logo
logo

Zdjęcie: arch/ -

Nierozliczony rachunek

Wtorek, 17 września 2013 (02:15)

W całej Polsce, nominalnie suwerennej od 23 lat, stoją pomniki „bohaterskiej Armii Czerwonej”.

W roku 1990, na fali entuzjazmu wywołanego zapewnieniami, że „komunizm w Polsce upadł”, niektóre odradzające się samorządy obaliły te monumenty – świadome, iż są one symbolami sowieckiego panowania w Polsce, a nie pomnikami wojennymi.

Dziś taka rzecz jest już niemożliwa, o czym świadczy troskliwe odnawianie pomnika „czterech śpiących” w Warszawie. Strażnikami monumentów Armii Czerwonej w Polsce, zwieńczonych czerwoną gwiazdą, stały się rosyjskie konsulaty, choć z napisów wynika, że fundatorem tych pomników było „społeczeństwo” polskie. A przecież to społeczeństwo nie pieczętuje się czerwoną gwiazdą.

„Wyzwolenie od ’jaśniepanów’”

Początkiem sowieckiego zniewolenia były zbrodnie popełnione na przedstawicielach polskiej elity społecznej, inteligencji – nazywanych „jaśniepanami polskimi”, „białymi oficerami”, „obszarnikami”.

Armia Czerwona prowadziła agresywną akcję propagandową, zmierzającą do wywołania „rewolucji społecznej”. Było to podjudzanie do zbrodni na elitach społeczeństwa polskiego, zwłaszcza na właścicielach ziemskich, osadnikach wojskowych z okresu po wojnie bolszewickiej i na oficerach Wojska Polskiego.

Podjudzanie do zbrodni bezkarnych, co gwarantowała „robotniczo-włościańska” Armia Czerwona. Dowódca Frontu Białoruskiego komandarm Michaił Kowalow wydał „odezwę” do „rzołnierzy Armii Polskiej”, na poziomie moralnym porównywalną z poziomem ortografii i składni: „Rzołnierze Armii Polskiej! Pańsko-burżuazyjny Rząd Polski, wciągnąwszy was w awanturniczą wojnę, pozornie przewaliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić krajem i zorganizować obronu. Wielka i niezwolczona Armia Czerwona niesie na swoich sztandarach procującym, braterstwo i szczęśliwe życie”…

Dowódca Frontu Ukraińskiego komandarm Siemion Timoszenko wzywał polskich żołnierzy: „Bronią, kosami, widłami i siekierami bij polskich panów”. To było podżeganie do zbrodni!

Zbrodnie wojenne

Armia Czerwona nie „wkraczała” do Polski w celu „ochrony” ludności, lecz atakowała Polskę w celu zagarnięcia jej terytorium i eksterminacji jej elit społecznych, by raz na zawsze zabić ideę niepodległego bytu państwa polskiego. Temu atakowi towarzyszyły od początku zbrodnie wojenne, definiowane przez cywilizowany świat od połowy XIX wieku. Także w traktacie wersalskim z roku 1919.

Po wojnie Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze wymieniał rodzaje zbrodni wojennych: planowanie, przygotowanie, rozpoczęcie i prowadzenie wojny napastniczej lub będącej pogwałceniem traktatów, porozumień, międzynarodowych umów, morderstwa, nieludzkie traktowanie ludności zamieszkującej okupowane terytoria, deportacje, mordowanie i złe traktowanie jeńców wojennych, zabijanie zakładników, przywłaszczenie własności publicznej i prywatnej, wszelkie zniszczenia, nieusprawiedliwione koniecznością wojenną, prześladowania, eksterminacja i inne nieludzkie czyny, których celem jest zniszczenie całości lub części grupy narodowej, etnicznej, rasowej lub religijnej.

Wszystkich wymienionych zbrodni dopuściła się „bohaterska Armia Czerwona” z hołdowniczych pomników w Polsce, już od września 1939 roku.

