Był rówieśnikiem Polski odrodzonej w 1918 roku. W życiu arcybiskupa Ignacego Tokarczuka odbiły się jak w lustrze polskie dzieje XX wieku – dwudziestolecie wolności i niepodległości, w którym dorastał i dojrzewał, cierpienia drugiej wojny światowej: sowiecka okupacja 1939 roku, najazd niemiecki w 1941 i powrót Sowietów w 1944 roku – tym razem na długie dziesięciolecia PRL. A także zmagania o obecność Kościoła w życiu publicznym III Rzeczypospolitej po 1989 roku. Opatrzność wiodła księdza arcybiskupa Ignacego Tokarczuka wszędzie tam, gdzie toczyła się najcięższa walka o duszę Narodu przeciwko ateizacji.
Urodzony pod Zbarażem, symbolem trwania Rzeczypospolitej i chrześcijaństwa w obliczu wschodniego barbarzyństwa, niósł ze sobą przez całe życie to dziedzictwo – czy pod niemiecką okupacją, kiedy w 1942 roku przyjmował we Lwowie święcenia kapłańskie po ukończeniu podziemnego seminarium, czy w Złotnikach koło Podhajec, skąd jako młody proboszcz uciekać musiał przed UPA, która wydała na niego wyrok śmierci w 1944 roku. Po przyłączeniu Lwowa do Sowietów trwał, głosząc Słowo Boże, w odległych od stron rodzinnych Katowicach, a później jako wykładowca na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Rzucony na głęboką wodę
Wezwany w 1965 roku do Warszawy przez Prymasa ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, stanął u początku trudnej drogi: Papież Paweł VI mianował go biskupem przemyskim. „Wyjechałem wtedy na tydzień do klasztoru OO. Bernardynów w Leżajsku, aby przemyśleć plan działania, swoją strategię, możliwości – wspominał podczas sesji IPN w Rzeszowie w 2002 roku. – W ciągu tego tygodnia najpierw pomyślałem: jestem rzucony na głęboką wodę, jestem człowiekiem, który jest sam, samotny. Stanęło przede mną ogromne zadanie. Nie mam ani przyjaciół, ani nikogo, na kim mógłbym się oprzeć. Zresztą i najlepsza przyjaźń by nie wystarczyła. Więc powiedziałem sobie: mnie tylko zostaje Pan Bóg. Kiedy się na Nim oprę, będę się trzymał konsekwentnie, mogę wiele wycierpieć, ale nie przegram”.
Komunizm uważał za zło, któremu chrześcijanin ma obowiązek się przeciwstawiać. Nie łudził się, że to zło jest „reformowalne”, jak czyniło wielu ludzi Kościoła, świeckich i duchownych, którzy – w przeciwieństwie do niego – nie chcieli pamiętać oblicza rodzimego bolszewizmu z lat 1944-1956.
W diecezji przemyskiej obejmującej obszary wschodnie – zaniedbane, bo wobec komunistów najdłużej niepokorne – pracował dzień po dniu nad wielkim dziełem. Już podczas swojego ingresu zapowiedział, że w sprawach prawdy i wiary nie będzie żadnego kompromisu – i nigdy na ugodę z funkcjonariuszami PRL nie poszedł. Przez pierwszy rok przygotowywał się do nowych przedsięwzięć, objeżdżając oddane mu pod opiekę ziemie z mapą w ręku. „Wiedziałem, że są braki – wyjaśniał po latach. – Nierównomiernie rozłożone obowiązki duchowieństwa – Bieszczady upośledzone – napłynęli nowi mieszkańcy, kościoły są rzadko rozmieszczone. Miasta nasze rosną, Rzeszów pęcznieje. Przed wojną to miasto miało 30 tys. mieszkańców. Wtedy kościółki, które tam istniały, wystarczały. Część ludności była zresztą żydowska i miała swoje bożnice. Dziś sytuacja jest zmieniona, Rzeszów staje się miastem przemysłowym – rozrasta się. Wtedy postanowiłem, że pierwszym moim posunięciem będzie zbliżenie ołtarza do ludzi”.
Z otwartą przyłbicą
Zaczął więc budować świątynie i kaplice. Za jego rządów do 1993 roku powstało ich ponad 400 – prawie wszystkie bez zgody państwa. Założył 220 nowych parafii, by skrócić drogę od wiernych do duszpasterzy. „Przyjeżdżał i mówił: prawo jest po waszej stronie, macie pozwolenie – wspomina Tadeusz Błażko, kierowca biskupa, a od wizyty papieskiej w Przemyślu w 1991 roku arcybiskupa Tokarczuka. – Ludzie wierzyli i działali, a komuniści bali się, nie chcieli wywołać zamieszek i musieli ustąpić. A pozwolenie on wydawał. Żeby ludzie mieli blisko do kościołów. Powtarzał, że lepiej, żeby jeden ksiądz dojeżdżał do kościoła niż cała wioska”. Przedsięwzięcia podejmowane razem z wiernymi w obronie chrześcijańskiej tradycji miały jeszcze jedno ogromne znaczenie: organizowały ludność we wspólnoty, konsolidowały, uczyły solidarności.
