logo
logo

Zdjęcie: M. Marek/ Nasz Dziennik

Mamy dość arogancji rządu

Poniedziałek, 8 kwietnia 2013 (02:06)

Nie chcemy ponosić odpowiedzialności za wasze błędy – pod takim hasłem odbędzie się dziś przed Ministerstwem Zdrowia ogólnopolska pikieta pracowników służby zdrowia.

Termin nie jest przypadkowy. Protest odbędzie się dzień po ustanowionym w 1948 roku przez Światową Organizację Zdrowia Światowym Dniu Zdrowia. Obchodzony od 1950 roku ma na celu zwrócenie uwagi na najbardziej istotne problemy zdrowotne społeczeństw całego świata.

Obiecująca reforma

W PRL był to dzień, kiedy rządzący przypominali sobie o pracownikach służby zdrowia, przyznając im wyróżnienia resortowe i odznaczenia państwowe. „Biały personel” mógł też wtedy liczyć na 20-30-złotowy wzrost wynagrodzeń. W odbiorze pracowników była to jednak upokarzająca forma okazjonalnego przypominania sobie władzy o zaniedbywanych przez pozostałe dni w roku pracownikach.

Może dlatego pracownicy służby zdrowia tak wielkie nadzieje wiązali z wprowadzoną w 1998 roku reformą systemu ochrony zdrowia. Reformą, która miała zapewnić im nie tylko godziwe wynagrodzenie i odpowiedni do rangi zawodu status społeczny, ale przede wszystkim – w wyniku wdrożenia właściwych rozwiązań systemowych – uwolnić ich od podejrzeń o korupcję i nepotyzm.

Nowy, transparentny system miał spowodować, że pieniądz będzie wędrował za pacjentem poszukującym dobrych szpitali i specjalistów. Światowy Dzień Zdrowia to tradycyjnie czas refleksji nad kondycją opieki zdrowotnej w kraju i przypomnienia rządzącym, że nie uchylą się od odpowiedzialności za podejmowane decyzje, mające wpływ na zdrowie obywateli.

Nie unikamy również pytań o rolę samego środowiska medycznego w procesie dokonujących się przemian. Wszyscy pamiętamy liczne protesty, marsze, głodówki, „białe miasteczka”, wreszcie – w chwilach desperacji – odchodzenie od łóżek pacjentów oraz ewakuacje oddziałów, a nawet całych szpitali. Ekipy rządzące wielokrotnie nadużywały w przeszłości zaufania środowiska medycznego, obiecując np. podwyżki, za które – jak się okazywało – to w konsekwencji „białe fartuchy” musiały płacić utratą miejsc pracy i wielomilionowym zadłużeniem placówek ochrony zdrowia.

Pacjent – lekarz

Otwarcie granic po wejściu Polski do UE wywołało falę emigracji wielu medycznych grup zawodowych, a nieuregulowane warunki zatrudniania i wynagradzania wydrenowały rynek z najlepszych specjalistów. Dostęp pacjentów do lekarzy został ograniczony nie tylko wskutek potężnych niedoborów finansowych w systemie, lecz także w wyniku braku wysoko wykwalifikowanej kadry medycznej.

Jeszcze jeden ważny aspekt spowodował demontaż relacji na linii pacjent – lekarz. Zwłaszcza w ciągu ostatnich kilku lat nastąpiło skrócenie czasu stażu i pogorszenie jakości kształcenia młodych adeptów medycyny. Młodzi lekarze narzekają, że w wyniku niedostatecznej liczby godzin zajęć praktycznych odbywanych pod okiem doświadczonych specjalistów rzucono ich na głęboką wodę, nieprzygotowanych do odpowiedzialnego podejmowania decyzji za życie oraz zdrowie pacjenta.

