logo
logo

Zdjęcie: M.Chmielińska/ -

U boku „Łupaszki”

Piątek, 1 marca 2013 (02:09)

 

Z por. Józefem Bandzo ps. „Jastrząb” rozmawia Anna Kołakowska

Jest Pan jednym z żołnierzy wyklętych, którzy walczyli w wileńskiej partyzantce od samego początku. Pamięta Pan okoliczności podjęcia decyzji o pójściu do lasu?

– Przysięgę złożyłem w 1942 r. i od tej pory cały czas myślałem, żeby móc walczyć. We wrześniu 1943 r. Gracjan Fróg „Szczerbiec” zaczął tworzyć oddział w okolicach Szużan. Władysław Komar, ojciec mistrza olimpijskiego w pchnięciu kulą, zarządca majątku, do którego należały Glinciszki, gdzie mieszkałem razem z mamą, organizował pomoc dla „Szczerbca” i jego oddziału. Tam przed ppor. Parfinowiczem, zatrudnionym w kancelarii, złożyłem przysięgę. Trudno jednak było mówić o konspiracji, bo wszyscy się znaliśmy. Oficerowie pracujący u Komara organizowali dla nas kursy przeszkolenia wojskowego obejmującego m.in. topografię, obchodzenie się z bronią itd. Po zaprzysiężeniu kilka razy zawoziłem żywność do bunkra „Szczerbca” pod Szużanami. W październiku, gdy „Szczerbiec” przeszedł w okolice Oszmiany i Turgiel, dołączyłem do oddziału. Razem ze mną poszedł Kazimierz Chmielowski „Rekin”, zresztą w oddziale było wielu moich kolegów ze szkoły czy harcerstwa. Tydzień później doszło jeszcze dziesięciu chłopaków i oddział liczył w tym czasie 34 partyzantów.

3. Wileńska Brygada AK przeprowadziła wiele akcji zbrojnych i odniosła liczne znaczące sukcesy w walce zarówno z oddziałami litewskimi kolaborującymi z Niemcami, jak i z żołnierzami Wehrmachtu. Czy długo czekał Pan na pierwsze starcie z wrogiem?

– W listopadzie zdobyliśmy litewski posterunek w Wornianach, uwolniliśmy 30 Żydów i zniszczyliśmy dokumentację w miejscowym urzędzie. W końcu grudnia 1943 r. razem z 6. Brygadą zajęliśmy Turgiele i Taboryszki, gdzie rozbroiliśmy posterunki policji litewskiej, tu także zniszczyliśmy dokumenty kontyngentowe oraz osobowe. Nakazaliśmy policjantom i urzędnikom litewskim opuszczenie miejscowości w ciągu doby, co zostało wykonane. W styczniu 1944 r. w miejscowości Mikuliszki okrążyli nas Litwini, którzy zorganizowali przeciwko nam obławę. Było ich 120, nas około 80. Ja pierwszy ich zobaczyłem. Wyjrzałem przez okno i widzę, że idzie litewsko-niemiecka ekspedycja – przyjechali saniami i robili już tyralierę. Zaalarmowałem kolegów i pobiegłem do Romualda Rajsa „Burego”, dowódcy naszej kompanii. Walka trwała wiele godzin. Pod wieczór Litwini się wycofali, choć i my mieliśmy wielu rannych. Ale zaraz po bitwie trzeba było zrobić odskok. Mróz taki, że słychać było, jak drzewa trzaskają, a my na saniach gnaliśmy ze 40 kilometrów. Potem było Rudomino, Polany, Lasy Stockie, Troki, Graużyszki, Wojdaty i wiele innych. Wszystkie te akcje pozwalały nam zaopatrzyć się w broń i amunicję. Gdy nie walczyliśmy, czas mieliśmy wypełniony ćwiczeniami, szkoleniem, nocnymi marszami. Na sen nie było czasu. Zostałem dowódcą drużyny, w której miałem dziesięciu chłopaków, takich wileńskich batiarów. To była bardzo dobra drużyna. W maju 1944 r., w bitwie pod Murowaną Oszmianką, zostałem ranny w rękę. Ranny został wówczas także „Szczerbiec” i razem z nim byłem na kwaterze u państwa Brzozowskich, u których mieścił się nasz partyzancki szpital. Przebywanie na kwaterze razem z dowódcą było dla mnie wielkim wyróżnieniem. Tydzień po bitwie zawołano mnie do „starego”. Wchodzę, za stołem siedzą „Szczerbiec”, „Bury” i jeszcze ktoś. Wstali i „Szczerbiec” mówi, że zostaję odznaczony Krzyżem Walecznych. Powiedziałem: „Panie komendancie, ja przecież za dużo nie nawalczyłem”, a on, że to za całokształt.

