, że to nie jest dobre. Ale ojciec odpowiedział, że był zawsze pro-choice, że kobieta może zrobić to, co chce ze swoim ciałem. „Tato, widziałeś mnie, jak dorastałam przez osiemnaście lat, i naprawdę wierzysz, że moja matka naturalna powinna o mnie zdecydować, że jej osiem miesięcy życia (od kiedy dowiedziała się o ciąży do porodu), ten krótki okres jest ważniejszy niż całe moje życie?” – powiedziałam. On się otrząsnął, powiedział, że tak nie myśli i zapytał, jak mogłam dojść do takich wniosków. Ale jednocześnie stwierdził, że gdy się jest wykładowcą na liberalnej uczelni, to oczekuje się, że jeśli się ma postępowy umysł, to jest się pro-choice.

Wychowywała się zatem Pani w środowisku sprzyjającym aborcji.

– Nie do końca. Pamiętam, że kiedy miałam 12 lat, moja szesnastoletnia krewna miała aborcję i w rodzinie mówiło się, że to wcale nie jest dobre. A sama przyjęłam postawę pro-life, kiedy miałam 14 lat – stało się to dzięki mojej babci. Była ateistką, więc w tym przypadku nie ma żadnego sensu zarzut, że obrońcy życia to religijni fanatycy. Ja przyjęłam zdecydowaną postawę pro-life bez żadnego związku z religią. Otóż kiedy miałam 14 lat, babcia opowiedziała mi, że kiedy była w ciąży z moją ciocią, młodszą z jej dwojga dzieci, to dziadek powiedział jej, żeby usunęła dziecko. A aborcja była wtedy nielegalna. Babcia odmówiła i – jak opowiadała – już nigdy go nie kochała. Musiałam się zmierzyć z tą sprawą, bo chodziło o moją kochaną ciocię, którą podziwiałam. Byłam przerażona, że dziadek chciał, żeby została zabita, nie mogłam sobie tego wyobrazić. I odtąd stałam się pro-life tak jak babcia. Dopiero później, w szkole średniej, koledzy przygotowywali prezentacje o aborcji i były tam zdjęcia szczątków dzieci po aborcji – okropne. Wtedy zobaczyłam, czym naprawdę jest aborcja. Ale były też prezentacje na rzecz aborcji. Ja miałam już wyrobiony pogląd w tej sprawie, chociaż nie zamierzałam być żadną działaczką. Obok szkoły była klinika aborcyjna. Kiedy chodziłam do szkoły w Michigan, był bardzo wysoki wskaźnik aborcji ze szczytem w 1987 roku, kiedy to było ich dwa razy więcej niż obecnie. Wiele moich rówieśniczek zabiło swoje poczęte dzieci. Choć nie mówiły o tym, ja to wiedziałam. To dotknęło całe nasze pokolenie.

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

Nasz Dziennik