Rządząca drugą kadencję koalicja PO – PSL, działając wedle starej zasady divide et impera, skonfliktowała wszystkich ze wszystkimi. Środowisko medyczne jest najlepszym tego przykładem. Ludzie tworzący niegdyś zgrany zespół terapeutyczny, działający w jednym wspólnym celu – ratowania zagrożonego życia człowieka chorego – stali się w wyniku proceduralnych przekształceń grupą osób reprezentujących własne interesy zawodowe, finansowe, rywalizującą o finansowy podział łupów z procedur medycznych.

Sprzeczne interesy

Sprzyja temu, niestety, również walka o interesy samorządów i związków monozawodowych, które upominają się o prawa lekarzy, pielęgniarek, farmaceutów. To zerwanie więzi środowiskowej jest na rękę rządzącym. Przypomnijmy chociażby podpisywane w świetle kamer, tuż przed wyborami prezydenckimi, porozumienia, deklarujące często obietnice bez pokrycia.

Środowisko medyczne jest jednym z tych, które najszerzej i najdotkliwiej dotknęła plaga umów cywilnoprawnych. Przymusza się do pracy w formule podmiotów gospodarczych: lekarzy, pielęgniarki, ratowników, techników medycznych. W poszukiwaniu złudnych oszczędności wydzierżawiane są na zewnątrz szpitali usługi takie jak: gotowanie, sprzątanie, pranie. „Wyprowadzono” nawet usługi laboratoryjne i farmaceutyczne. W szpitalnym procesie leczenia pacjenta, zamiast zespołu pracowników oraz współpracowników, biorą udział dziesiątki, jeśli nie setki, podmiotów prywatnych, które na terenie szpitala (a szpitalem jest on już tylko z nazwy) reprezentują własne, odrębne interesy.

Tak zdezintegrowanym środowiskiem – przez biznesowe „ustawienie systemu” ukierunkowane głównie na zaspakajanie potrzeb grup zawodowych – bardzo łatwo zarządzać, manipulować, umiejętnie podsycając konflikty, antagonizować ludzi, którzy powinni tworzyć zgrany zespół terapeutyczny podporządkowany dobru chorego. Tymczasem jego interes został w tej sytuacji zepchnięty na dalszy plan.

Konieczna integracja

Dlatego w to szczególne święto, jakim jest Światowy Dzień Zdrowia, NSZZ „Solidarność”, skupiający wszystkie grupy zawodowe, chce zaapelować do środowiska medycznego, aby porzuciło rywalizację i jałowy spór, zastępując je wspólnym działaniem na rzecz poprawy sytuacji w ochronie zdrowia. Sytuacja jest już bowiem naprawdę dramatyczna, a odpowiedzialni za nią rządzący winę za błędy systemu przerzucają bezczelnie na lekarzy oraz innych pracowników medycznych. Umywają ręce od błędnych decyzji, które podejmują.

Wystarczyło, obserwując ostatnie tragiczne zdarzenia, posłuchać ministra zdrowia, marszałek Sejmu czy rzecznika praw pacjenta (sic!), którzy zamiast uderzyć się w piersi za grzech zaniechania, bez zmrużenia oka przesądzali o winie lekarzy oraz ratowników medycznych, urządzając cyrk. „Zawinił czynnik ludzki”, „człowiek jest najsłabszym ogniwem systemu” – za tymi sloganami polityczni decydenci sprytnie skrywają własną nieudolność, a także niekompetencję.

Stworzono odhumanizowany system, w którego centrum umieszczono nie pacjenta i skuteczną terapię medyczną, lecz pieniądz oraz finansową sprawozdawczość. W miejsce dawnej przychodni i szpitala powołano szereg podmiotów świadczących usługi medyczne, w których mnogości i zawikłanych kompetencjach pacjent się gubi, bo nie jest w stanie rozeznać, gdzie i kiedy może szukać potrzebnej pomocy. Nic więc dziwnego, że w przypadku nagłego pogorszenia stanu zdrowia jedzie do najbliższego szpitala, posiadającego szpitalny oddział ratunkowy lub izbę przyjęć, bo tak mu nakazuje instynkt samozachowawczy. Po co więc nadmiar przychodni, nocnych gabinetów: wyjazdowych, jak również świątecznych, prywatnych szpitali i spółek leczących tylko wtedy, gdy się to opłaca? I tylko to, co zostało dobrze wycenione przez NFZ.

