logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Powrót do paktu Ribbentrop-Mołotow

Wtorek, 24 grudnia 2013 (02:16)

Wpływowy rosyjski dziennik „Kommiersant” opublikował 28 listopada 2013 roku artykuł zatytułowany „Koniecznie należy budować Wielką Europę” (Nieobchodimo stroit’ Bolszuju Jewropu). Jak stwierdza redakcja, artykuł ten został napisany „specjalnie dla niej”.

Ten sam tekst pod tytułem „Nowy projekt paneuropejski” opublikowała, uchodząca w oczach poniektórych za opiniotwórczą, warszawska „Gazeta Wyborcza”; bez podania źródła i nazwiska tłumacza, ale za to już tego samego dnia! Jako autorzy figurują: Desmond Browne – b. minister obrony Wielkiej Brytanii w socjalistycznym gabinecie Tony’ego Blaira, Igor Iwanow – b. minister spraw zagranicznych Rosji, i Adam Rotfeld – b. minister spraw zagranicznych Polski w postkomunistycznym rządzie Marka Belki.

Jak podaje „Kommiersant”, publikacja jest efektem prac prowadzonych w ramach trójstronnego projektu, którego uczestnikami są: Rosyjska Rada ds. Międzynarodowych, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych (PISM) i Europejska Sieć Liderów (European Leadership Network, ELN).

Zadaniem projektu jest przeanalizowanie kwestii związanych z budową „Wielkiej Europy”. „Kommiersant” daje do zrozumienia, że nieprzypadkowa jest data publikacji: czwartek, 28 listopada 2013 – pierwszy dzień szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie, na którym mogło dojść do podpisania umowy o stowarzyszeniu Ukrainy z Unią Europejską. Tekst jest wyzwaniem i przeciwwagą dla tej inicjatywy, stanowiąc swoisty manifest geopolitycznej doktryny eurazjatyzmu.

ELN jest instytucją stosunkowo mało u nas znaną. W jej komitecie wykonawczym, na którego czele stoi Browne, roi się od byłych ministrów spraw zagranicznych bądź obrony. Są w nim: Javier Solana, b. sekretarz generalny NATO, Volker Ruehe – b. minister obrony RFN, czy Malcolm Rifkind – b. minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii. Z Polski zasiada w nim, obok Rotfelda, Janusz Onyszkiewicz – b. minister obrony.

Są także Rosjanie: wspomniany Igor Iwanow oraz gen. armii Wiaczesław Trubnikow – w latach 1996-2000 szef Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji (SWR), która po rozwiązaniu KGB przejęła po nim zadania wywiadowcze. On sam zresztą był oficerem KGB na placówkach zagranicznych.

ELN, której dyrektorem jest Brytyjczyk Ian Kearns, przedstawia się jako pozarządowa instytucja typu non profit, której celem jest pomóc „stworzyć warunki dla świata bez broni atomowej”. Zajmuje się także taktyczną bronią atomową (NSNW) rozlokowaną w europejskich krajach NATO. Opowiada się za jej redukcją, a nawet likwidacją, aby móc „rozwijać konstruktywne stosunki z Rosją”. Ponieważ zaś broń ta, poza niewielkim udziałem Brytyjczyków i Francuzów, jest w rękach Amerykanów – propozycja ta zmierza do zredukowania amerykańskiej obecności wojskowej w Europie i podważenia sensu istnienia NATO.

Wycofanie amerykańskich rakiet z Europy Zachodniej było stałym postulatem Moskwy w okresie zimnej wojny. Podnosiła to sowiecka dyplomacja, nagłaśniała propaganda, wokół tego ogniskowały swoją działalność inspirowane przez Moskwę zachodnie ruchy pacyfistyczne. Także obecnie jest to jeden z postulatów Rosji w dialogu z Waszyngtonem. Tymczasem taktyczna broń atomowa odgrywa istotną rolę w doktrynie obronnej NATO.

