logo
logo
zdjecie

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Kreowany na konserwatystę

Wtorek, 26 lutego 2013 (02:05)

Jarosław Gowin, rocznik 1961, wieloletni pracownik miesięcznika „Znak”, przez ponad dekadę redaktor naczelny czasopisma, jedna z głównych postaci „Kościoła otwartego”, przywódca grupy polityków, którzy pragną uchodzić za skrzydło konserwatywne w Platformie Obywatelskiej. Warto przyjrzeć się jego drodze zawodowej i politycznej, osobom, które miały na niego wpływ. To pozwoli lepiej zrozumieć wiele jego decyzji i wyborów.

Obecny minister sprawiedliwości urodził się w Krakowie, ale lata szkolne i licealne spędził w Jaśle. Jego rodzice działali po wojnie w Zrzeszeniu „Wolność i Niezawisłość”. Ale jego poglądy, spojrzenie na świat ukształtowały się przede wszystkim w latach 80. Na Uniwersytecie Jagiellońskim studiował filozofię, należał do „Solidarności” i Niezależnego Zrzeszenia Studentów, ale nie był wówczas aktywnym działaczem obu organizacji.

Trudno go było też wtedy uważać za osobę głęboko zaangażowaną w życie Kościoła. Wszystko zmieniło się po tym, jak Gowin zaczął chodzić na wykłady w Dominikańskim Duszpasterstwie Akademickim „Beczka”. Tam za swojego mistrza uważał o. Jana A. Kłoczowskiego, teologa, filozofa, historyka sztuki. Tam też poznał osoby z kręgu Jerzego Turowicza, dzięki którym znalazł się potem w „Znaku”. Od tego czasu datuje się m.in. jego znajomość z o. Maciejem Ziębą.

W latach 80. Jarosław Gowin wyjechał na stypendium na Uniwersytet w Cambridge. Tam poznał prof. Zbigniewa Pełczyńskiego, który organizował przyjazdy polskich stypendystów. Gowin do dziś nie ukrywa, że Pełczyński miał duży wpływ na ukształtowanie jego poglądów. Przeprowadzili wiele rozmów, dyskusji. Wśród setek osób, które przyjechały na stypendia załatwiane przez Pełczyńskiego, było także wielu ludzi, którzy po 1989 r. znaleźli się wśród decydentów III RP.

Soros

Zbigniew Pełczyński zaangażował się w działalność polityczną w kraju, wiążąc się ze środowiskiem późniejszej Unii Demokratycznej. W latach 90. był doradcą sejmowej Komisji Konstytucyjnej, zasiadał też w radzie doradzającej rządowi w zakresie kształcenia urzędników państwowych. Co więcej, Pełczyński został konsultantem Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (poprzedniczka Unii Europejskiej) i OECD ds. reformy władz i administracji publicznej, więc można powiedzieć, że w jakimś stopniu odpowiadał za kształt polskiej administracji.

Ale jeszcze zanim żywot zakończyła PRL, w 1988 r. prof. Pełczyński przyjechał do Polski z pieniędzmi George’a Sorosa i założył Fundację im. Stefana Batorego. W fundacji działa zresztą do dziś, zasiadając w jej radzie.

Z fundacją aktywnie współpracowały „Tygodnik Powszechny” i „Znak”. Gdy Jarosław Gowin był redaktorem naczelnym miesięcznika „Znak”, wspólnie z Fundacją Batorego wydawano książki, m.in. w ramach cyklu „Demokracja. Filozofia i praktyka” – była to seria około 50 tytułów, na którą złożyły się np. dzieła z zakresu myśli politycznej, prace dotyczące problemów funkcjonowania demokracji, tworzenia społeczeństwa obywatelskiego.

O tych związkach fundacji z krakowskim wydawnictwem świadczy fakt, że do dziś członkiem rady Fundacji Batorego jest także Henryk Woźniakowski, prezes wydawnictwa Znak. Wcześniej w tym gremium zasiadał m.in. ks. bp Tadeusz Pieronek, jak również: ks. Józef Tischner, Jerzy Turowicz, Bronisław Geremek i Leszek Kołakowski.

