logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Zatrzymać eugenikę

Czwartek, 13 czerwca 2013 (12:11)

W polskich szpitalach, w majestacie prawa, abortuje się rocznie setki dzieci zdiagnozowanych jako chore. Każdego roku coraz więcej.

Chore dzieci zabijane są często w szóstym miesiącu życia płodowego, kiedy są duże i dobrze rozwinięte. Lekarze wywołują wczesny poród, żeby dziecko zmarło. Jeśli przeżyje, oficjalna procedura każe zostawić je bez pomocy, na śmierć.

Na ten horror pozwala obecne prawo. Chociaż zakazuje aborcji jako przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, jednocześnie uchyla karalność w trzech przypadkach. Jednym z nich jest tzw. aborcja eugeniczna, z powodu diagnozy choroby u dziecka. Tak ginie 90 proc. ofiar „kompromisu aborcyjnego” – kilkaset dzieci rocznie. Od kilku lat ta liczba gwałtownie rośnie.

Bo miała zajęczą wargę

Ministerstwo Zdrowia nie ujawnia danych o tym, kogo zabito i w związku z podejrzeniem o jaką chorobę. Można jednak obliczyć, że większość dzieci po niepomyślnej diagnozie jest abortowana.

Najczęściej rozpoznawany jest zespół Downa. Na Zachodzie ok. 95 proc. takich dzieci ginie w łonach matek. Prawie nie widać ich na ulicy, rodzą się praktycznie tylko te, których nie zbadano, testy się pomyliły lub rodzice obronili je przed presją aborcyjną.

Wiele dzieci ginie z błahych powodów. Dodatkowy paluszek, zajęcza warga, zniekształcone stopy – problemy, które współczesna medycyna koryguje.

Polska ustawa mówi o „ciężkim i nieodwracalnym upośledzeniu” lub „nieuleczalnej chorobie zagrażającej życiu”, ale w praktyce zabija się na przykład dziewczynki z zespołem Turnera. – Zespół Turnera dotyczy prawie wyłącznie kobiet, nie mają one jednego z chromosomów płci, są niskie, krępej budowy, zwykle bezpłodne. Ale nie są upośledzone umysłowo – tłumaczy Malina Świć, studentka ostatniego roku medycyny.

Malina Świć sama ma zespół Turnera, który wykryto u niej dopiero w wieku 14 lat. Dziś kończy studia medyczne. – Na co dzień nie myślę o tym, że mam zespół genetyczny. Prowadzę normalne życie. Jestem trochę powolniejsza, niższa od rówieśników, prawdopodobnie nie będę mieć dzieci. Ale tego, że żyję, nie żałuję – mówi.

Zabici przez przypadek

Z 620 dzieci zabitych w polskich szpitalach w 2011 r. z powodu niepomyślnej diagnozy kilkadziesiąt najprawdopodobniej było zdrowych.

Ustawa pozwala zabić, kiedy „wynik badań prenatalnych” lub „inne przesłanki medyczne” wskazują na „prawdopodobieństwo” wystąpienia wad. Prawdopodobieństwo, bo pewności nie ma nigdy. Badania określają tylko stopień ryzyka.

Nawet 95 proc. ciężarnych wytypowanych przez badania przesiewowe ma tak naprawdę zdrowe dzieci. USG myli się w kilkudziesięciu procentach przypadków. Wraz z badaniami krwi sugeruje wady nawet u 1 na 20 matek, w zdecydowanej większości fałszywie. Ale nawet po tak pobieżnej diagnozie można dostać „kwit” na aborcję.

Zaawansowane badania inwazyjne też nie dają 100 proc. pewności. – Dziecko może być tzw. mozaiką, to znaczy mieć zarówno komórki zdrowe, jak i charakteryzujące wadę genetyczną. Diagnosta interpretuje taki wynik jako chorobę, podczas gdy jest to zdrowe dziecko – mówi dr Marek Ślusarski, ginekolog, i dodaje, że pomyłki zdarzają się też przez błędy człowieka.

Niebezpieczne badania

Same badania inwazyjne także zbierają śmiertelne żniwo. Wymagają pobrania materiału z łona, przez powłoki brzuszne lub kanał rodny, czym narażają matkę na krwotok i infekcję, a dziecko na uszkodzenie ciała i śmierć. Ryzyko poronienia, średnio 1-2 proc., u mniej doświadczonego lekarza może sięgać nawet kilku procent.

W Polsce w 2011 r. badaniom inwazyjnym poddało się kilka tysięcy kobiet. Zdecydowana większość z nich nosiła pod sercem zdrowego człowieka, ale co najmniej kilkadziesiąt przez badania straciło dziecko.

W Wielkiej Brytanii obliczono, że na każde troje dzieci, u których wykrywa się zespół Downa, dwoje zdrowych umiera w łonie z powodu badań. Mimo to w wielu krajach promuje się badania genetyczne, a organizacje medyczne zalecają, aby oferować je wszystkim ciężarnym.

Chce urodzić, ma taką fanaberię

Matki skarżą się, że doświadczają presji, aby robić badania genetyczne i od wyników uzależniać „losy ciąży”.

Kaja Godek pięć lat temu dowiedziała się, że jej synek urodzi się z zespołem Downa. – Lekarz powiedział, że jeśli choroba się potwierdzi, być może trzeba będzie usunąć ciążę. Zabicie dziecka było traktowane jak normalna kolej rzeczy. W drugiej ciąży byłam w grupie wysokiego ryzyka. Miałam wrażenie, że moja córka musi zdać egzamin ze zdrowia, zanim dadzą jej spokój – wspomina Godek.