Jak oświadczył sekretarz generalny Paktu Anders F. Rasmussen: „Obecność amerykańskiej broni jądrowej w Europie jest istotną częścią wiarygodnego odstraszania”. Trzeba w tym miejscu nadmienić, że po zakończeniu zimnej wojny Amerykanie drastycznie zredukowali swój arsenał, w o wiele większym stopniu niż Rosjanie. Według szacunkowych danych, w chwili obecnej Rosjanie mają 10-krotną, a być może i 30-krotną przewagę nad Amerykanami w taktycznej broni atomowej.

Środowisko ELN z rezerwą podchodzi także do koncepcji „tarczy antyrakietowej”. Zdaje się ono podzielać opinię jednego z oficjeli NATO, że „tarcza zatruwa wszystko”. Natomiast Browne i Kearns w lutym 2013 roku na łamach „The Telegraph” zakwestionowali sam sens doktryny odstraszania, sugerując, że wyżej niż ewentualny atak zbrojny ze strony Rosji należy postawić takie zagrożenia jak zmiana klimatu czy atak cybernetyczny.

Drugim partnerem PISM w pracach nad projektem Wielkiej Europy jest Rosyjska Rada do Spraw Międzynarodowych (RSMD). Została ona powołana do życia na mocy rozporządzenia prezydenta Federacji Rosyjskiej z 2 lutego 2010 roku. Określana jest w nim jako instytucja „niekomercyjna”, ale chyba tylko dla podkreślenia jej oficjalnego, urzędowego charakteru.

Organizacją rady miały się zająć ministerstwa obrony i spraw zagranicznych. Na jej czele znajdują się czynni i byli politycy, biznesmeni i akademicy. Przewodniczącym prezydium jest Igor Iwanow, ale jest w nim m.in. rzecznik prasowy prezydenta Putina Dmitrij Pieskow. W składzie rady patronackiej jest b. premier i b. minister spraw zagranicznych, a wcześniej szef służby wywiadu zagranicznego Rosji Jewgienij Primakow. Obok niego zasiada w niej urzędujący minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow.

„Maleńkaja pobiedonosnaja wojna”

RSMD stanowi forum wymiany poglądów, prezentacji ekspertyz i projektów dotyczących zarówno aktualnych problemów, jak i prognozowanych kierunków polityki rosyjskiej.

Z naszego punktu widzenia nie powinniśmy przeoczyć scenariuszy wojny między Rosją a Ameryką autorstwa eksperta RSMD Walerija Aleksiejewa z 22 października 2013 roku. Autor wychodzi z założenia, że w ciągu najbliższych 10-15 lat możliwy jest konflikt wojenny między Rosją a Stanami. Będzie on miał w dużej mierze charakter „wojny zastępczej”. Rosja zdecyduje się zaatakować jednego z bliskich sojuszników USA. Wojna będzie miała ograniczony zasięg, ale w świetle amerykańskiej i rosyjskiej doktryny wojennej, obniżających próg zastosowania taktycznej broni jądrowej, może dojść do jej użycia.

Aleksiejew widzi trzy zasadnicze scenariusze wojenne:

– Rosja zaatakuje Japonię z powodu sporu terytorialnego o Kuryle, co spowoduje reakcję wojenną Stanów Zjednoczonych.

– Możliwy jest atak Rosji na Kanadę z racji sporu o Arktykę, a przede wszystkim ze względu na bogactwa naturalne, które ona skrywa.

– Konflikt wojenny możliwy jest także na zachodzie. Jego powodem może być np. chęć Białorusi uwolnienia się od Rosji i wystąpienia ze ZBiR. Inny powód konfliktu to separatyzm obwodu kaliningradzkiego, kwestia Krymu czy Morza Czarnego.

W tym ostatnim wypadku Aleksiejew nie pisze, jaki sojusznik Stanów Zjednoczonych będzie zaatakowany, ale komentator „Regnum” stawia kropkę nad i; będzie to Polska. Scenariusz taki już przetestowano w trakcie ćwiczeń wojskowych Zapad 1 w 2009 roku, które obejmowały symulację nuklearnego ataku na nasz kraj.

Wojna nie będzie jednak służyła zmianie globalnego układu sił. Jej znaczenie będzie lokalne, chociaż dla narodów, które dotknie, bolesne. Z punktu widzenia Moskwy będzie to bowiem, według recepty carskiego ministra Wiaczesława von Plehwe, „mała zwycięska wojna”, która pozwoli kremlowskiemu kierownictwu uniknąć podjęcia zasadniczych reform wewnętrznych i zachować surowcowy charakter gospodarki.