Męczeństwo polskich ziemian

Ludwika i Antoni Wołkowiccy byli właścicielami ziemskimi z Brzostowicy Małej na Białostocczyźnie. Komunistyczno-kryminalna banda związała ich ręce drutem kolczastym, do ust wlała wapno i żywcem zakopała. Taka była odpowiedź na nawoływania komandarmów sowieckich do walki „z obszarnikami i kapitalistami”. Wymordowano co najmniej 200 polskich ziemian. Tak zaczynał się Katyń, rozprawa z polskimi elitami.

Największych zbrodni dopuściły się regularne oddziały Armii Czerwonej. Wykorzystując jako pretekst fakt, iż Rzeczpospolita nie wypowiedziała Sowietom wojny w odpowiedzi na ich atak, nazywali Wojsko Polskie, podejmujące działania obronne, „polskimi bandami”, kierowanymi przez „faszystowskie organizacje”! Armia Czerwona, tak jak Wehrmacht, znaczyła swój „szlak bojowy” na polskiej ziemi pasmem zbrodni.

Nie były to zbrodnie wynikające z okrucieństwa poszczególnych dowódców, lecz zbrodnie zaplanowane i realizowane przez instytucje państwa sowieckiego, bowiem poszczególni wykonawcy tych zbrodni mieli świadomość tego, czego się od nich wymaga. Sowieckie sądy wojskowe karały wykroczenia, dotyczyły one jednak przede wszystkim pijaństwa i niesubordynacji, nie zaś zbrodni na bezbronnych jeńcach polskich.

Uznając polskich oficerów za „wrogów klasowych”, a żołnierzy stawiających opór za „bandytów”, Armia Czerwona we wrześniu i w październiku 1939 r. zamordowała około dwóch i pół tysiąca polskich oficerów, żołnierzy i policjantów. Nie zginęli w walce, lecz jako jeńcy wojenni. Powinni być dopisani do rachunku katyńskiego.

Pierwszymi ofiarami sowieckich zbrodni byli obrońcy polskich granic – oficerowie i żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza. Wierni przysiędze żołnierskiej bronili granicy Rzeczypospolitej przed napastnikami, którzy wtargnęli na jej terytorium. W rejonie miasta Sarny (woj. wołyńskie) Sowieci rozstrzelali całą kompanię z batalionu KOP „Sarny” wziętą do niewoli, razem 280 oficerów i żołnierzy!

Znanym i często przytaczanym w literaturze historycznej przykładem zbrodni wojennej na bezbronnych jeńcach była śmierć oficerów i podoficerów Pińskiej Flotylli Rzecznej, którzy – zgodnie z niepisanym prawem honorowym marynarki wojennej na całym świecie – zatopili przed kapitulacją swe okręty, by nie stały się łupem przeciwnika. Zostali za to zamordowani 26 września 1939 r. w Mokranach (rejon Brześcia) –nie przez NKWD, lecz przez regularny oddział sowieckich sił pancernych.

Największych zbrodni dokonali czerwonoarmiści w Rohatynie (woj. stanisławowskie) na żołnierzach polskich i na ludności cywilnej, w Grodnie, Nowogródku, Sarnach i w Tarnopolu, także w Wołkowysku, Oszmianie, Świsłoczy, Mołodecznie, Kosowie Poleskim, Chodorowie, Złoczowie i Stryju. Nie oszczędzali kobiet i dzieci. WRohatynie rzeź trwała cały dzień.

O okrucieństwie i bezprawiu, pod parasolem ochronnym Armii Czerwonej lub z jej aktywnym udziałem, świadczą liczne, przerażające relacje, m.in. relacja wójta gminy Urszulin pod Wytycznem, Józefa Klaudy: „Na drodze w pobliżu mego domu leżał żołnierz polski, ranny w brzuch. Miejscowi Ukraińcy bili go i kopali. Przed śmiercią powiedział mojej sąsiadce, Polce, że nazywa się Władysław Matusik i pochodzi z Pruszkowa (…). W pobliżu zabudowań dworskich bolszewicy rozstrzelali trzech bezbronnych, wziętych do niewoli żołnierzy polskich (…). Po boju bolszewicy polecili rannych wnieść do domu ludowego, gdzie zamknęli ich na klucz, nie udzielając żadnej pomocy lekarskiej (…). Wszyscy zmarli z upływu krwi. Poległych i zmarłych odarto z mundurów a dokumenty złożono na stosie i spalono”.

