Ostatnie głosowania w Sejmie nad dwoma projektami ustaw dotykających – całkiem dosłownie – kwestii życia i śmierci po raz kolejny pokazały, że linia podziału opinii w odniesieniu do tej fundamentalnej kwestii (tj. czy dać szansę żyć ludziom, których jeszcze nie widać, ale którzy już są i już cierpią bez żadnej swojej winy na pewne fizyczne ułomności) niekoniecznie pokrywa się ze znanym podziałem politycznym: rządzące Prawo i Sprawiedliwość oraz opozycja („totalna” i umiarkowana).
Kwestia życia lub śmierci
Czego więc dowiedzieliśmy się po środowych decyzjach wysokiej izby? Po pierwsze więc to, że dla obywatelskich i nowoczesnych ugrupowań, które na swoich sztandarach wypisują i wykrzykują na ulicach słowo „wolność”, ta ostatnia nie istnieje, gdy trzeba rozstrzygać sprawy życia i śmierci. Okazało się, że nie ma tu miejsca na takie wartości jak sumienie i postępowanie (w tym przypadku: głosowanie) zgodnie z jego wskazaniami. Sumienie ma być ściśle reglamentowane i podporządkowane podejmowanym zgodnie z wymogami „mądrości etapu” decyzjom partyjnych zarządów. Boleśnie o tym przekonało się troje posłów Platformy Obywatelskiej, którzy powołując się na swoje sumienie, zagłosowali za odrzuceniem w pierwszym czytaniu lewicowego projektu przewidującego możliwość zabijania ludzi bez żadnych ograniczeń (ze względu na „uwarunkowania społeczne”). Sankcje czekają również tych parlamentarzystów PO oraz Nowoczesnej, którzy doprowadzili do (jakże słusznego) wyrzucenia do kosza wspomnianego projektu w inny sposób (przez zorganizowaną na czas absencję).
Warto przypomnieć, że w tej samej sali, w której piętnuje się posłów za to, że w sprawie życia i śmierci kierują się swoim sumieniem, w 1999 roku św. Jan Paweł II wołał o „ludzi sumienia”, których przede wszystkim potrzebuje odradzająca się Rzeczpospolita. I przypominał, że „demokracja bez wartości wcześniej czy później przeradza się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.
W pierwszym tomie opublikowanych niedawno przez IPN „Zapisków” Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego wśród mnóstwa głębokich refleksji i błyskotliwych analiz znajduje się jakże wymowne wyznanie Prymasa Tysiąclecia, że „nie ufa politykom, którzy chcą robić politykę na katolicyzmie”. Te słowa brzmiały mi w uszach, gdy patrzyłem na środowe zachowanie posłów Stefana Niesiołowskiego oraz Michała Kamińskiego, którzy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku należeli do Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego i niejednokrotnie publicznie występowali w obronie życia, zbierając za to cięgi od całego „obozu postępu”. A w środę, występując z trybuny parlamentarnej przeciw obywatelskiemu projektowi chroniącemu życie osób nieuleczalnie chorych, używali argumentów zaczerpniętych wprost z wokabularza „Krytyki Politycznej”. Kiedy występowali w zgodzie z własnym sumieniem? W latach dziewięćdziesiątych czy teraz?
Partia nad życie
Oczywiście główna zasługa odrzucenia lewicowego projektu zwanego dla niepoznaki „Ratujmy kobiety” i wysłania do dalszych prac w komisji obywatelskiego projektu chcącego ratować życie dzieci nieuleczalnie chorych przypada posłom PiS. Jednak nie bez pewnego „ale”. Zdumiewająca bowiem była postawa blisko sześćdziesięciu posłów PiS, w tym przywódców partii rządzącej, którzy podnieśli rękę za skierowaniem do dalszych prac projektu zgłoszonego przez postkomunistów, feministki i tzw. nową lewicę.
Można by tłumaczyć takie postępowanie motywami politycznej taktyki i gry parlamentarnej: patrzcie, szanujemy projekt obywatelski, choć generalnie się z nim nie zgadzamy, ale w komisji już postaramy się o to, by nigdy w swojej pierwotnej postaci nie ujrzał światła dziennego.
Taktyka i gra parlamentarna byłaby całkiem zrozumiała, pozbawiona jakiegokolwiek „ale”, gdyby chodziło o projekt obywatelski dotyczący na przykład ograniczenia podwyższenia opłat za energię elektryczną w ramach walki ze smogiem albo wprowadzenia ustawowej dobrowolności szczepień lub jakiejkolwiek innej sprawy. Tylko nie sprawy dotykającej życia lub śmierci tysięcy ludzi. A nad tym posłowie głosowali w minioną środę.
Oczywiście, pojawiają się głosy, że wszystko okazało się „zręcznym manewrem politycznym”, który postawił opozycję w trudnej sytuacji. Ale czy naprawdę wszystko jest w porządku? Czy można nawet z przyczyn taktycznych pograć sprawą życia najsłabszych Polaków? Tym bardziej postawa tych 58 posłów PiS jest wątpliwa i budzi niesmak, że wielu z nich deklarowało wiele razy wcześniej, że są przeciw jakimkolwiek „radykalizmom” w kwestii ustawodawstwa mającego chronić życie. A teraz podnieśli rękę za najbardziej radykalną wersją lewicowej wizji świata, która głosząc slogany o inkluzywności i tolerancji, nie ma żadnej litości dla chorych dzieci, tych najsłabszych.
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do „Naszego Dziennika” zakupu w sklepie elektronicznym