Władze reagowały na nieustępliwość biskupa represjami wobec kleryków, których zgodnie z umową państwo – Kościół w 1950 roku zwolniono ze służby wojskowej. Porozumienie zostało zerwane, a najwięcej alumnów trafiało do Ludowego Wojska Polskiego z Przemyskiego.
Inwigilowany nieustannie i poddawany naciskom przez komunistów, protestował głośno i publicznie. Gdy w budynkach kurii i domu biskupiego księża odkryli system podsłuchów ukryty za grzejnikami, ks. abp Tokarczuk zażądał od władz przeprosin. Nie doczekawszy się ich, wysłał komplet aparatury do Watykanu.
Pod koniec lat 70., kiedy Papież Paweł VI był już ciężko chory, a Prymas Stefan Wyszyński przeszedł ciężką operację, wierny syn polskiego Kościoła został postawiony przed poważną próbą – trudniejszą dla duchownego pod względem moralnym niż stawianie oporu komunistom w PRL.
„To mnie zwolnijcie”
Podczas wizyty w Watykanie spotkał się z nieżyjącym już ks. abp. Luigim Poggim z Sekretariatu Stanu i z ust dostojnika usłyszał, że jego złe stosunki z partią przeszkadzają planom Stolicy Apostolskiej w polityce wschodniej z charakterystyczną dla niej wówczas ostrożnością i wiarą w możliwość osiągnięcia ustępstw ze strony Kremla metodą małych kroków. Ksiądz Poggi, od 1973 roku wysłannik z nadzwyczajnymi pełnomocnictwami do przywrócenia relacji z państwami bloku moskiewskiego, a od 1975 roku szef delegacji Watykanu do stałych kontaktów roboczych z Polską, usiłował przekonać biskupa przemyskiego do złagodzenia linii postępowania wobec partii. Cóż mogło to znaczyć w ówczesnych warunkach? Opuszczenie wiernych, pozostawienie ich bez świątyń?
„To był moment w moim duszpasterstwie czy moim biskupstwie najtrudniejszy, bo człowiek ma szacunek dla Pana Boga, wie, kim jest Papież, wie, czym jest Kościół, ale z drugiej strony wie, czym jest prawda, czym jest sumienie, wie, czym jest znajomość rzeczy, sytuacji – wspominał to wydarzenie dziesięć lat temu ks. abp Tokarczuk. – Powiedziałem: ja tego nie mogę zrobić. Uważacie, że szkodzę, to mnie zwolnijcie. Ale ja się na ustępstwa nie zgodzę. Zmienić się nie mogę, bo to nie jest awanturnictwo; ja nikogo nie atakuję, ja tylko się bronię, kiedy władze, partia atakuje nas – społeczeństwo, Kościół”.
Ksiądz Luigi Poggi podjął wspólnie ze swoim przełożonym ks. abp. Agostino Casarolim jeszcze jedną próbę wywarcia nacisku na ks. abp. Tokarczuka. A ten powtórzył: „Sumienie jest dla mnie dyrektywą. Uważam, że sumienie moje jest zorientowane, nie wypaczone, oświecone, dlatego nie mogę wbrew swojemu sumieniu postąpić. Uważacie, że szkodzę – zwolnijcie mnie”. Stracił do reszty cierpliwość, gdy obaj purpuraci postanowili odesłać go na rozmowę do sekretarza stanu ks. kard. Jean-Marie Villota. „Miałem już dość tego gadania. Powiedziałem: A co on będzie mi mówił? – To, co my – usłyszałem. – To wy powiedzcie mu to, co ja mówię – powiedziałem. I poszedłem”.
Doczekał się chwili, gdy ks. Poggi odwiedził Przemyśl za pontyfikatu Jana Pawła II i przeprosił go za tamtą rozmowę: „Ksiądz miał rację, ksiądz wiedział to, czego myśmy nie wiedzieli” – powiedział przemyskiemu arcybiskupowi.
Księdzu arcybiskupowi Ignacemu Tokarczukowi Polacy zawdzięczają powrót religii do szkół po 1989 roku. Jako członek Komisji Wspólnej Kościelno-Państwowej przebijał się z tą ideą przez mur oporu ustawiony przez państwo. Żeby uniknąć odwlekania decyzji ad Kalendas Graecas, postawił sprawę po swojemu: zaproponował referendum narodowe. „Nie chcieli, może zlękli się? – wspominał. – Wtedy minister Samsonowicz na własną rękę zgodził się wprowadzić religię do szkół. Nie wszyscy, nawet w Episkopacie, wierzyli, że się to uda, bo opory były duże, była cała akcja”.
Jakich instrumentów lub argumentów musieliby użyć wobec ks. abp. Ignacego Tokarczuka komuniści czy ministrowie rządu Tadeusza Mazowieckiego, by go przekonać? Przecież samym papieskim współpracownikom powiedział jasno, że dla niego „sumienie jest dyrektywą”…

