logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Vitaliy Ragulin/CC BY-SA 3.0/ Wikipedia

Rozgrywka mocarstw

Piątek, 7 marca 2014 (02:03)

Eurazja stała się wielkim teatrem zmagań mocarstw. Dominacja na tym megakontynencie ma fundamentalne znaczenie dla rozłożenia sił w świecie. Chodzi o to, że jeśli Stany Zjednoczone chcą zachować pozycję jedynego supermocarstwa, to nie mogą dopuścić do powstania nowych potęg w Eurazji. W tej wielkiej grze liczą się duże podmioty, takie jak Chiny, UE czy Rosja, są jednak również inne regiony o szczególnym znaczeniu ze względu na ich położenie geograficzne, tzw. sworznie geopolityczne.

W Azji państwami o newralgicznym dla Ameryki znaczeniu są np. Korea Południowa, Japonia czy Tajwan – a więc te obszary, dzięki którym USA kontrolują morskie szlaki handlowe, niezwykle ważne dla Chin. Ulokowanie tam amerykańskich baz wojskowych daje Waszyngtonowi przewagę nad Pekinem.

Zatem owe „geopolityczne sworznie” ze względu na swoje strategiczne położenie są jakby nienaruszalne. Ich przestawienie zmienia niejako cały układ sił. Dlatego mocarstwa są szczególnie zainteresowane losem państw o położeniu strategicznym. USA nigdy sobie nie pozwolą, by ktoś naruszył integralność terytorialną Tajwanu czy Korei Południowej. To bowiem wzmacniałoby niepomiernie Chiny.

W uścisku Kremla

Ponieważ USA zaliczają do grona sworzni geopolitycznych Ukrainę, starają się również dziś reagować w jej sprawie. Nie czynią tego w takim zakresie ani Niemcy, Brytyjczycy czy w ogóle Unia Europejska. Podmioty te bowiem prowadzą w stosunku do Rosji dość partykularną i ograniczoną grę, starając się uzyskiwać możliwie duże korzyści w handlu surowcowym z Moskwą. Etatystyczna, zbiurokratyzowana do granic możliwości gospodarka Unii Europejskiej nie wytrzymuje w wielu miejscach konkurencji światowej. Stąd mocna kroplówka ekonomiczna w postaci względnie tanich surowców energetycznych z Rosji to rzecz niezwykle ważna. Między innymi dlatego na poziomie europejskim mamy do czynienia bardziej z zawodzeniem przywódców unijnych niż z mocną reakcją w sprawie Ukrainy. Dla krajów europejskich cele geopolityczne są raczej zredukowane do wymiaru ściśle gospodarczego. Z kolei kręgi bardziej ambitne mają niekiedy nastawienie antyamerykańskie i rosyjskie hasło wypchnięcia Ameryki z Eurazji może się im podobać. To jednak dla nich kolejny powód, by nie wchodzić w mocne zwarcie z Moskwą.

Aby zrozumieć, jakie znaczenie geostrategiczne dla USA ma Ukraina, trzeba sobie uświadomić, że Rosja bez Ukrainy nie jest w stanie odgrywać mocarstwowej roli jako potęga eurazjatycka. Nie ulega z kolei wątpliwości, że na Ukrainie fundamentalne znaczenie ma Krym, gdyż tam rozlokowane są bazy rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Bez dostępu do tych baz Rosja traci możliwości reagowania na Bliskim Wschodzie, nie ma też dobrego kontaktu ze śródziemnomorską Europą. Utrata kontroli nad Ukra- iną zmuszałaby Rosję do ekspansji w kierunku azjatyckim. Wprawdzie jest to możliwe, bo Rosja ma olbrzymie terytoria na Wschodzie, Pacyfik zaś to główny obszar współczesnego handlu międzynarodowego. Jednakże próba tworzenia rosyjskiej potęgi w Azji musiałaby się łączyć z gigantycznym konfliktem z Chinami, konfliktem, który byłby praktycznie nie do wygrania przez Rosję. Tymczasem dobre relacje Rosji z Niemcami i innymi krajami zachodnioeuropejskimi dają pewną nadzieję na zbudowanie w Moskwie centrum biznesowego dla Europy (definiowanej klasycznie – chciałoby się rzec – od Atlantyku po Ural).

