logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Niesztampowe nauczanie

Piątek, 16 maja 2014 (02:00)

Gdy najstarsze dzieci dowiadują się, jak to ze św. Józefem było, młodsze uczestniczą w zajęciach muzycznych i ruchowych. One także będą dziś poznawać bliżej osobę ziemskiego opiekuna Pana Jezusa, tyle że trochę później. Co czwartek siedziba Fundacji Edukacji Domowej Maximilianum w centrum Warszawy wypełnia się tupotem małych stóp, dziecięcym śmiechem, gwarem, ciepłem i dynamizmem mam (jak one fantastycznie łączą te cechy!). Na ścianach zdjęcia dzieci, sentencje ks. kard. Stefana Wyszyńskiego i św. Maksymiliana Kolbego – duchowych patronów dzieła. To mamy prowadzą zajęcia w fundacji, a na co dzień uczą swoje dzieci w domu.

– Fundacja powstała na bazie przyjacielskich relacji osób związanych ze wspólnotą rodzin prowadzoną przez ks. Łukasza Kadzińskiego, który był w dużej mierze inspiratorem tego dzieła – mówi prezes fundacji Agata Rybczyk, mama 8-letniego Janka, 6-letniego Piotrka, 3-letniego Maksa i mającej narodzić się w czerwcu Marii.

Janek i Piotrek uczą się w domu. Każde dziecko w Polsce, które podlega obowiązkowi szkolnemu, musi być zapisane do jakiejś placówki, ale obowiązek szkolny może wypełniać poza szkołą. – Najstarszy syn chodził przez miesiąc do przedszkola, co przypieczętowało decyzję, że nie tędy droga – wspomina pani Agata. Pragnieniem jej i męża było wychowanie dzieci w wierze katolickiej i świecie wartości, które z niej wypływają. Marzyli o spokojnym i integralnym rozwoju synów, zdobywaniu przez nich dojrzałości duchowej i ludzkiej. Doświadczenie znajomej rodziny uczącej dzieci w domu utwierdzało ich, że miejscem, w którym dzieci najpiękniej mogą rozwijać skrzydła, jest rodzinny dom.

– Może powiem coś zaskakującego, ale w naszej fundacji nie zależy nam w pierwszej kolejności na zdobywaniu wiedzy i umiejętności. Wierzymy, że na dojrzałości duchowej dużo łatwiej można budować zdobywanie kompetencji – mówi pani Agata.

Maximilianum płynie zatem obok nurtu edukacji domowej, który koncentruje się na umiejętnościach i przerabianiu trzech klas w rok. Choć jednocześnie wszystkie mamy, z którymi rozmawiałam, podkreślają, że pogłębiające się z roku na rok spłycenie wymagań czy żenujący poziom podręczników utwierdzają je w wyborze edukacji w domu.

– W szkole w praktyce uczy się prześlizgnięcia. To widać po pokoleniu dzisiejszych studentów, którzy przychodzą na studia, często nic nie umiejąc – mówi jedna z mam.

Fundacja stara się monitorować treści podręczników. – Oprócz fatalnego języka, który można określić jako podwórkowy, mamy np. w trzeciej klasie szkoły podstawowej czytanki o tacie alkoholiku, narkotykach, rozwodzących się rodzicach i fajnym Jacku, z którym mama bierze ślub po rozwodzie – wylicza pani Agata.

Szokuje to, co w podręcznikach jest, a także to, czego w nich nie ma. – Dzieciom nie mówi się o relacjach. W czytankach z naszego dzieciństwa była mama, tata, z którymi szło się do parku, gdzie był pies As. W tej chwili mama i tata praktycznie w podręcznikach się nie pojawiają. Pojawia się za to ekotorba czy elektrownia wiatrowa. Dzieci są wrzucone w świat rzeczy, techniki – tłumaczy pani Justyna, mama 6,5-letniej Marysi, 4,5-letniego Franciszka i 1,5-rocznej Stefanii. Starsza córka podlega prawnie edukacji domowej.

