logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Ukraina a sprawa polska

Czwartek, 20 marca 2014 (02:09)

Ukraińsko-rosyjska wojna ma wpływ nie tylko na sytuację międzynarodową i bezpieczeństwo Polski. Wpływa też bardzo mocno na naszą politykę krajową. Najwięcej chce na tym ugrać Platforma Obywatelska.

Od kilku tygodni niemal wszystkie krajowe wydarzenia, nawet afrykański pomór świń, który zagraża egzystencji tysięcy gospodarstw, zeszły na dalszy plan wobec tego, co dzieje się na Ukrainie. Agresja Rosji na Krym i realna groźba zaatakowania przez Moskwę wschodnich i południowych okręgów ukraińskich spowodowała, że mało kto z Polaków zaprząta sobie teraz głowę kolejkami do lekarzy, przyszłością systemu emerytalnego, zadłużeniem państwa, bezrobociem, edukacją. W tysiącach polskich domów rozmawia się głównie o tym, jak daleko jeszcze posunie się prezydent Rosji Władimir Putin i na ile realne jest zagrożenie bezpieczeństwa Polski. I te nastroje starają się jak najlepiej wykorzystać premier Donald Tusk i jego partia.

Tusk zmienia retorykę

Ktoś, kto ma dobrą pamięć i dźwięczą mu jeszcze w uszach frazesy o polsko-rosyjskiej przyjaźni, dobrych relacjach, owocnej współpracy gospodarczej, jakie przez wiele lat padały z ust premiera i innych prominentnych polityków koalicji PO – PSL, jest zapewne od kilku tygodni zdumiony, jak błyskawicznie zmieniła się retoryka Tuska. – Tusk wszedł w buty Kaczyńskiego, Tusk mówi o Rosji jak Lech Kaczyński – oceniają politolodzy i zastanawiają się nad źródłem przemiany szefa PO i rządu. Jedni widzą w tym po prostu trzeźwą reakcję na politykę Putina, agresję na Krym, inni koniunkturalną zmianę. Profesor Jadwiga Staniszkis stwierdziła, że Tusk przejął retorykę Kaczyńskiego i zaczął popierać wprowadzenie unijnych sankcji wobec Rosji, choć jeszcze niedawno był im przeciwny.

Oficjalnie politykom partii rządzącej brakuje już słów uznania dla premiera, ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, prezydenta Bronisława Komorowskiego, za ich „odwagę, bronienie polskich interesów”. Ale w kuluarach zmianę polityki rządu tłumaczą bardziej prozaicznie: biegiem wydarzeń. – To nie było tak, że Polska nadawała ton europejskiej polityce wobec Rosji. Premier zaczął się ostrzej wypowiadać w sprawach ukraińskich, gdy zobaczył, że jest to dobrze widziane w Unii. To był po prostu element polityki europejskiej – wskazuje jeden z posłów PO z frakcji Grzegorza Schetyny. Jego klubowy kolega podkreśla, że Tusk znowu pokazał, iż potrafi odczytywać społeczne emocje i nastroje. – Premier wie, że ludzie teraz po prostu by nie znieśli „gładkiej mowy” w sprawie Rosji. Musi pokazywać stanowczość, twardość, musi używać antyrosyjskiej retoryki. I teraz sztab współpracowników premiera pracuje nad tym, aby utrzymać ten pozytywny dla Platformy przekaz. Gdyby Tusk nie zmienił akcentów w polityce zagranicznej, nasze społeczne poparcie spadłoby na łeb na szyję, a tak zaczęliśmy zyskiwać – twierdzi nasz rozmówca. I choć prof. Ryszard Legutko, eurodeputowany PiS, przekonuje, że Donald Tusk nie dokonał żadnego resetu w stosunkach Polski z Rosją, to jednak odczucie wielu Polaków jest inne, niektórych szef rządu przekonuje, i to potwierdza część sondaży wskazujących na to, że PO odrobiła znaczną część dystansu.