Nowy Deal

Gra o Ukrainę ma zatem niezwykłą wagę dla Rosji, a także dla Amerykanów. Amerykanie zdają sobie sprawę, że nie mogą odpuścić walki o „sworzeń geopolityczny”, gdyż jego utrata zmienia konfigurację sił w regionie eurazjatyckim. Wprawdzie polityka zagraniczna USA za czasów Baracka Obamy ma wymiar mocno defensywny, jednakże i ona musi się liczyć ze strategicznymi interesami Ameryki. Pozostaje tylko pytanie, do jakiego stopnia Waszyngton zaangażuje się w sprawy ukraińskie (wszak Rosja jest ostatecznie dla Amerykanów partnerem choćby w kwestii relacji z Chinami), do jakiego też stopnia zechce wejść na Ukrainę ze swym kapitałem.

Oczywiście swoją grę w całej tej sytuacji prowadzą również Niemcy. Nie chcą się narazić zbytnio Moskwie (z nią mają zbyt szerokie interesy ekonomiczne), ale z pewnością wykorzystają każdą okazję, by zaznaczyć swoją gospodarczą obecność na Ukrainie. Ich taktyka konsekwentnego poszerzania dla siebie rynków zbytu w Europie z pewnością i tu znajduje swoje przełożenie.

Amerykanie są wciąż w stanie naciskać na Moskwę poprzez wstrząsy na rynku giełdowym (w tym duży spadek wartości rubla w stosunku do dolara), ale Rosja zapowiada, że zrezygnuje z trzymania swoich rezerw walutowych w dolarach, co oczywiście tym razem Amerykanie mogliby odczuć boleśnie. Wiele zatem na to wskazuje, że w sprawie Ukrainy dojdzie do jakiegoś targu i być może układu, który będzie gwarantował geostrategiczne status quo dla obu państw.

Turecki łącznik

Wyjątkowa aktywność Amerykanów w sprawie Krymu może mieć jeszcze jeden kontekst. Otóż z końcem lutego Kreml ogłosił chęć wybudowania swoich baz wojskowych w regionach mających istotne znaczenie strategiczne dla Waszyngtonu. Chodzi o Kubę, Nikaraguę, Wenezuelę, Wietnam, Seszele i Singapur. Oczywiście takie zapowiedzi mogą być jedynie straszakiem Moskwy mającym zmusić Amerykanów do wycofania się z Ukrainy. Może tu również chodzić o strategię o wiele dalej idącą: zmagania globalne zmierzające do wypchnięcia wpływów USA ze strategicznych regionów świata.

Wszyscy komentatorzy dostrzegają także aktywność Turcji w kwestii krymskiej. Ma to związek z zaszłościami historycznymi (Turcja była w przeszłości obecna politycznie i militarnie wśród krymskich Tatarów). Ankara aspiruje dzisiaj do bycia mocarstwem regionalnym i można powiedzieć, ma na to realne szanse. Nie jest skonfliktowana z USA, posiada dynamicznie rozwijającą się gospodarkę, dobre położenie geopolityczne (kontroluje np. cieśniny czarnomorskie). Niewątpliwie jej mocny głos w sprawie interwencji rosyjskiej na Krymie wpisuje się też w kontekst polityki amerykańskiej. Turcja jako sojusznik Waszyngtonu próbuje na konflikcie amerykańsko-rosyjskim coś ugrać; próbuje zagwarantować sobie interesy w regionie. Ewentualna (w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu) obecność tego kraju na Krymie z pewnością podniosłaby jego prestiż w regionie. Całkowita bierność w tym zakresie bezwzględnie zostałaby odczytana jako objaw słabości.


Autor jest kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku KUL, wykładowcą w WSKSiM w Toruniu.

Prof. Mieczysław Ryba

Aktualizacja 1 kwietnia 2014 (09:18)

Nasz Dziennik