Zbliżał się front. Wiedzieliście już, czego można spodziewać się po Sowietach. Czy mieliście jeszcze wówczas nadzieję na wolną Polskę?

– Ten okres na Wileńszczyźnie był bardzo radosny i pełen nadziei. Kiedy 3. Brygada zdobywała Wilno, ja ze względu na moją rękę, która okropnie bolała, zostałem wycofany z walki. Miałem za zadanie obstawianie naszej kolumny samochodowej. Szybko zrozumieliśmy, jakie zamiary wobec nas będą mieli Sowieci, bo przyszedł do nas sowiecki generał i pyta: „Komu wy podlegacie?”. Odparliśmy, że Londynowi, na co usłyszeliśmy od niego, że rząd londyński to faszyści. Po aresztowaniu przez Sowietów dowództwa i żołnierzy wileńskiej Armii Krajowej musiałem się ukrywać. Na melinę zostałem wysłany do Mejszagoły do pana Sarego – Fina ożenionego z Polką, który nam pomagał. W grudniu wybrałem się do Glinciszek, do mamy. Pewnego dnia słyszę, jak podjeżdża furmanka. Ktoś mówi do ruskiego oficera, że we wsi Moskaliszki jest partyzantka. Postanowiłem ich ostrzec, ale nie zdążyłem, bo mnie aresztowali. Zostałem zaprowadzony do słodowni, gdzie było już przetrzymywanych ponad sto osób. Ruscy zaczęli mnie bić, a jeden z ich powiedział: „Jewo nie nużno bić, ale rozstrelat’”. Wiele osób pobili. Pomyślałem wtedy, że muszę stąd wiać. Uciekłem do zaprzyjaźnionych gospodarzy – rodziców Halinki, mojej sympatii. Nikt się nie zdziwił, że przyszedłem, bo taki był czas, że ciągle ktoś uciekał i się ukrywał. Był to wieczór wigilijny. Następnego dnia siedzimy przy stole, a gospodarz mówi, że ruskie wojsko się zbliża. Wyjrzałem za okno, a oni już idą tyralierą. Długo uciekałem, kierując się na Mejszagołę. Padał śnieg i byłem coraz bardziej zmęczony, więc zastukałem do jednego z domów. Otwierają się drzwi i słyszę okrzyk: „Skąd ty tu, ’Jastrząb’, jesteś?”. Okazało się, że to żołnierz z mojego plutonu. Nie chciałem tam dłużej zostać, bo wydawało mi się to niebezpieczne. Wróciłem do pana Sarego do Mejszagoły, ale i tam przyszli ruscy w poszukiwaniu podejrzanych osób. Nigdzie już nie było dla nas bezpiecznie. Ciągle trzeba było się ukrywać i uciekać. W końcu udało mi się załatwić kartę repatriacyjną na nazwisko Malinowski i na początku 1945 r. pojechałem do Lublina.

Do Lublina, gdzie wojna skończyła się tylko pozornie i gdzie nie mógł Pan ujawnić swojej tożsamości, bo komunistyczny rząd lubelski pierwszymi wydanymi przez siebie dekretami określił, z kim teraz będzie prowadził walkę – z żołnierzami Polski podziemnej. Dlatego wrócił Pan do partyzantki?