Fundacja zaangażowała się w tworzenie „społeczeństwa obywatelskiego”, ale pod tym kryło się np. wspieranie polityków i organizacji, które opowiadały się za rozdziałem Kościoła od państwa, lecz wedle pomysłów Unii Wolności promujących m.in. rozszerzenie prawa do aborcji. Dotacje z fundacji otrzymywała np. feministyczna Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Z kolei sama fundacja jest hojnie wspierana przez duże zagraniczne wydawnictwa działające w Polsce, a także przez Agorę.

Warto dodać, że w 1994 r. Zbigniew Pełczyński założył Szkołę dla Młodych Liderów Społecznych i Politycznych, gdzie przygotowuje się ludzi mających tworzyć elitę społeczną, oczywiście w duchu liberalnym.

Ramię w ramię z „GW”

Jarosław Gowin pracę zawodową rozpoczął w Instytucie Nauk Społecznych Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie, cały czas angażując się też w sprawy Kościoła. Przyjaciele z duszpasterstwa pomogli mu znaleźć pracę w „Znaku”, a w latach 1994-2005 był redaktorem naczelnym miesięcznika (zasiadał też w zarządzie wydawnictwa). Pisał w „Tygodniku Powszechnym”, gdzie miał stałą rubrykę, a to już świadczyło o roli Gowina. Jego pozycja była wtedy tak mocna, że uważano go za jednego z kandydatów do przejęcia schedy w „Tygodniku” po Jerzym Turowiczu.

Pamiętajmy, że wtedy krakowskie środowisko „Znaku” i „Tygodnika” stało w awangardzie zmian, jakie zachodziły w Polsce. Politycznie była to kalka „Gazety Wyborczej”. Oba tytuły popierały linię prezentowaną przez Adama Michnika, walczyły nie tylko z postulatami lustracji, dekomunizacji, broniąc ustaleń Okrągłego Stołu – dla nich największym wrogiem była prawica, zwłaszcza katolicka. Głosiły też postulaty „odnowy” polskiego Kościoła, zerwania z katolicyzmem ludowym, budowania „Kościoła otwartego”, walczącego z rzekomym polskim szowinizmem, antysemityzmem.

Nic więc dziwnego, że Gowin chwalił Michnika, „doceniał” zasługi jego gazety dla „poszerzania wolności słowa i pluralizmu”. Wyrażał przekonanie, że bez „Gazety Wyborczej” byłoby mu „jeszcze trudniej oddychać atmosferą dzisiejszej Polski”. Ale zastrzegał jednocześnie, że nie zamyka oczu na „negatywne strony oddziaływania ’Gazety’ na sprawy polskie”.

Najbardziej znamienny jest jednak następujący passus: „Nie mam też zamiaru ukrywać zasadniczego sporu ideowego dzielącego mnie od Adama Michnika – znacznie bardziej zresztą w sprawach politycznych niż kościelnych”. Te słowa padły w 1996 r., w czasie gdy „GW” już od dawna stała na czele frontu walki z Kościołem, strzegącym depozytu wiary i tradycji. I to Gowinowi nie przeszkadzało, uwierały go tylko niektóre elementy stricte polityczne w linii „Gazety”.

Już w 1990 r. Jarosław Gowin związał się z Forum Prawicy Demokratycznej, które założył Aleksander Hall, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. FPD weszło potem w skład Unii Demokratycznej (przekształconej kilka lat później w Unię Wolności, po połączeniu z KLD Donalda Tuska).

Naturalne było więc, że Gowin znalazł się w prezydenckim komitecie wyborczym Mazowieckiego (kierował nim Henryk Woźniakowski, późniejszy szef wydawnictwa Znak). I przyszły senator PO przez wiele lat pozostawał częścią tego środowiska. Jego zerwanie z Unią Wolności miało – według znajomych Gowina – powody ambicjonalne. Po prostu postanowił robić karierę na własny rachunek, gdy zorientował się, że gwiazda UW zwyczajnie gaśnie, a rozbłysła PO.