Książki, z których w szkołach uczą się nasze dzieci, nie odnoszą się najczęściej do polskiej tożsamości, kodu kulturowego rozwadnianych w narracji o ekosystemie i Unii Europejskiej. Rodzice skupieni w fundacji Maximilianum nie korzystają z jednego podręcznika, ale wydobywają z różnych pozycji to, co jest wartościowe, najczęściej praktyczne ćwiczenia. W procesie nauczania wspierają się nawzajem, służąc swoimi darami i talentami. – W gronie najbliższych znajomych do matury jesteśmy w stanie znaleźć kogoś do nauki wszystkich przedmiotów – wskazują. Ale rysem zasadniczym obranej przez nich drogi pozostaje katolicki charakter wychowania, ku świętości. Wielkie słowo, ale w gruncie rzeczy o to chodzi.

Bez sztampy

Gdy dom jest pełen dzieci, a tych w rodzinach tworzących fundację jest sporo, każdy dzień przynosi bogactwo przeżyć, chwil pięknych i trudnych, czasu pracy i świętowania. Mamy z Maximilianum podkreślają, że życie wewnętrzne rodziny to skarb. Każda rodzina je ma. Potrzeba tylko uwagi, by to odkryć, a może i uczynić jednym z fundamentów nauczania dzieci w domu.

– Życie wewnętrzne rodziny nieustannie nas inspiruje. Banalna kłótnia o zabawki to dobry powód, by porozmawiać o hojności. Ciężko mi opisać mój „sztampowy” dzień z dziećmi, bo te dni są różne. Rzeczywistość je kształtuje – mówi pani Agata. To, co stałe i niezmienne, to rytm czasu wyznaczony przez rok liturgiczny, do którego mocno nawiązują w nauczaniu. Kaligrafię można także ćwiczyć, pisząc w Wielkim Poście zdania typu: „Pan Jezus umarł na krzyżu za każdego człowieka”.

W lutym dzieci poznawały w fundacji Matkę Bożą z Lourdes, dowiedziały się, czym są objawienia, jak rozumieć, że Maryja jest Uzdrowieniem Chorych, tych na ciele i na duszy. A przy temacie uzdrowienia ciała tajniki medycyny przybliżała zaprzyjaźniona mama lekarka. Wspólnota, jaką tworzą, to dar i wsparcie zarówno dla rodziców, jak i dla dzieci. Bliskie sercu rodziców z Maximilianum jest wychowanie patriotyczne, celebracja narodowych rocznic, przybliżanie naszej historii, jej bohaterów.

Nie podają cudownych metod na naukę czytania czy liczenia. Z serca polecają prace Ewy Hanter z zakresu nauki czytania, matematyki. Korzystają z różnych sposobów, bo każde dziecko jest inne. Będąc z dziećmi w domu, monitorują ich mocne i słabe strony, wiedzą, kiedy trzeba przycisnąć, a kiedy odpuścić. – Bywają trudne momenty, ze starszym synem próbowałam różnych metod nauki czytania, oczekiwałam wyników, które nie przychodziły. W końcu postanowiłam zrobić przerwę i wtedy syn zaczął czytać – opowiada pani Agata.

Są przekonani, że każdy rodzic może uczyć dzieci w domu. Nie wymaga to ponadstandartowej wiedzy czy też dokształcania się po nocach.

– Gdy czegoś nie wiem, sprawdzam to razem dziećmi. Ostatnio wspólnie ustalaliśmy, jak rosiczka zjada owady – wskazuje pani Justyna. Jej zdaniem, dla zdecydowanej większości rodziców nie ma żadnych kompetencyjnych czy charakterologicznych przeszkód, aby podjąć się edukacji w domu. – Sama nie mam wykształcenia pedagogicznego, jestem ekonomistką, umysłem ścisłym. Myślałam w pewnym momencie, że to nie dla mnie. Jestem dowodem na to, że różne słabości nie są przeszkodą do tego, by edukować w domu – stwierdza.

