logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: arch/ -

Niewygodna prawda, niechciana pamięć

Środa, 11 lipca 2012 (10:09)

Po dziesiątkach lat powojennego przemilczania ludobójstwa Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, dokonanego przez banderowską frakcję Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i stworzoną przez nią Ukraińską Powstańczą Armię, Kresowianie spodziewali się, że w III RP nastąpi odsłonięcie przed społeczeństwem wszystkich pomijanych i zakłamywanych kart naszej historii.

Oczekiwania te, w odniesieniu do zbrodni katyńskiej, a także częściowo innych zbrodni sowieckich, zostały prawie spełnione, natomiast w stosunku do zbrodni nacjonalistów ukraińskich ujawnił się opór, głównie ze strony władz, środowisk politycznych, części elit opiniotwórczych, a w konsekwencji poddających się tej tendencji mediów i środowisk naukowych oraz przedstawicieli kultury.

Ta sytuacja była szczególnie ostro odczuwana w latach 90., kiedy to nie tylko usiłowano nie dopuścić do szerokiej opinii publicznej wiadomości o dokonanych przez OUN-UPA zbrodniach, ale jeśli już problem został poruszony, to próbowano go przedstawiać w wykrzywionym kształcie, tak, by pomniejszyć martyrologię ludności polskiej i zminimalizować zły wizerunek OUN-UPA.

Gorzkie pytania

Dla świadków zbrodni, zwłaszcza dla tych, którzy stracili bliskich, ale nawet dla tych, których rodziny w całości ocalały, lecz przeżyły wielomiesięczne czy nawet kilkuletnie piekło nieustannego strachu oraz poniewierki i nędzy spowodowanej zbrodniczymi akcjami OUN-UPA, taka sytuacja była nie do zaakceptowania i nie do pojęcia. Szukali zatem odpowiedzi na dręczące ich gorzkie pytania.

Jak można ignorować systematyczną eksterminację Polaków z powszechnie stosowanym okrucieństwem na terenie czterech przedwojennych województw (wołyńskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego, lwowskiego), która pochłonęła ok. 130 tys. bezbronnych ludzi - od niemowląt po sędziwych starców?

Jak można nie uznawać za zbrodnię ludobójstwa wyniszczania Polaków dlatego, że są Polakami, a jednocześnie dostrzegać ludobójstwa niemieckie i sowieckie na Narodzie Polskim i eksponować ludobójstwa innych narodów? Z czego wynikają próby przerzucenia winy ze sprawców na ofiary?

Dlaczego sprawcom zbrodni nad zbrodniami, OUN i UPA, okazuje się zrozumienie i określa ich jako bojowników walk narodowowyzwoleńczych, a nawet porównuje do AK? Dlaczego władze są niechętne pomnikom ofiar i tablicom pamięci, dlaczego utrudniają lub uniemożliwiają upamiętnienia? Dlaczego dla społeczeństwa polskiego martyrologia kresowa ma być okrojona, zawężona?

Niewygodna prawda, niechciana pamięć - to wniosek wynikający z powyższych pytań. Wciąż aktualny, chociaż stosunek do problemu zbrodni nacjonalistów ukraińskich zmienia się od 2000 roku.

Powoli, na skutek różnego typu zabiegów Kresowian skierowanych do władz, pojedynczych osobistości i grup politycznych, intelektualistów i mediów: protestów, apeli, rezolucji, debat, konferencji, wywalczonych publikacji, polemik i osobistego uświadamiania, już nawet tysięcy listów.

Ale czy to normalne, by trzeba było tak ogromnego społecznego zaangażowania, aby przekonywać, że nie wolno deptać godności ofiar ani przez przemilczanie, ani zakłamywanie, choćby częściowe, że ofiarom za polskość należy się właściwe miejsce w świadomości polskich obywateli?

Państwo umywa ręce

Stan ten zasługuje na wskazanie niezdrowych korzeni, z których wyrósł. Główny to koncepcja polityczna, wedle której Polska, by skutecznie rywalizować z Rosją o Ukrainę w celu związania tej ostatniej z Europą, powinna pomijać sprawy drażliwe w polsko-ukraińskiej historii.

Architekci i realizatorzy tej koncepcji zlekceważyli odwieczną prawidłowość: tolerowane zło nie przynosi dobra. Przyszło to łatwo, bo przez dziesiątki lat narzuconej tzw. przyjaźni polsko-radzieckiej powstał nawyk oglądania się na sąsiada, nawyk przypodobywania się i spełniania oczekiwań państwa obcego.

Tę słabość elit (pogłębianą przez nieznajomość historii) wykorzystuje nacjonalistyczne lobby ukraińskie i Ukraina, niezależnie od proweniencji zmieniających się władz. Od początku zaistnienia państwa ukraińskiego różne przedsięwzięcia w Polsce służące oddaniu czci i upamiętnieniu ofiar ludobójstwa ukraińskiego były oprotestowywane oficjalnie lub gabinetowo przez służby dyplomatyczne Ukrainy i osobistości ukraińskiego życia politycznego.

Podobną rolę pełni reprezentacja Ukraińców żyjących w Polsce, tj. Związek Ukraińców. W rezultacie nie tylko udział państwa polskiego w budowaniu pamięci ofiar zbrodni nacjonalistów ukraińskich z trudem można ocenić na minimum minimorum, ale nawet dochodzi ze strony władz najwyższego szczebla do przeciwdziałania akcjom upamiętniającym w formie odmowy lub wycofywania patronatu, braku reakcji na prośby zainteresowanych środowisk, blokowania inicjatyw, nieudzielania dofinansowywania.