Jej zdaniem, lekarze dzielą się na dwie grupy. Jedni cieszą się, że kobieta donosi ciążę. Inni są przesiąknięci mentalnością aborcyjną. – Oni robią w tym interesie. Patrzą na kobietę, która nie chce zabić chorego dziecka, jak na kogoś, kto ma fanaberię. Pewna ginekolog zrobiła mi scenę, bo odmówiłam badań genetycznych. Dowiedziałam się później, że ona pracuje w szpitalu, w którym abortują dzieci z zespołem Downa.

Doświadczenia Kai Godek to nie wyjątek. Doktor Brian Skotko, pediatra ze szpitala dziecięcego w Bostonie, przeprowadził ankiety wśród tysiąca matek dzieci z zespołem Downa. Te, które zdiagnozowano w ciąży, skarżyły się, że lekarze udzielili im nieprawdziwych, przesadnie negatywnych informacji o zespole Downa i że namawiali je na aborcję.

W innej anonimowej ankiecie przeprowadzonej wśród 499 amerykańskich lekarzy 23 proc. przyznało się do aktywnego nalegania na aborcję lub do celowego podkreślania negatywnych aspektów zespołu Downa wobec pacjentek. Tylko 4 proc. powiedziało, że namawia takie matki do urodzenia.

Kto chce aborcji?

– Jeśli ktoś twierdzi, że rodzice dzieci niepełnosprawnych popierają aborcję eugeniczną, to mnie obraża. Trudniej się wychowuje dziecko chore niż zdrowe, ale to nie powód, żeby chore zabić – mówi Kaja Godek.

Organizacje skupiające rodziców dzieci niepełnosprawnych nie walczą o dostęp do aborcji eugenicznej. Wręcz przeciwnie.

Rok temu dwadzieścia kilka takich grup z różnych krajów zmobilizowało się w ramach inicjatywy Stop Eugenics Now (ang. Zatrzymać eugenikę), aby zapobiec uznaniu aborcji eugenicznej za prawo człowieka przez Trybunał w Strasburgu.

W Nowej Zelandii grupa rodziców oskarżyła własny rząd o wywieranie presji aborcyjnej na matki dzieci z zespołem Downa przez nachalną promocję badań genetycznych. Wykrycie tej wady przed urodzeniem nie pomaga dziecku, służy jedynie do jego likwidacji, a to eugenika, argumentowali.

Głównym motorem szerzenia aborcji eugenicznej nie są ci, których temat niepełnosprawności bezpośrednio obciąża, ale lobby aborcyjne i sprzyjający mu dygnitarze o zapędach eugenicznych.

Po równi pochyłej

Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat liczba aborcji eugenicznych w Polsce wzrosła jedenastokrotnie. – To już nie furtka, ale brama aborcyjna – mówi Mariusz Dzierżawski, obrońca życia.

Działacze biznesu śmierci robią wszystko, aby aborcji w majestacie prawa było jak najwięcej. Nie tylko załatwiają poszczególnym kobietom „zabiegi”. Manipulują też opinią publiczną, szerząc mity o „prawie do aborcji” i obowiązku uczestniczenia w niej lekarzy.

Tymczasem każda aborcja to przestępstwo przeciwko życiu i zdrowiu. Prawo jedynie uchyla karalność w szczególnych przypadkach. – W przestrzeni publicznej często pojawia się hasło „prawo do aborcji”. W lekarzach też wytworzyło się przekonanie, że kobiety mają „prawo do aborcji”, kiedy przesłanki z ustawy są spełnione. A to nieprawda – tłumaczy prawnik Joanna Potocka.

Konsekwencją przekonania o „prawie do aborcji” są międzynarodowe procesy sądowe o „krzywdzące urodzenie”, w związku z tym, że dziecko, które mogło być abortowane, jednak się urodziło.

Mariusz Dzierżawski przypomina, że to kolejny raz, kiedy każdy obywatel zmuszany jest do finansowania aborcji: – Płacimy za to, że dzieci zabijane są w państwowych szpitalach, płacimy za powikłania u matek, w końcu płacimy grzywny za to, że jakieś dziecko nie zostało zabite. To haniebne prawo trzeba znieść.

Stop aborcji eugenicznej

W Holandii legalnie zabija się chore noworodki. Według embriologa Boba Edwardsa, pioniera in vitro, aborcja eugeniczna to nie prawo, tylko obowiązek, a rodzenie chorych dzieci to „grzech”. Za przymusem aborcji eugenicznej opowiedział się również pewien brytyjski polityk.

– Hitler też rozpoczął eksterminację ludzi od kalek i upośledzonych. Zgoda na aborcję chorych dzieci to zaproszenie do Polski kolejnych etapów tego horroru – ostrzega Mariusz Dzierżawski.

Aby zawrócić Polskę z tej drogi, powstał obywatelski projekt zakazu aborcji eugenicznej. Komitet Inicjatywy Ustawodawczej Stop Aborcji zbiera w całym kraju podpisy poparcia. Potrzeba ich sto tysięcy, aby projekt trafił do Sejmu.

Pełnomocnikiem Komitetu jest Kaja Godek. Czy to się może udać? – Dwa lata temu projekt całkowicie zakazujący aborcji poparło 600 tysięcy obywateli. W Sejmie zabrakło wtedy tylko 6 głosów. W tym roku też mamy piękny odzew. Jako mama chłopca z zespołem Downa cieszę się, że jest wielu ludzi, którzy dzieciom takim jak moje chcą przywrócić prawo do życia. Wierzę, że to się uda.

Organizatorzy apelują o składanie podpisów do 23 czerwca. Po informacje zapraszają na stronę RatujDzieci.pl.

Joanna Najfeld, publicystka, działaczka pro-life

Aktualizacja 13 czerwca 2013 (12:28)

Nasz Dziennik