Znamy liczne przypadki rozstrzeliwania przez żołnierzy sowieckich wziętych do niewoli żołnierzy polskich w rejonie Wilna. Sowieci nie dotrzymywali żadnych umów o kapitulacji, „oficerskie słowa” ich komandirów nie miały żadnego znaczenia. Dowódca obrony Lwowa gen. Władysław Langner skutecznie obronił się przed atakami niemieckimi i podpisał kapitulację z dowództwem sowieckim.

Przewidywała ona wymarsz polskiego wojska i policji w kierunku granicy rumuńskiej. Po poddaniu się wszystkich jeńców wywieziono w głąb Związku Sowieckiego, do obozów. Część odnalazła się potem na listach katyńskich. Niektórzy oficerowie, świadomi wartości umów z Sowietami, popełnili samobójstwo. Gdy kolumna polskich policjantów minęła rogatkę miasta, została przez czerwonoarmistów rozstrzelana. Żołnierze sowieccy rabowali domy i gwałcili kobiety.

Sowiecki Selbstschutz

22 września 1939 r., po obronie Grodna, Sowieci rozstrzelali w Sopoćkiniach (25km od Grodna), strzałem w tył głowy, gen. Józefa Olszynę-Wilczyńskiego i jego adiutanta.

Znamy wstrząsającą relację żony generała, Alfredy: „Widok, który się ukazał moim oczom, był tak okropny, że nie miałam sił iść dalej (…). Mąż leżał twarzą do ziemi, lewa noga pod kolanem była przestrzelona w poprzek z karabinu maszynowego. Tuż obok leżał kapitan z czaszką rozłupaną na dwoje (…), na czerepie sterczały zmierzwione, oblepione krwią włosy (…). Oczy i nos [generała] stanowiły jedną, krwawą masę, a mózg wyciekał uchem (…). Zginął, a wraz z nim wyniki dwudziestokilkuletniej pracy w Grodnie, wraz z dwutysięczną biblioteką i wszystkim, czym żył przez lat 49. Nic po nim nie pozostało, prócz pamięci i rozpaczy w moim sercu”.

Za oddziałami Armii Czerwonej posuwały się siły specjalne NKWD, dokonujące aresztowań i zbrodni na lokalnych elitach polskich, do czego wykorzystywały informacje przekazywane przez miejscowe jaczejki i organizującą się „milicję ludową”.

Tę „milicję”, złożoną z sowieckich kolaborantów różnych narodowości, nielojalnych obywateli Rzeczypospolitej wysługujących się agresorowi, można porównać do Selbstschutzu w niemieckiej strefie okupacyjnej. Jedni i drudzy dopuścili się licznych zbrodni na obywatelach Rzeczypospolitej w pierwszym okresie okupacji.

Selbstschutz pomagał gestapo w przygotowaniu „księgi poszukiwanych Polaków”, przeznaczonych do „likwidacji”. Wydaje się, że istniała również sowiecka „księga poszukiwanych Polaków”, osób zasłużonych w pracy dla państwa polskiego, przygotowywana przez komunistyczne jaczejki. Wskazuje na to sprawność, z jaką sowiecka policja polityczna dokonywała aresztowań przedstawicieli polskich elit społecznych.

Na polskiej ziemi nie powinno być żadnych pomników „bohaterskiej Armii Czerwonej”. W roku 1939 była ona krwawym agresorem. W latach 1944-1945 przynosiła nam nową okupację. Jakiekolwiek hołdy w przestrzeni publicznej obrażają pamięć ofiar i poddają w wątpliwość suwerenność naszego państwa.

Piotr Szubarczyk

Nasz Dziennik