– Wróciłem, bo mi się nie podobał ten ustrój, czułem całym swoim sercem, całym swoim jestestwem, że to nie jest to, co powinno być, że musimy dalej walczyć, że Polska nie jest wolna. Mieliśmy nadzieję na kolejną wojnę. Po przyjeździe do Lublina poszedłem do szpitala Sióstr Szarytek zrobić porządek z ręką, która mi jeszcze dokuczała – miałem lekki niedowład. Kiedy powiedziałem, że jestem z Wilna, choć siostry nie miały już miejsc, zostałem przyjęty. Na Wielkanoc budzę się rano, a na stoliku stoją biało-czerwone goździki. Otwieram szafę, a tu wypadają z niej wędliny. Tak samo było na 3 Maja. Pomyślałem, że przejdę po salach i zobaczę, kto oprócz mnie ma goździki. Okazało się, że stały jeszcze na dwóch stolikach – byli to chłopcy z 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Potem do szpitala przyszły młode dziewczyny, które postanowiły mnie dokarmiać. Mówiłem, że nie trzeba, że szpitalne jedzenie mi wystarcza, ale one się uparły. W szpitalu czytałem gazety, w których często pisali o „bandzie ’Łupaszki’” i o „bandzie ’Burego’”. Poprosiłem te dziewczyny, żeby przyniosły mi mapę Białostocczyzny. Patrzyłem na nią, przyglądałem się i nocami rozmyślałem, gdzie też mogą być nasi chłopcy. Zdecydowałem, że pojadę do Siemiatycz i stamtąd rozpocznę poszukiwania. W maju, po operacji ręki, ruszyłem w drogę. Idąc przez jakąś wieś, zaszedłem do chałupy, żeby poprosić o trochę mleka, bo zdążyłem już zgłodnieć. Gospodyni dała i mleko, i trochę chleba. Usiedliśmy, a ja zapytałem, czy nie widzieli gdzieś tu jakichś „żołnierzyków”. Zaprzeczyli, ale akurat weszła ich córka – miała może z szesnaście lat. Usiadła koło matki i uśmiecha się. Wstałem, podziękowałem i na koniec pytam: „Ale czy rzeczywiście nie widzieli państwo żołnierzyków?”, a ona, że przecież tam przechodzili. Ojciec i matka zaczęli ją uciszać, a ja poszedłem we wskazanym kierunku. Widzę ślady takie jak nasze – i podkute, i niepodkute buty. Na rozstaju dróg stoi kuźnia, podchodzę, udając, że się rozglądam, szukając czegoś. Kowal spojrzał i machnął ręką w kierunku lasu. Poszedłem i naraz natknąłem się na Zygmunta Błażejewicza „Zygmunta”, na Wileńszczyźnie żołnierza 6. Brygady. Znaliśmy się z widzenia. Akurat szedł ze swoim oddziałem na koncentrację wyznaczoną przez „Burego”. Gdy zameldowałem się u „Burego”, kazał „Moskicie” (Tadeuszowi Urbanowiczowi) zdać mi dowództwo drużyny, bo ja byłem po podchorążówce, a więc miałem wyższy stopień. Przez cztery miesiące walczyłem pod komendą „Burego” na Podlasiu, najpierw w ramach odtworzonej i dowodzonej przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” 5. Wileńskiej Brygadzie AK, a po jej rozwiązaniu w 3. Brygadzie Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Tam głównie broniliśmy ludność przed bandytami. Ludzie przychodzili do nas, skarżyli się i prosili o pomoc. Często współpracowaliśmy z milicją. „Bury” nawet kiedyś poszedł do milicjantów, żeby omówić współpracę w walce z bandytami. Chociaż za nami rozesłane były listy gończe, milicjanci nam pomagali. A my często dozbrajaliśmy posterunki, bo mieli szmelc, a nie dobrą broń.

Ale w 1946 roku znowu walczył Pan w 5. Brygadzie pod rozkazami mjr. „Łupaszki”, tylko już nie na Podlasiu, lecz na Pomorzu. Nawet organizował Pan akcje ekspropriacyjne na południu Polski.

– W grudniu 1945 r. poszedłem na urlop i w Łapach spotkałem „Lufę” – Henryka Wieliczkę. Powiedział, że mjr „Łupaszko” przeszedł na Pomorze i na wiosnę znowu wychodzi w teren. W lutym 1946 r. zgłosiłem się do majora w Jodłówce na Powiślu i mianował mnie dowódcą patrolu. Miałem pozyskiwać pieniądze potrzebne na kontynuowanie walki. Major zarządził, że oddziały będą płaciły za wszelką żywność i sprzęt rekwirowany u osób prywatnych, aby walkę toczyć kosztem okupanta, a nie ludności. Mieliśmy rekwirować mienie państwowe bądź spółdzielcze, za własność prywatną płacąc gotówką zdobytą w akcjach rekwizycyjnych. Początkowo w patrolu było nas trzech: Zbyszek Fijałkowski „Pędzelek”, „Moskito” i ja. Pierwszą akcję zrobiliśmy na pocztę w Gdańsku-Oliwie. Weszliśmy i powiedziałem, że jesteśmy z 5. Brygady Wileńskiej. Za zarekwirowane pieniądze zostawiliśmy pokwitowanie. Potem z „Pędzelkiem” zabraliśmy pieniądze z Urzędu Skarbowego w Gdańsku-Wrzeszczu. Kasjer zmartwił się, że nie ma żadnych świadków, ale powiedziałem mu, że wystawimy pokwitowanie, a nasze pokwitowania są już znane. Niedużo było tych pieniędzy, ale jak wyszliśmy, kasjer wybiegł za nami i zaczął krzyczeć: „Bandyci!”. Przyspieszyliśmy kroku. „Pędzelek” szarpnął się przez ruiny, a ja uciekałem do lasu. Naraz słyszę strzały – „Pędzelek” się ostrzeliwał. Niestety, został ranny i ostatnim nabojem strzelił sobie w głowę.