Dzieje się tak również dlatego, że zanim Tusk z gołębia przeistoczył się w jastrzębia, mieliśmy po drodze kilka zatargów z Rosją, choćby wokół eksportu polskiej żywności (i to zanim pojawił się pomór) czy cen gazu. Obawy Polaków wzbudziła też sprawa zwiększenia rosyjskiej obecności wojskowej na Białorusi i rozmieszczenia rakiet Iskander w obwodzie kaliningradzkim. W rezultacie obrazy Tuska ściskającego się z Putinem w Smoleńsku czy wcześniej spacerujących po sopockim molo zatarły się w społecznej świadomości. Mniej też wraca się do śledztwa smoleńskiego, braku możliwości odzyskania wraku rządowego tupolewa. I premier może w tych warunkach odgrywać rolę „męża stanu na czas kryzysu”.

– W ostatnich tygodniach premier był filmowany na tle obiektów wojskowych częściej niż przez poprzednie sześć lat rządów – stwierdza z sarkazmem osoba z władz krajowych PO. – To też świadoma kreacja. Tusk przecież armii nigdy nie lubił. Jak trzeba było ciąć wydatki, to wojsko szło na pierwszy ogień. Ale teraz silny przywódca musi się pokazywać wśród żołnierzy, czołgów, samolotów, rakiet – dodaje. Jednak pewnych tematów Tusk nadal nie znosi. Politycy Platformy mają np. zakaz wspominania o przywróceniu powszechnego poboru wobec rosyjskiego zagrożenia. Ta reforma rządu Tuska jest nienaruszalna.

Sondaże w górę

Na razie Platforma cieszy się ze wzrostu notowań, część sondaży podaje nawet, że traci do PiS tylko 2-3 punkty procentowe, a to już mieści się w granicach błędu statystycznego. TNS Polska podał, że gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbyły się teraz, to PiS uzyskałoby 27 proc. głosów, a PO – 25 procent. To co prawda nieduża strata Platformy, ale jej członkowie w kuluarach nie wiwatują, gdyż te 25 proc. to ledwie połowa tego poparcia, jakie partia miała podczas poprzednich wyborów do PE w 2009 roku. Co więcej, część socjologów wskazuje na to, że poparcie dla Platformy w majowym głosowaniu będzie i tak wyższe niż w rzeczywistości. Frekwencja w eurowyborach jest bowiem z reguły znacznie niższa niż w krajowych, częściej też do urn udają się wyborcy z dużych miast niż z Polski prowincjonalnej.

Jeśli chodzi o podział 51 mandatów w europarlamencie, to PiS uzyskałoby ich 20 – pięć lat temu miało ich 15, a PO – 19 wobec 25 w wyborach 2009 roku. Inne ugrupowania mają być tłem dla tych dwóch partii. Sześć mandatów mniej to i tak dla PO ogromna strata. A przecież Platforma nie ma gwarancji, że wkrótce nie zacznie znowu tracić poparcia. Dlatego w PO liczą, że kryzys ukraiński jeszcze się przeciągnie, co pozwoli partii jechać na tym „paliwie” do eurowyborów. Bo jak kryzys będzie trwał, to premier, ministrowie częściej będą uczestniczyć w różnych międzynarodowych spotkaniach, konferencjach, szczytach, a to też bardzo sprzyja kreowaniu pozytywnego dla rządu przekazu.

Rozgrywki partyjne

Po ubiegłorocznych partyjnych wyborach pozycja Donalda Tuska w Platformie Obywatelskiej jeszcze bardziej się umocniła, ale teraz widać coraz więcej przykładów niezadowolenia w partii z działań szefa. Ostatnio najdobitniej przekonaliśmy się o tym przy okazji konstruowania list kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Afera z udziałem Jacka Protasiewicza była tylko wstępem.

– Jesteśmy podzieleni jak nigdy. W okręgach potworzyły się koterie, jedni kandydaci otwarcie występują przeciwko drugim. Dzieje się tak, bo wszyscy wiedzą, że teraz zdobycie mandatu będzie o wiele trudniejsze niż pięć lat temu – zwraca uwagę poseł PO, który ma pracować w partyjnym sztabie wyborczym. – Miałem już i takie spotkania, podczas których padały głosy, że np. posłowie i senatorowie, którzy chcą startować w wyborach do PE, powinni się wycofać, bo przecież „stołek już mają”. Albo że nie powinni zajmować czołowych miejsc na listach – dodaje poseł.

