logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Usta Tuska

Piątek, 17 stycznia 2014 (02:06)

Małgorzata Kidawa-Błońska to jedna z ostatnich nadziei Donalda Tuska na poprawę wizerunku rządu. W politycznym życiu pani poseł objęcie funkcji rzecznika rządu to najpoważniejsze i najbardziej odpowiedzialne jak dotąd zadanie.

Tradycje rodzinne wydawały się wręcz predestynować Małgorzatę Kidawę-Błońską do działalności politycznej. Wszak jest prawnuczką prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Stanisława Wojciechowskiego (1922-1926) i dwukrotnego premiera Władysława Grabskiego (kierował krótko rządem w 1920 r. i potem w latach 1923-1925, był autorem reformy walutowej). I choć tradycja związana z oboma postaciami jest w rodzinie minister Kidawy-Błońskiej żywa, to trudno się spodziewać, aby w polityce osiągnęła choćby porównywalne sukcesy ze sławnymi przodkami. Długo zresztą polityka pozostawała poza jej zainteresowaniami.

Małgorzata Kidawa-Błońska (z domu Grabska) urodziła się w Warszawie i ze stolicą związała praktycznie całe swoje życie. Tutaj kończyła IX Liceum Ogólnokształcące im. Klementyny Hoffmanowej, a potem podjęła studia na Wydziale Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, które ukończyła w 1983 roku. Jeszcze na studiach poznała męża Jana Kidawę-Błońskiego, absolwenta architektury i łódzkiej filmówki.

Przez wiele lata przyszła pani poseł była związana właśnie z branżą filmową. W drugiej połowie lat 80. dostała pracę w dziale literackim Studia Filmowego im. Karola Irzykowskiego. W latach 90. zajęła się z mężem produkcją filmową w spółce Gambit Production, która realizowała filmy fabularne i programy dla telewizji. Jednym z najgłośniejszych filmów, jaki wyszedł spod ręki Gambitu, był „Skazany na bluesa” z roku 2005, czyli biografia Ryszarda Riedla, lidera zespołu Dżem. Reżyserem filmu był Kidawa-Błoński, a jego żona zajęła się produkcją obrazu. Być może film by nie powstał, gdyby nie upór pani producent, prywatnie wielkiej fanki Dżemu. Gdy jednak „Skazany na bluesa” wchodził na ekrany kin, Małgorzata Kidawa-Błońska była już owładnięta wielką polityką i film schodził na drugi plan.

Człowiek Piskorskiego

Jej działalność polityczna to najpierw Unia Wolności. Gdy jednak ta partia zaczęła iść w rozsypkę, a rozbłyskała coraz bardziej gwiazda Platformy Obywatelskiej, Małgorzata Kidawa-Błońska znalazła się w PO.

– To nie był tylko koniunkturalizm – twierdzi jeden z warszawskich działaczy Platformy, obecny w partii „od początku”. – Wtedy, w 2001 roku, jednym z głównych rozgrywających w Platformie Obywatelskiej był ówczesny prezydent Warszawy Paweł Piskorski. To on zabrał ze sobą do PO wielu swoich ludzi, także Kidawę-Błońską. To dzięki niemu zaczęła robić karierę w samorządzie jako radna Warszawy. Mogę śmiało powiedzieć, że to dzięki Piskorskiemu pani rzecznik rozwinęła skrzydła w polityce – relacjonuje nasz rozmówca.

Ale gdy duet Donald Tusk – Grzegorz Schetyna rozpoczął walkę z „układem warszawskim” i pozycja Piskorskiego zaczęła się gwałtownie chwiać, Małgorzata Kidawa-Błońska opuściła dawnego mentora, stawiając na Tuska. – Potem nieraz atakowała piskorczyków, gdy byli usuwani ze struktur partyjnych – twierdzi poseł PO. Ale zastrzega, że Kidawa-Błońska nie była jedyną, która wtedy „okazała niewdzięczność”. Za człowieka Piskorskiego długo uchodziła choćby obecna marszałek Sejmu Ewa Kopacz, która też w odpowiednim momencie zmieniła alianse i kontynuowała karierę w Platformie Obywatelskiej.

Paweł Piskorski raczej już się nie rozwodzi nad decyzją swojej dawnej protegowanej, bo od tamtych wydarzeń upłynęło wiele lat. Ale zawsze podkreśla jej ogromną lojalność wobec Donalda Tuska. Nie odmówił sobie jednak złośliwego komentarza, gdy był pytany przed referendum w Warszawie o to, kto –w razie odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz – będzie komisarzem rządowym. W tym kontekście padało także nazwisko obecnej rzecznik premiera Tuska. –Zrezygnowała z samodzielnego myślenia na rzecz bycia przy Donaldzie Tusku – tak Piskorski oceniał Kidawę-Błońską.

Kariera przy Tusku

Ale ta lojalność się opłaciła, bo po kilku latach zasiadania w Radzie Warszawy Małgorzata Kidawa-Błońska w 2005 roku została umieszczona na liście kandydatów Platformy do Sejmu w okręgu warszawskim – na 11. pozycji. Do zdobycia mandatu wystarczyło jej przekroczenie 4,6 tys. głosów.

Dwa lata później była już na liście druga – pierwszą pozycję zajmował Donald Tusk – i bez kłopotu ponownie dostała się do Sejmu dzięki 13 tys. głosom. W 2011 roku uzyskała jeszcze lepszy wynik – 45 tys. głosów.