Któregoś dnia na ulicy we Wrzeszczu przypadkowo spotkałem naszych chłopaków z Wileńszczyzny. Był tam Zdzisław Christa „Mamut”, Leonard Jarmołkiewicz „Lolek”, Marian Jankowski „Marek”. Zaczęli mówić, że chcą iść do lasu. Odradzałem im i przekonywałem, że skoro zaczęli studia, to lepiej, żeby je skończyli. Oni na to, że „w takiej Polsce nie chcą żyć, co to za Polska!”, i prosili, żebym ich wziął do patrolu. Zgodziłem się. Kilka dni później z „Mamutem”, „Markiem” i „Lolkiem” wyruszyliśmy na południe Polski na akcję rekwizycyjną, bo na północy działał „Żelazny” – Zdzisław Badocha.

O 5. Wileńskiej Brygadzie zrobiło się głośno w całej Polsce?

– Najpierw udaliśmy się do Bydgoszczy i tam szukaliśmy samochodu. Zachodzimy do jednego przedsiębiorstwa i mówimy dyrektorowi: „Jesteśmy z 5. Wileńskiej Brygady AK i zabieramy pana samochód”. Dał nam, ale powiedział, że daleko nie pojedziemy, bo coś w nim stuka. Odparłem, że sprawdzimy i jeśli za pół godziny nie zjawimy się z powrotem, to może zameldować do UB. Rzeczywiście czekał pół godziny, ale ponieważ coś stukało, tak jak mówił, samochód zwróciliśmy. Szukamy dalej. Widzimy, stoi mercedes. Pytamy kierowcy: czyj to samochód? Mówi, że dyrektora. „A gdzie on jest, bo my jesteśmy z UB”. Dziewczyna, która stała obok, skrzywiła się i pogardliwie wydęła usta. Kierowca zaprowadził nas do dyrektora. Wchodzimy, a tam siedzi 30 osób, bo akurat była jakaś konferencja. Mówię: „Panie dyrektorze, jesteśmy z 5. Brygady Wileńskiej i rekwirujemy pana samochód”. Dziewczyna, która poszła z nami, aż podskoczyła z radości (potem, jak „Mamut” miał rozprawę, zeznawała na jego korzyść). Dyrektor odparł: „Jak trzeba, to trzeba, bierzcie”. „Lolek” oczywiście napisał pokwitowanie. Gdy wychodziliśmy, dziewczyna ścisnęła mnie za rękę. Po drodze przebiliśmy numery i prujemy na Leszno. Tam zajechaliśmy do sędziego Rylskiego, z którym leżałem w szpitalu u szarytek w Lublinie. Jak on nas przyjął! – a wiedział, kim jesteśmy. Ugościli nas z żoną bardzo serdecznie – po wileńsku. We Wrocławiu, Kłodzku, Wałbrzychu w monopolach i hurtowniach spirytusowych rekwirowaliśmy pieniądze. Ludziom, którzy tam pracowali, zawsze zostawialiśmy pokwitowanie na większą sumę, niż braliśmy, np. braliśmy 100 zł, a kwitowaliśmy za 150. Ludzie na tym też trochę zyskiwali. Robiliśmy te skoki, ale dla żołnierza to nie jest przyjemne.

Przywieźliście dla oddziału sporo pieniędzy. Nie brakowało w Waszym rajdzie brawury, ale też życzliwości ludzi, którzy sercem byli po Waszej stronie. Przecież ubecy musieli Was już szukać?