Detronizacja Ameryki

Zgoła inaczej wszelako prezentuje się projekt przedstawiony przez Iwanowa, Browne’a i Rotfelda. Zmierza on do zmiany globalnego układu sił, obalenia prymatu Stanów Zjednoczonych w postzimnowojennym świecie.

Postulowany przez b. ministrów projekt paneuropejski „obejmowałby obszar szeroko rozumianej Europy – w sensie geograficznym i politycznym: od Norwegii na północy po Turcję na południu, od Portugalii na zachodzie po Rosję na kierunku wschodnim”. Ale wbrew temu, co twierdzą, projekt wcale nie jest nowy. Ma on już długą, ponad 100-letnią historię i – co gorsza – złowrogie precedensy. Jest on bowiem niczym innym, jak powtórzeniem słynnej koncepcji „bloku kontynentalnego”, jaką rozwijał w końcu lat 30. XX wieku znany geopolityk niemiecki gen. Karl Haushofer.

Wstępem do jej praktycznej realizacji był osławiony pakt Ribbentrop-Mołotow i – co za tym idzie – wybuch II wojny światowej, która tak boleśnie dotknęła nasz kraj. Ale w sensie geopolitycznym pakt był wymierzony w Wielką Brytanię. Po klęsce Polski w kampanii wrześniowej 1939 roku uniesiony tryumfem Haushofer oświadczał Brytyjczykom, że mają teraz do czynienia z wielkim blokiem od Morza Północnego i Renu aż do Pacyfiku.

Zjednoczenie w jednym geopolitycznym organizmie III Rzeszy, Związku Sowieckiego i Japonii miało być – w jego opinii – punktem zwrotnym w dziejach, położeniem kresu supremacji anglosaskiej potędze morskiej. W listopadzie 1940 roku Hitler mówił do Mołotowa, że „wyłania się nowa kombinacja państw”, blok eurazjatycki, który będzie podstawą nowego ładu globalnego.

Mimo doświadczeń II wojny światowej idea odrodzenia bloku kontynentalnego nadal kiełkowała w niektórych głowach zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Belgijski geopolityk Jean Thiriart wytrwale w dekadzie lat osiemdziesiątych XX wieku rozwijał koncepcję „imperium eurosowieckiego”, którą po rozpadzie imperium zła zamienił na „Europę od Dublina do Władywostoku”. Austriacki generał Heinrich Jordis von Lohausen występował z programem „Europy od Madrytu do Władywostoku”. Ernst Niekisch, deputowany do Izby Ludowej NRD, kreślił kontury „Europy od Vlissingen do Władywostoku”. Do ojcostwa tej koncepcji przyznaje się także rosyjski geopolityk Aleksandr Dugin.

Zwolennicy rozwiązania eurazjatyckiego nadzieje swoje wiążą z Władimirem Putinem. Francuz Henri de Grossouvre, propagator osi Paryż – Berlin – Moskwa, uzasadnia to tym, że wywodzi się on z KGB, który już w epoce zimnej wojny reprezentował orientację „proniemiecką i proeuropejską”. Putin dał zresztą tego dowody, wzywając na forum Bundestagu 25 września 2001 do połączenia potencjałów Europy i Rosji, co spotkało się z gorącą owacją niemieckich deputowanych.

Po 9 latach, na zasadzie próby sondażowej, doradca Kremla Siergiej Karaganow zaproponował utworzenie „Związku Europy i Rosji”. Widocznie uznano, że wypadła ona pomyślnie, bo 25 listopada 2010 roku na łamach „Sueddeutsche Zeitung” Putin wezwał do utworzenia „wspólnej przestrzeni ekonomicznej od Władywostoku do Lizbony”.