– Zawsze przy Tusku, nigdy nie zakwestionowała jego przywództwa – tak oceniają panią rzecznik jej partyjni koledzy. Takie opinie powtarzają niezależnie od siebie różni rozmówcy. Gdy więc przewodniczący rozprawiał się z kolejnymi frakcjami i rzeczywistymi lub urojonymi pretendentami do przejęcia władzy, Kidawa-Błońska zawsze go wspierała. Dlatego atakowała Jarosława Gowina, gdy ten jeszcze był w PO i krytykował Tuska w trakcie walki o przywództwo w Platformie i po kampanii wyborczej. Mniejsze znaczenie miało w tym przypadku to, że Kidawa-Błońska i Gowin akceptowali procedurę in vitro, chociaż przygotowali formalnie różniące się projekty.

Obecna rzecznik rządu nie odpuściła też Grzegorzowi Schetynie, optując za tym, aby nie został on wybrany do zarządu krajowego PO, bo między nim a premierem jest „za dużo złych emocji”. Oczywiście wina była po stronie Schetyny.

Gwiazda mediów

Kidawa-Błońska to ulubienica mediów. Nienagannie ubrana, z dobrym makijażem i fryzurą, elokwentna, a do tego otwarta i zawsze gotowa na rozmowy z dziennikarzami – praktycznie na każdy temat. Korzystnie wypada nie tylko w wywiadach telewizyjnych czy radiowych, ale też w materiałach ukazujących się w prasie. Dzięki temu zawsze znajduje się wysoko w rankingach najlepszych parlamentarzystów, opracowywanych przez różne publikatory – ostatnio była wśród laureatów rankingu tygodnika „Polityka” na najbardziej pracowitego parlamentarzystę.

Ale jeśli przyjrzeć się sejmowym rejestrom, to poseł Kidawa-Błońska wcale nie należy do najaktywniejszych parlamentarzystów. W poprzedniej kadencji (2007-2011) odnotowano jej 30 wystąpień na posiedzeniach Sejmu, w tej zabierała głos 14 razy, miała też 14 interpelacji – wyniki co najwyżej przeciętne. Poza niedokończonym projektem ustawy o in vitro nie słychać też o innych głośnych ustawach, nad którymi miała pracować. Zazwyczaj pani poseł zabierała głos z sejmowej mównicy w kwestiach kultury, a omijała szerokim łukiem kwestie światopoglądowe – te komentowała w kuluarach przy mikrofonach telewizyjnych. W głosowaniach nie zdarzyło się też, aby wyłamała się z dyscypliny klubowej. Dla premiera najważniejsza jest jednak dotychczasowa dobra współpraca Kidawy-Błońskiej z mediami, na czym ma skorzystać teraz cały rząd.

Nagroda pocieszenia?

Małgorzata Kidawa-Błońska nie pierwszy raz zostaje rzecznikiem prasowym. W 2010 roku pełniła taką funkcję podczas kampanii prezydenckiej przy boku Bronisława Komorowskiego, a rok później była rzecznikiem Komitetu Wyborczego Platformy Obywatelskiej.

Po ostatnich wyborach było publiczną tajemnicą, że liczyła na stanowisko szefa klubu parlamentarnego, ale Tusk postawił na Rafała Grupińskiego, gdyż był to element rozgrywania grupy Grzegorza Schetyny. Kidawa-Błońska musiała się zadowolić funkcją szefa Platformy w Warszawie, którą piastowała od 2006 roku. Ale i to straciła. 5 października 2013 roku stery PO w Warszawie przejęła prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Oficjalnie przedstawiano to jako wsparcie dla pani prezydent przed referendum i konsolidację wokół niej całej partii. Tymczasem chodziło o coś innego: Tusk tylko tak był w stanie zablokować wybór na przewodniczącego PO w stolicy „schetynowca” posła Marcina Kierwińskiego, który rzucił rękawicę Małgorzacie Kidawie-Błońskiej. Gdy okazało się, że wśród delegatów na zjazd miejski ma zdecydowaną większość, do gry wkroczył Tusk. Nie był już w stanie uratować Kidawy-Błońskiej, ale mógł zablokować awans Kierwińskiego, bo nikt nie odważył się w ówczesnej sytuacji zakwestionować kandydatury prezydent Gronkiewicz-Waltz.

– Dlatego jej awans na rzecznika prasowego rządu traktujemy w kategoriach nagrody za dotychczasową lojalność wobec premiera Tuska i cierpliwe znoszenie braku awansu w partyjnej hierarchii – mówi poseł PO z Mazowsza.

Sztuczka z sięgnięciem po Kidawę-Błońską to typowa dla Tuska zagrywka PR-owa – by ocieplić swój wizerunek i ugrać coś w sondażach, stawia na kobiety. Nowa rzecznik cieszy się zaufaniem premiera, a jako poseł miała dobre kontakty z mediami i na pewno będzie się pod tym względem znacznie różniła od swojego poprzednika Pawła Grasia. Czy jednak ociepli na tyle wizerunek rządu, aby poprawić notowania Platformy Obywatelskiej przed majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego i jesiennymi do samorządów?

Dla kronikarskiej rzetelności dodajmy, że Małgorzata Kidawa-Błońska nie jest pierwszą kobietą na stanowisku rzecznika rządu Donalda Tuska. Pierwszym była Agnieszka Liszka – od 16 listopada 2007 do 1 lipca 2008 roku. Krótka przygoda, bo Liszka była spoza „dworu Tuska”, nie miała bliskiego kontaktu z premierem. Poza tym miała się skarżyć na złą atmosferę panująca w kancelarii premiera, której szefem był wtedy Tomasz Arabski. Nie dogadywała się też z szefem gabinetu politycznego premiera Sławomirem Nowakiem. Teraz obu nie ma już przy Tusku. Małgorzata Kidawa-Błońska cieszy się zaufaniem szefa rządu, więc powinna się dłużej utrzymać na stanowisku.

Krzysztof Losz

Nasz Dziennik