logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Nadchodzi dyktatura mniejszości

Poniedziałek, 23 września 2013 (02:00)

Jeśli spojrzeć na historyczny rozwój idei praw człowieka oraz walki z dyskryminacją, to nie sposób przeoczyć, że zawsze chodziło o to, by wąskie grupy elit społecznych nie nadużywały swej pozycji, traktując większość społeczeństwa w sposób niesprawiedliwy.

 

Współcześnie mamy do czynienia z paradoksem, kiedy to bardzo wąska, choć medialnie i politycznie niezwykle wpływowa mniejszość posługuje się hasłami praw człowieka i równości po to, by narzucić swój nader kontrowersyjny światopogląd większości społeczeństwa.

Blisko rok temu do Sejmu wpłynął projekt zmiany ustawy o wdrożeniu niektórych przepisów UE w zakresie równego traktowania, która obowiązuje od 2011 roku. Ustawa ta wypełniła ciążący na Polsce obowiązek implementowania czterech dyrektyw antydyskryminacyjnych UE, co przyznano, umarzając toczące się przeciw Polsce postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, które wszczęto ze względu na nasze opóźnienie.

Fakt, że UE nie zgłasza zastrzeżeń, nie przeszkadza jednak parlamentarzystom SLD i Ruchu Palikota bezpodstawnie twierdzić, że Polska nie w pełni wywiązała się ze swych zobowiązań. W oczywisty sposób nie jest to prawdą, ale przecież nie o nią chodzi projektodawcom.

Projekt na zamówienie

A o co chodzi? Podobno o wprowadzenie zakazu dyskryminowania kogokolwiek z jakiegokolwiek powodu. Ta piękna idea przybiera jednak w omawianym projekcie nader karykaturalne kształty. Jeśli bowiem chodzi o równe traktowanie wszystkich pod każdym względem, to dlaczego nowelizacja wymienia wyraźnie dwie dodatkowe podstawy dyskryminacji, mianowicie „tożsamość płciową” i „ekspresję płciową”?

Chociaż więc mówi się o wszystkich, wyraźnie podkreśla się szczególne traktowanie niektórych i to niezwykle nielicznych. Terminy te w intencji projektodawców oznaczały zapewne transseksualistów i transwestytów, jednak w rzeczywistości są tak nieprecyzyjne i pojemne, że mogą mieć zgoła nieoczekiwane zastosowanie. Czymże jest bowiem pedofilia lub ekshibicjonizm, jak nie specyficznym rodzajem ekspresji płciowej?

Aby jednak lepiej zrozumieć, o czym mowa w tym projekcie, należy cofnąć się do roku 2008, kiedy to w Brukseli przedstawiono projekt kolejnej dyrektywy antydyskryminacyjnej. Był on znacznie mniej radykalny niż procedowany w Sejmie projekt nowelizacji, jednak i tak został stanowczo zablokowany przez Niemców. Niemieckie izby gospodarcze oraz organizacje rzemieślnicze zdecydowanie zaprotestowały przeciwko rozciąganiu zakazu dyskryminacji na sprzedaż towarów i świadczenie usług.

Po porażce na płaszczyźnie Unii Europejskiej środowiska te zaczęły poszukiwać możliwości realizacji swych politycznych planów w poszczególnych krajach. W zeszłym roku dwukrotnie próbowano forsować je w Austrii, jednak opór społeczeństwa okazał się tak wielki, że polityczni promotorzy tych pomysłów musieli znowu dać za wygraną. Obecnie podobne rozwiązania są forsowane we Włoszech oraz w Polsce, przy czym projekt polski jest bodaj najradykalniejszy ze wszystkich dotychczas wspomnianych.