Ge-Russia

Lenin, przywódca rosyjskich bolszewików, powiedział swego czasu: „Kto ma Niemcy, ten ma Europę. A kto ma Europę, ten ma w swym ręku świat”. Dążenia do hegemonii globalnej carskiej Rosji symbolizowała doktryna III Rzymu i kategoryczny postulat zdobycia Konstantynopola. Ale w końcu XIX wieku nad Newą zapanowało przekonanie, że droga do Konstantynopola prowadzi przez Bramę Brandenburską.

Współcześni rosyjscy geopolitycy, nieukrywający nostalgii za imperium zła, Związkiem Sowieckim, przyznają wszelako, że nie był on konstrukcją geopolitycznie doskonałą. Nie osiągnął bowiem brzegów Oceanu Atlantyckiego. Mógł tego dokonać bądź drogą podboju, bądź drogą przemyślanej akcji dyplomatycznej, która doprowadziłaby do finlandyzacji Europy Zachodniej, a zwłaszcza RFN i rozbicia NATO. Rosyjscy politolodzy nie ukrywają, że zgody Gorbaczowa na zjednoczenie Niemiec i rozwiązanie Układu Warszawskiego miały charakter szachowego gambitu, który miał doprowadzić do wyprowadzenia Niemiec z Paktu Północnoatlantyckiego i rozbicia Zachodu.

Także firmowana przez Iwanowa, Browne’a i Rotfelda Bolszaja Jewropa sprowadza się w istocie do stworzenia osi Moskwa – Berlin. Włoski geopolityk gen. Carlo Jean określa ją jako Ge-Russia (od Germania i Russia) i opisuje jako osobliwy projekt geopolityczny oparty na „kombinacji niemieckiej technologii z zasobami energetycznymi Unii Eurazjatyckiej”.

Dostrzega także niesłychaną intensywność współpracy niemiecko-rosyjskiej: „W Skołkowo, w rosyjskiej Dolinie Krzemowej, częściej słychać niemiecki niż angielski; Siemens zaniechał współpracy z francuską firmą Areva i przyłączył się do Rosatomu, żeby uczestniczyć w jego megaprojektach nuklearnych; Rheinmetall współpracuje z rosyjskim Ministerstwem Obrony, Alenia z Łukoil itd.”.

Poświęcanie Ukrainy

Trzej ministrowie piszą, że projekt Wielkiej Europy może być „przydatny dla przezwyciężenia obecnych sporów co do Ukrainy”. Powtarzają w tym miejscu argumentację Putina z 3 października 2011 roku, kiedy to przekonywał m.in. Ukraińców, że „Związek Eurazjatycki będzie budowany na uniwersalnych, integracyjnych zasadach jako nieodłączna część Wielkiej Europy”. Zatem ich obawy przed zamknięciem im drzwi do Europy traktował jako nieuzasadnione, bo i tak znajdą się w niej jako członkowie Unii Eurazjatyckiej.

Propagowania tezy Putina podjął się także prof. Nicolai Petro z Rhodes Island University na łamach „New York Times” (3.12.2013). Stwierdził on, że Ukraina stawiana jest jakoby przed fałszywym, wyborem: z Unią Europejską czy z Unią Eurazjatycką (Rosją), fałszywym ponieważ ostatecznym celem jednej i drugiej jest zjednoczenie się we wspólną przestrzeń od Dublina do Władywostoku.

Jak będzie wyglądało zjednoczenie? Geopolityk rosyjski Aleksandr Dugin stawia sprawę jasno: na porządku dnia stoi zabór (zachwat) Europy, aneksja UE do Związku Eurazjatyckiego. Tylko tak bowiem można zwieńczyć dzieło budowy Wielkiej Europy. W tym celu – apeluje Dugin – należy tworzyć „piątą kolumnę”, która będzie odgrywać w Europie rolę, jaką kiedyś spełniały partie komunistyczne – będzie narzędziem Kremla w jego polityce.

Spośród trzech autorów Iwanow jest w pełni świadomym reprezentantem rosyjskiego, putinowskiego programu geopolitycznego. Des Browne to raczej beztroski poputczik. Jaką rolę odgrywa w tym spektaklu Adam Rotfeld? I czy ma tego świadomość?


Autor jest kierownikiem Zakładu Studiów nad Geopolityką Uniwersytetu Wrocławskiego.

 

Prof. Tadeusz Marczak

Nasz Dziennik