O kryzysie w Platformie świadczy choćby to, że po głośnym upadku Jacka Protasiewicza szefem kampanii wyborczej PO został Tadeusz Zwiefka, którego może pamiętają jeszcze niektórzy widzowie TVP, bo coś konkretnego o jego dokonaniach w PE trudno jest powiedzieć. Najbardziej Zwiefka zasłynął wówczas, gdy niemieccy dziennikarze przyłapali go na tym, że tuż po podpisaniu listy obecności znikał z posiedzeń europarlamentu. Ale diety w wysokości prawie 300 euro nie tracił. I te wydarzenia są teraz Zwiefce przypominane, używanie mają zwłaszcza internauci. W sieci dużym powodzeniem cieszą się także co smakowitsze fragmenty programów TVP z lat 80., gdy Tadeusz Zwiefka jako młody reporter przygotowywał choćby materiały o istotnym wpływie na życie Polaków decyzji, jakie podejmowały organy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Ale awans dla Zwiefki to też dowód na ostre partyjne rozgrywki. Bo z jednej strony szef sztabu to poważna persona, a z drugiej eurodeputowany Tadeusz Zwiefka ma mieć dopiero trzecie miejsce na liście kandydatów w okręgu kujawsko-pomorskim. Być może bardziej wpływowi koledzy pana Zwiefki uznali, że dwie kadencje na wygodnej i wyjątkowo dobrze płatnej posadzie w Brukseli wystarczą i niech się chłopina sprawdzi w krajowej polityce.

Zresztą układanie list w wielu okręgach było w PO bardzo ciężkie i nie obyło się bez otwartych wojen. Piotr Borys, który nie znalazł się na liście na Dolnym Śląsku, otwarcie mówi, że jest to kara za to, że zgłosił do prokuratury sprawę tzw. afery taśmowej, czyli nagrań wskazujących na korupcję polityczną przy wyborze szefa PO we Wrocławiu. Jacek Protasiewicz, który pokonał wtedy Grzegorza Schetynę, mówi bez ogródek, że to kara dla Borysa za obrażanie członków PO.

O mandat europosła nie będzie się też ponownie ubiegać Filip Kaczmarek, nie wystartuje również w majowych wyborach Waldy Dzikowski. Podobno obaj byli niezadowoleni z dalszych miejsc na wielkopolskiej liście, jakie im zaoferowano. I tak jest niemal w każdym okręgu. A już najgłośniejsza jest sprawa Michała Kamińskiego, który ma być „jedynką” w Lublinie. Były polityk PiS (z listy tej partii dostał mandat do PE w 2009 roku) jest – najoględniej mówiąc – niezbyt lubiany w Platformie. Tak samo jak spory sprzeciw, choć nieartykułowany publicznie, budzi wciąganie na listy Platformy celebrytów.

To prawda, że każde ugrupowanie ma jakieś, większe lub mniejsze, problemy z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Tylko że żadna partia nie gra o tak dużą stawkę jak Platforma. Jeśli PO przegra wyraźnie najbliższe wybory z PiS, nie będzie to najlepsza wróżba przed jesiennym głosowaniem na wójtów, burmistrzów, prezydentów i radnych. I nie chodzi nawet o to, że może dojść do zmiany trendów wyborczych na niekorzystne dla PO. O wiele groźniejsza dla Tuska byłaby utrata władzy choćby w części samorządów, gdzie teraz Platforma rządzi sama albo w koalicji. To by bowiem oznaczało utratę wielu stanowisk zajmowanych obecnie przez działaczy partii lub członków ich rodzin i znajomych. Fatalnie wpłynęłoby to na nastroje w PO. Nic bowiem tak nie frustruje działacza, jak utrata władzy. Ktoś będzie temu winien i zapewne wiele osób będzie wskazywać palcem na Donalda Tuska. Premierowi na pewno to nie pomoże.

Krzysztof Losz

Aktualizacja 20 marca 2014 (12:39)

Nasz Dziennik