Wolność reglamentowana

Jego skutki nie ograniczają się do uprzywilejowanego traktowania osób cierpiących na zaburzenia w sferze płciowości, ale nade wszystko niosą ze sobą poważne ograniczenia wolności całego społeczeństwa. Oto bowiem za przejaw dyskryminacji będą uznawane decyzje przedsiębiorców, którzy – chcąc prowadzić biznes w zgodzie ze swym sumieniem – rezygnują z przychodu, który zapewniłoby im zawarcie umowy o dostarczanie dóbr lub świadczenie usług w wątpliwym moralnie kontekście.

A oto kilka przykładów. Prowadzące w Wielkiej Brytanii niewielki hotelik małżeństwo chciało zapobiec korzystaniu z ich pokoi przez osoby trudniące się najstarszym zawodem świata lub po prostu przez niewiernych małżonków, ale też i przez pary homoseksualne. Dlatego – a było to przed ostatnimi zmianami prawa małżeńskiego w Anglii – wprowadzili zasadę, iż pokoje z podwójnym łóżkiem wynajmują jedynie małżeństwom.

W regulaminie swego pensjonatu napisali: „Jako chrześcijanie mamy głęboki szacunek dla małżeństwa (będącego związkiem mężczyzny i kobiety). Wszystkim gościom gwarantujemy ciepłe powitanie w naszym domu, ale dwuosobowe pokoje nie są dostępne dla niezamężnych par”. Deklaracja ta podziałała zapewne jak płachta na byka, wkrótce bowiem pojawiła się u nich para homoseksualistów domagająca się dwuosobowego pokoju. Stanowcza odmowa oznaczała konieczność zapłacenia przez właścicieli pensjonatu blisko 4 tys. funtów szterlingów odszkodowania.

Podobne represje ściągają na siebie firmy, które nie chcą świadczyć swych usług podmiotom promującym zachowania homoseksualne. W 2009 r. holenderską firmę pozwano za odmowę wyprodukowania ręczników dla takiej organizacji, natomiast w Kanadzie właściciel firmy, która odmówiła wyprodukowania koszulek na miejscową paradę równości, został zmuszony do zamknięcia działalności.

Szczególnie dogodne warunki dla stosowania tego typu szykan stwarzają regulacje instytucjonalizujące związki homoseksualne. Odmowa zorganizowania przyjęcia z tej okazji stanowi idealny pretekst do nękania pozwami oraz karami finansowymi restauratorów lub innych podmiotów dysponujących odpowiednią bazą lokalową. W Kanadzie pozwano z tego powodu w 2005 r. katolików z organizacji Rycerze Kolumba, a w zeszłym roku w Jerozolimie para lesbijek doprowadziła do skazania z tej samej przyczyny organizacji żydowskiej. W 2006 r. podobna odmowa kosztowała właściciela madryckiej restauracji La Favorita 12 tysięcy euro.

Te same szykany jednak dotyczą przedsiębiorców świadczących inne usługi. Głośna była ongiś sprawa amerykańskich fotografów, którzy odmówili świadczenia swych usług podczas homoseksualnej imprezy, całkiem zaś niedawno podobna sytuacja spotkała cukierników, którzy nie zgodzili się wykonać słodyczy na podobną uroczystość.

Media na uwięzi

Projekt, który w polskim Sejmie promują posłowie lewicy przy cichym poparciu partii rządzącej, idzie jednak jeszcze dalej. Przepis dotychczas obowiązującej ustawy wyraźnie zabrania stosowania prawa antydyskryminacyjnego do treści publikowanych w mass mediach, nowelizacja zaś nie tylko go usuwa, ale też wyraźnie włącza przekaz medialny do definicji „molestowania”. Molestowaniem, w myśl ustawy, jest każde zachowanie, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności osoby i stworzenie wobec niej zastraszającej, wrogiej, poniżającej, upokarzającej lub uwłaczającej atmosfery.

Dość powszechnie wiadomo, jak bardzo przeczulone są na swoim punkcie osoby cierpiące na zaburzenia w sferze płciowości, a to ich subiektywne odczucia będą decydowały o tym, czy będziemy zmuszeni do regularnych wizyt w sądzie.