Ksiądz Tischner

Niewątpliwie osobą, która wywarła największy wpływ na Jarosława Gowina, był ks. Józef Tischner. Sam zainteresowany zresztą tego się nie wypiera, podkreśla, że to rozmowy z ks. Tischnerem, zarówno te prywatne, jak i prowadzone na antenie Radia Kraków czy spisane w formie książkowej, ukształtowały jego myślenie „na kwestie wolności i Kościoła”.

A ks. Tischner też nie był neutralny w kwestiach politycznych, zasiadał we władzach krajowych Unii Wolności, a podczas jednej z kampanii wyborczych wystąpił też w spocie Kongresu Liberalno-Demokratycznego. W latach 90. był symbolem „nowoczesnego Kościoła”, chcącego prowadzić „dialog” z innowiercami i niewierzącymi. Za mentorów Gowina w środowisku kościelnym uważano też ks. abp. Józefa Życińskiego i ks. bp. Tadeusza Pieronka.

I to właśnie początek lat 90. był dla Gowina najlepszy, jeśli spojrzeć na to pod kątem budowania jego pozycji w środowisku „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”. Dzięki kilku głośno promowanym książkom zaczął być uważany za jedną ze sztandarowych postaci młodego pokolenia katolickich działaczy. Rozmowy z ks. Józefem Tischnerem dały podwaliny pod pracę doktorską Gowina – „Kościół w czasach wolności 1989-1999”, która potem ukazała się w formie książki.

Pozycja „Religia i ludzkie biedy: Księdza Tischnera spory o Kościół” była już poświęcona w całości przedstawieniu spojrzenia ks. Tischnera na sprawy Kościoła. Z Dorotą Zańko Gowin napisał dwa wywiady rzeki. Jeden oczywiście z ks. Tischnerem – „Przekonać Pana Boga”, a drugi z ks. abp. Józefem Życińskim – „Niewidzialne światło”. Do tego dochodzi wiele artykułów traktujących o polskim Kościele, a głównie o jego rzekomych problemach. I w zasadzie poza ten „krąg tischnerowski” Jarosław Gowin nie wychodził.

Nie można się więc dziwić, że jako redaktor naczelny „Znaku” Gowin nie zmienił linii miesięcznika, tylko ją twórczo rozwijał, zapraszając na łamy przede wszystkim „postępowych” księży i katolików świeckich. Zawsze też znalazło się tam poczesne miejsce dla „lewicy laickiej”, bo przecież najważniejsze było prowadzenie „dialogu”. Bo jak pisał Gowin we wspomnianej wcześniej książce „Kościół w czasach wolności 1989-1999”, to właśnie zerwanie dialogu z liberalną inteligencją laicką było „jedną z największych strat Kościoła” w omawianej przez niego dekadzie. Z inteligencją laicką, czyli z tymi – kontynuował autor – „których katolicy powinni traktować – według określenia księdza arcybiskupa Życińskiego – jako wędrowców wspólnego szlaku”.

Gowin dzielił Kościół na „otwarty” i „zam-knięty”; ten pierwszy to oczywiście było jego środowisko, a ten drugi reprezentowało Radio Maryja. Wedle Gowina: „Rozgłośnia reklamująca się jako ’katolicki głos w polskim domu’ jest rzecznikiem skrajnych poglądów i postaw politycznych, wyrażanych często w formie nie dającej się pogodzić z duchem chrześcijaństwa”. Sugerował wręcz, że to sekta, która doprowadzi do rozbicia polskiego Kościoła.

A przez to, że większość kapłanów i wiernych zaliczana była przez elity do Kościoła „zamkniętego”, Jarosław Gowin chętnie pisał o kryzysie, jaki rzekomo trawił z tego powodu polski katolicyzm. Kryzys zaś wynikał, jego zdaniem, z nadmiernego zaangażowania Kościoła w życie publiczne. I dlatego apelował, aby Kościół „nie włączał się” do polityki. I nie ukrywał w książce „Kościół po komunizmie”: „Moja ocena dotychczasowej działalności i roli Kościoła w postkomunistycznej Polsce pozostaje krytyczna”. Krytyczna oczywiście w duchu „GW” i „TP”.