– W drodze powrotnej do Gdańska, w Żninie, natknęliśmy się na blokadę. Stało wojsko i UB. Zatrzymał nas cywil, zażądał dokumentów i kazał wyjść z samochodu. Gdy na chwilę odszedł na bok, krzyknąłem do „Mamuta” (który już zgasił silnik): „Gazu!”, i ruszyliśmy z piskiem opon. Zanim ubowcy odbezpieczyli broń, my już gnaliśmy naprzód, a że na ulicy był ruch, nie bardzo mogli strzelać. Żołnierze sprawiali wrażenie zadowolonych, że udało nam się uciec. W Bydgoszczy oddaliśmy samochód do warsztatu, ale następnego dnia pojawili się tam ubowcy i gdy „Mamut” poszedł po auto, został aresztowany. Ja i „Lolek” wpadliśmy w kocioł u fotografa Siemaszki, który miał zakład przy ul. Dworcowej. Synowie fotografa byli naszymi kolegami z partyzantki wileńskiej. Gdy na nasze pukanie Zbyszek Siemaszko „Swojak” otworzył drzwi, zorientowałem się, że jest wsypa – widzę, że obok niego stoi ubowiec i nalewa sobie wodę z kranu, a kątem oka na nas łypie. Kolega, udając, że nas nie zna, spytał, czego sobie życzymy. Powiedziałem, że chcę kupić błonę fotograficzną. Stoję w drzwiach i myśli szybko przebiegają mi przez głowę: „Lolek” nie ma na koncie żadnej mokrej roboty, a za walizkę z pieniędzmi dużo nie dostanie. Ja zeznam, że go zmusiłem do pójścia do lasu i całą winą wezmę na siebie. Jak zaczniemy strzelać, to konsekwencje poniosą Siemaszkowie – cztery osoby przeze mnie mogą zostać zrujnowane. Chciałem się poddać. Wchodzimy do środka i widzę, że mundurowi robią rewizję. Nagle Siemaszko krzyknął: „Chłopy, zjazd!”. Odebrałem to jako usprawiedliwienie dla nas. Zbiegliśmy schodami na dół, ja na prawo, „Lolek” na lewo. Za „Lolkiem”, który miał skórzany płaszcz i wojskowe buty, pobiegło pięciu i schwytali go. Walizkę na szczęście miał „Marek”, udało się więc ją uratować i dowieźć do majora.

Powiedział Pan, że to dla żołnierza nie była przyjemna robota, ale czy las okazał się miejscem, które dawało poczucie sensu walki?

– Potem dołączyliśmy do „Łupaszki”. Zostałem mianowany dowódcą dziesięcioosobowego oddziału ochrony majora. Przez jakiś czas „chodziliśmy” ze szwadronem „Lufy”. Stale znajdowaliśmy się w okrążeniu, stale musieliśmy się przebijać. W Jabłonce koło Ostródy ubowcy i KBW okrążyli las samochodami, ale w nocy bali się wchodzić w gęstwinę, więc po ciemku przedarliśmy się pomiędzy nimi. Przechodziliśmy tak blisko, że słyszeliśmy, o czym rozmawiają. Rozbijaliśmy i rozbrajaliśmy posterunki UB oraz NKWD, karaliśmy konfidentów i szpicli, wykonywaliśmy wyroki na funkcjonariuszach UB. Jedną z największych akcji na posterunek milicji mój szwadron przeprowadził w Mikołajkach Pomorskich, ale takich akcji było wiele. Któregoś dnia w Starym Targu we dwóch – ja i „Lufa” – rozbroiliśmy dziewięcioosobowy posterunek NKWD i zastrzeliliśmy komendanta posterunku. Bardziej jednak wtedy chodziło o przetrwanie niż o walkę, było już ciężko. Koło Kwidzyna mieliśmy się spotkać z „Żelaznym”. Szliśmy na umówione miejsce, aż tu podchodzi łącznik i mówi, że „Żelaznego” zabili ubowcy. Było to w końcu czerwca 1946 roku. Major bardzo to przeżył. Po tym wydarzeniu rozmawiałem z nim, żeby spróbować przedrzeć się na Zachód. „Łupaszko” pomyślał, przeszedł ze dwadzieścia kroków i mówi: „Wiesz, Józiu, ja mam obowiązek. Jestem dowódcą pasa północnego, a jeszcze może być trzecia wojna światowa”. Powiedziałem mu wówczas, że ja już nie mam siły i chcę odejść. W tym okresie mieliśmy coraz mniej nadziei.

Po opuszczeniu oddziału w sierpniu 1946 r. pojechałem do Lublina, do rodziców. Ujawniłem się, jak była amnestia, skończyłem szkołę – musiałem powtórzyć czwartą klasę gimnazjalną i zrobiłem dwie klasy liceum. W 1950 r. zostałem aresztowany. Wtedy przetrzymywali mnie w więzieniu pół roku, ale dziesięć lat później zostałem oskarżony o nadużycia gospodarcze i skazany na karę śmierci, która została zamieniona na dożywocie. W więzieniu spędziłem 16 lat. W latach 90. sąd przeprowadził kasację tego wyroku.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Kołakowska

Nasz Dziennik