Aby zdać sobie sprawę z kuriozalności stosowania pojęcia „molestowanie” do treści prezentowanych w mediach i reklamie, warto uświadomić sobie, że w 2010 r. z oburzeniem odrzucono taką propozycję w Wielkiej Brytanii. Brytyjskie media, w tym również lewicowe, nie miały wątpliwości, że takie posunięcie oznaczałoby koniec wolności słowa. Analizy parlamentu – tego samego, który tak dalece uprzywilejował związki homoseksualistów – jednoznacznie wskazywały na sprzeczność takiego rozwiązania z art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Jednak media w Polsce do niedawna w ogóle nie były zainteresowane tematem, a i obecnie nie jest on dla nich priorytetem, choć może oznaczać koniec pluralizmu w debacie publicznej.

Nękanie sądami

Proponowane rozwiązanie jest tym bardziej niebezpieczne, że nowelizacja przewiduje możliwość zasądzenia zadośćuczynienia za akt dyskryminacji. Działanie takie nie będzie musiało powodować szkody majątkowej, ale wystarczy, że ktoś subiektywnie uzna artykuł w gazecie lub wypowiedź w telewizji za stwarzającą dla niego „zastraszającą, wrogą, poniżającą, upokarzającą lub uwłaczającą atmosferę”.

Dobrym przykładem tego, z czym już wkrótce możemy mieć do czynienia, jest sprawa hiszpańskiej grupy medialnej Intereconomía, która w 2010 r. została ukarana grzywną w wysokości 100 tys. euro (!) za publikację reklamy promującej rodzinę i zachęcającej do bojkotu parady homoseksualistów. Reklama ta prezentowała ludzi maszerujących podczas podobnej parady, którym towarzyszyły pytania: „Czy chcesz takiego społeczeństwa?”, „Czy takich przykładów chcesz dla swoich dzieci?”.

Co więcej, po nowelizacji nie tylko poszczególni ludzie, ale również organizacje będą mogły występować jako ofiary dyskryminacji. Ponieważ sposób rozumienia tego pojęcia stanie się nieznośnie elastyczny, możemy spodziewać się nieoczekiwanych sytuacji. Może się okazać, że do proboszcza, który udostępniał okolicznym harcerzom pomieszczenia na plebanii na potrzeby ich działalności, zwróci się organizacja propagująca homoseksualizm z prośbą o udostępnienie tego pomieszczenia na „warsztaty z tolerancji”.

Dziś proboszcz może jeszcze takiej organizacji spokojnie odmówić, ale po nowelizacji odmowa będzie oznaczała akt dyskryminacji, w ślad za którym z pewnością pójdzie pozew sądowy o zapłatę zadośćuczynienia. Na domiar wszystkiego, po przegłosowaniu zmian niegroźne obecnie przepisy będą pozwalały środowiskom mniejszości legalnie podejmować działania, za które większość będzie ciągana po sądach i nękana finansowo.

Uchwalenie tego projektu może mieć zresztą skutek odwrotny od zamierzonego, tzn. spowoduje wzrost poczucia dyskryminacji w społeczeństwie. Badania przeprowadzone przez unijny Eurostat w 2009 r. pokazały bowiem, że wśród krajów UE i z nimi stowarzyszonych, najmniej uskarżają się na dyskryminację Turcy, a najbardziej walczący od dawna zaciekle o równouprawnienie Szwedzi. Sytuacja jest zatem naprawdę poważna. Dlatego też obywatelski protest, w którym można wziąć udział za pośrednictwem strony www.stopdyktaturze.pl, jest niezwykle potrzebny. Obywatele muszą znowu wywrzeć presję na posłów, by ci powstrzymali nadchodzącą dyktaturę mniejszości.


Autor jest wykładowcą na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz dyrektorem Centrum Prawnego Ordo Iuris.

 

Dr hab. Aleksander Stępkowski

Aktualizacja 23 września 2013 (09:59)

Nasz Dziennik