Po śmierci swojego mistrza Gowin uznał się za spadkobiercę jego myśli, czego najdobitniejszym dowodem jest organizowanie corocznych Dni Tischnerowskich, podczas których debatuje się o sprawach społecznych, religijnych i politycznych według „wskazówek” księdza. W 2003 r. powstaje też Fundacja „Instytut Myśli Józefa Tischnera”, która „stawia sobie za cel ochronę i upowszechnianie intelektualnego dorobku ks. Józefa Tischnera oraz twórczą kontynuację najważniejszych wątków Jego filozofii”. Instytut organizuje wykłady, prelekcje, seminaria, wydaje książki.

Szkoła

Jarosław Gowin idzie za ciosem, postanawia wykorzystać swoją pozycję i w 2003 r. zakłada przez Instytut Wydawniczy „Znak” Wyższą Szkołę Europejską im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie i zostaje jej pierwszym rektorem (ustępuje w 2011 r., gdy zostaje ministrem sprawiedliwości). Od początku nie ukrywa, że uczelnia ma kształcić przyszłe elity polityczne kraju zgodnie z ideą nakreśloną przez jej patrona.

Funkcję założyciela WSE przejęło potem Europejskie Centrum Certyfikacji, którego współzałożycielem jest zaś Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”, kierowana od wielu lat przez Henrykę Bochniarz, jedną z czołowych reprezentantek feministycznego Kongresu Kobiet.

Wiele o profilu uczelni mówi skład jej rady patronackiej. Zasiadają w niej (obok Gowina, który funkcję rektora zamienił na członka rady): Władysław Bartoszewski, Zbigniew Brzeziński, Jerzy Buzek, Norman Davies, Aleksander Hall, ks. Michał Heller, Jerzy Jedlicki, Tadeusz Mazowiecki, Piotr Nowina Konopka, ks. bp Tadeusz Pieronek, Jacek Saryusz-Wolski, Aleksander Smolar, Władysław Stróżewski, Jerzy Szacki, Adam Zagajewski, o. Maciej Zięba, Andrzej Zoll. Wcześniej w radzie zasiadali nieżyjący już: Bronisław Geremek, Ryszard Kapuściński, Czesław Miłosz, Jan Nowak-Jeziorański, Jan Kułakowski, ks. abp Józef Życiński.

Znamienne, że jednym z najważniejszych sponsorów i – jak to się nazywa – partnerów uczelni jest niemiecka Fundacja Adenauera, bardzo silnie związana z rządzącą w Berlinie CDU. Co więcej, patronem Katedry Integracji Europejskiej też jest pierwszy kanclerz RFN Konrad Adenauer, którego trudno uważać za przyjaciela Polski.

A w gronie mecenasów WSE znalazł się Janusz Palikot (swego czasu również zaliczany do grupy Gowina w PO), który przez swoją fundację finansowo wspierał np. konferencje organizowane przez krakowską uczelnię.

Pseudokonserwatysta

Jarosław Gowin ma w PO opinię konserwatysty. W tej liberalnej partii, która coraz częściej schodzi na pozycje zajmowane dotąd przez lewicę, jego poglądy mogą rzeczywiście kwalifikować się do miana „konserwatywnych”. Przeczą jednak temu wybory ideowe dokonywane od ponad 20 lat przez ministra sprawiedliwości. On sam zresztą w jednym z wywiadów dla „Gazety Wyborczej” mówił, że z wieloma poglądami bliżej mu „do Kościołów protestanckich niż katolickiego” i jego przekonania nie są skrajne, one „ewoluują”. A to, że feministki czy homoseksualiści nazywają Gowina „katolickim fundamentalistą”, mało ma wspólnego ze stanem rzeczywistym.

Krzysztof Losz

Aktualizacja 26 lutego 2013 (10:23)

Nasz Dziennik