Typowym przykładem jest przetrzymanie przez rok projektu uchwały Sejmu RP w sprawie ludobójstwa banderowskiego przez ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego. Tylko determinacja klubu PSL, który nieustępliwie forsował sprawę, doprowadziła do podjęcia przez Sejm 15 lipca 2009 r.

Uchwały w sprawie tragicznego losu Polaków na Kresach Wschodnich, w której jakby przez zaciśnięte zęby określa się masowe mordy Polaków przez OUN i UPA jako "czystkę etniczną o znamionach ludobójczych". Wprawdzie cytowane sformułowanie bliższe jest tzw. poprawności politycznej niż poprawności merytorycznej, ale i tak dla Kresowian była to satysfakcja, zwłaszcza że w tej uchwale znalazł się postulat przywrócenia pamięci historycznej o tragedii Polaków na Kresach Wschodnich II RP jako zadanie dla władz publicznych.

Satysfakcja była chwilowa, ponieważ poza umieszczeniem stosownych słów na papierze władze publiczne nic dalej nie zrobiły, z wyjątkiem kilku samorządów (m.in. Kędzierzyn-Koźle, Jarosław, Prabuty, Wschowa, Zamość, Opole), które potem włączyły się do różnych inicjatyw kresowych mających na celu upowszechnienie prawdy o zagładzie polskości na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej i potępienie jej sprawców.

Wobec systemowego obniżania poziomu wiedzy historycznej polskich obywateli w ogóle, niezależnie od tematyki, przeciwdziałające temu akcje władz lokalnych nabierają szczególnie pozytywnego znaczenia i zasługują na wdzięczność. W tym roku problem zbrodni wołyńsko-małopolskiej znowu powinien być rozpatrywany przez Sejm RP. Rozpoczęte bowiem zostały starania o ustanowienie przez Sejm 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian (albo - jak w jednym z wniosków - Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II RP). Byłby to ważny element szerzenia w społeczeństwie wiedzy i pamięci o ludobójstwie Polaków kresowych.

Apogeum zbrodni

W kilkuletniej eksterminacji Polaków przez OUN-UPA 11 lipca 1943 r. był dniem wyjątkowym. To była kulminacja zbrodniczości nacjonalistów ukraińskich w stosunku do Polaków. W dobrze zaplanowanych i przygotowanych akcjach na terenie dwu powiatów Wołynia, włodzimierskiego i horochowskiego, oraz w niektórych sąsiadujących z tymi powiatami miejscowościach powiatu kowelskiego, tego jednego dnia UPA, wspomagana przez odpowiednio zaagitowanych lub przymuszonych chłopów ukraińskich, dokonała rzezi Polaków w ok. 100 miejscowościach.

Mordów dokonywano głównie za pomocą narzędzi gospodarskich, potem grabiono, niszczono i palono polskie sadyby. Ocaleni byli bezwzględnie tropieni i wybijani, trwało to jeszcze kilka dni po 11 lipca. Nawet mury kościołów nie powstrzymały zbrodniarzy, zaatakowano bowiem Polaków w czterech kościołach i jednej kaplicy, gdzie oprócz wiernych zamordowano trzech kapłanów, a czwartego raniono. Ten dzień, 11 lipca, jako symbol męczeństwa Polaków kresowych zadanego przez banderowców jest trafnie wybrany. Ani przedtem, ani potem na tak wielką skalę nie unicestwiano Polaków w trakcie depolonizacji Kresów.

 Z niepokojem oczekują obrad parlamentu żyjący świadkowie zbrodni i ich potomni. Obawiają się, czy zgłoszone projekty uchwał w sprawie 11 lipca na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej będą rozpatrywane, czy może odłożone ad calendas graecas? Czy polski Sejm będzie miał odwagę być polskim Sejmem? Czy zechce pokazać społeczeństwu, że przeszłość ma znaczenie dla teraźniejszości i przyszłości, wbrew popularyzowanemu przewrotnemu poglądowi o słuszności odrzucenia przeszłości?

Dotychczasowe doświadczenia niejednokrotnie bowiem pokazywały, że władze lekko poświęcają prawdę historyczną i ofiary zbrodni dla doktryny politycznej, z której korzyści nie widać. To dla świadomych Polaków bardzo bolesne. O ile bowiem można się zgodzić z tłumaczeniem braku możliwości oddziaływania na politykę historyczną państwa ukraińskiego, o tyle nie do zaakceptowania jest lekceważąca prawdę polityka własnego państwa. Czyż 22 lata III RP to za mało dla uporządkowania polskiej pamięci historycznej?

Tamowanie podejmowania tematu ludobójstwa banderowskiego, milczenie państwa polskiego wobec gloryfikacji na Ukrainie zbrodniarzy przeciw ludzkości i wobec różnych antypolskich aktów, poddawanie się naciskom ukraińskich czynników dążących do ukrycia prawdy o zbrodniach OUN-UPA to postępowanie popierające szkodliwy wzrost wpływów nacjonalistycznych środowisk na Ukrainie - potencjalnie niebezpiecznych dla naszych interesów, a także dla samej Ukrainy. To akceptacja zbrodni i jej sprawców.

W dodatku tę bierność państwa polskiego nieraz próbuje się uzasadnić respektowaniem wrażliwości ukraińskiej, stawiając wyżej wrażliwość spadkobierców zbrodniarzy niż wrażliwość poszkodowanych przez nich i ich zstępnych. Wrażliwość polskich ofiar okazuje się mniej ważna dla państwa polskiego niż wrażliwość części społeczeństwa ukraińskiego, fałszywie utożsamiającego nacjonalistów ukraińskich z całym narodem ukraińskim, którego byli i są tylko małą częścią. W rezultacie niewygodna prawda i niechciana pamięć stają się wspólnym polsko-ukraińsko-nacjonalistycznym interesem.

Ewa Siemaszko

Nasz Dziennik