Pacjent sam sobie

Gdy potrzebna jest pomoc, człowiek chory lub jego rodzina, powodowani lękiem, nadaremnie szukają szybkiej pomocy, są odsyłani od Annasza do Kajfasza. Brakuje jasnej, klarownej informacji dla pacjentów oraz ich rodzin, dokąd mają się udać i jak postępować w sytuacji nagłych zachorowań, zwłaszcza w dużych miastach.

Od blisko 1,5 roku minister Arłukowicz zapowiada zmiany, które w teorii powinny wychodzić naprzeciw oczekiwaniom środowisk medycznych i pacjentów. Na zapowiedziach się kończy. Program ministra wciąż jest programem wirtualnym, a kolejne zapowiedzi zmian mają na celu odwrócenie uwagi mediów od dramatycznej rzeczywistości, z którą minister nie chce lub boi się zmierzyć, lub też nie ma pomysłów naprawczych.

Zastanawiający jest też brak zainteresowania problemami służby zdrowia najważniejszych osób w państwie. Mamy premiera, który za standard przyjmuje zamykanie przed pacjentami szpitalnych drzwi w końcowych miesiącach każdego roku. Prezydenta, który unika podjęcia publicznej debaty, a także inicjatyw ustawodawczych. I przede wszystkim rzecznika praw obywatelskich, który powinien stać na straży Konstytucji RP, a zwłaszcza zapisanych w niej praw przysługujących obywatelom.

Przypomnę, że NSZZ „Solidarność” 11 lutego br., w Światowy Dzień Chorego, skierował pismo do prof. Ireny Lipowicz, rzecznika praw obywatelskich, prosząc o zajęcie stanowiska w kluczowych dla polskich obywateli sprawach dotyczących ochrony zdrowia. Niestety, do dziś z urzędu rzecznika nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Pytamy zatem: czy w Polsce obywatele mają jakieś prawa, czy tylko obowiązki, zwłaszcza związane z płaceniem podatków i składki zdrowotnej?

Schorowani z oszczędności

Światowy Dzień Zdrowia został ustanowiony m.in. po to, aby korzystając ze zdobyczy medycyny, wyrównywać dysproporcje w leczeniu, aby skutecznie przeciwdziałać zagrożeniom zdrowia i życia. W Polsce przestaliśmy mówić o profilaktyce, odchodzi się od szczepień ochronnych, lekceważy istotną rolę właściwego odżywiania i wypoczynku dzieci. Nic więc dziwnego, że ze zdwojoną siłą wraca gruźlica, co powinno być powodem do wstydu dla rządzących. Cyniczni politycy proponują szczaw i mirabelki zamiast stałej opieki medycznej oraz stomatologicznej w szkołach. Arogancja rządzących sprawia, że kolejne pokolenia są coraz słabsze i mniej liczne. Polska staje się liderem niechlubnych rankingów, wykazujących szereg zaniedbań i oszczędności dokonywanych na społeczeństwie.

Stając przed Ministerstwem Zdrowia, wskazujemy na głównego winnego tych zaniedbań. Miały być pełne szuflady ustaw uzdrawiających obecny stan rzeczy. Pytanie, kto lub co przeszkadza ministrowi w realizacji tych zapowiedzi. Na to pytanie chcemy w końcu otrzymać uczciwą odpowiedź.

 

Maria Ochman


Autorka jest przewodniczącą Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność”.

Aktualizacja 8 kwietnia 2013 (10:38)

Nasz Dziennik