Na początku stresującym momentem dla rodziców mogą być egzaminy, które dzieci uczące się w domu muszą zdawać pod koniec roku szkolnego. Wymagania jednak nie są bardzo wysokie i w gruncie rzeczy przygotowanie do egzaminu zajmuje ok. 3 miesięcy. Dzieci mniej przeżywają ten moment, o ile rodzice zachowują spokój i rozumieją, że słabsza ocena może się przydarzyć i nie jest ona oceną ich rodzicielstwa.

Poza schematem

Podjęcie edukacji domowej to wybór pewnego stylu życia, co – zdaniem mam uczących w domu – wymaga odpowiedzi na pytanie: czy mam w sobie zgodę na trud? Na odsunięcie na dalszy plan pewnych aspektów naszego życia? Przede wszystkim lenistwa i szukania swego: swojego czasu, swojej przyjemności.

– Jest to ogromny wysiłek. W momencie, gdy szkoła przejmuje dziecko, pewien wysiłek z nas schodzi. Edukacja domowa to droga wymagająca, nie zawsze przyjemna, ale i z drugiej strony droga do bliskości z dzieckiem i droga do świętości – wskazuje pani Agata.

To ciężka praca, życie z krwi i kości. Dzielenie czasu tak, by starczało go na domowe obowiązki, rozmowy, naukę, indywidualny czas z dziećmi, zabawę i spacery. Oczywiście uczące mamy pracują jedynie we własnym domu, etat zewnętrzny nie wchodzi w grę. Decyzja o edukacji domowej to także odwaga wyjścia poza schemat życia, w który jesteśmy wtłaczani przez państwo. – Cały system życia społecznego wciąga kobietę do pracy. Zarówno poprzez aspekty ekonomiczne, konstrukcję pensji, jak i aspekty prestiżowe, wmawiające, że realizacja kobiecości jest możliwa jedynie poza domem i byciem z dziećmi. Jest to po prostu kłamstwo – konstatuje pani Justyna.

Trudne jest, gdy kobieta nie pójdzie do pracy, trudne jest, gdy zostaje z dziećmi w domu 24 godziny na dobę, ale jest to droga, która daje szczęście. A takie chwile jak pielgrzymka do Lichenia, gdzie podczas kilkugodzinnego pobytu żadne z dzieci nie nudziło się, nie narzekało i z fascynacją słuchało rodziców w roli przewodników, pokazują, że ta droga ma sens, jest szansą na ocalenie wrażliwości naszych dzieci, naturalnego zainteresowania światem.

Moją uwagę, że tak naprawdę w dużej mierze ich zamysł wychowawczy opiera się na powrocie do sprawdzonych wzorców, puentują stwierdzeniem, że są to Boże wzorce. – One naprawdę porządkują życie rodzinne, gdyż każdy trzyma się swoich kompetencji, powołania, tego, co ma dane od Boga. To czyni życie łatwiejszym i daje możliwość rozwijania tego, co jest w nas Bożym darem – stwierdzają.

Socjalizacja czy demoralizacja

Styl życia tych rodzin jest bardzo podobny, ale nie jest tak, że żyją one w hermetycznym kręgu, w izolacji. To po prostu niemożliwe. – Pytanie o tzw. socjalizację dzieci pojawia się zawsze w rozmowach o edukacji domowej. Dziecko przede wszystkim kształtuje swoje społeczne umiejętności w rodzinie, sąsiedztwie, w gronie znajomych rodzin i nasze dzieci mają taką możliwość – tłumaczą mamy. Pojęcia „socjalizacji” czy „grupy rówieśniczej” uważają za sztucznie stworzone twory, nieopisujące realnych zjawisk.

– Socjalizacja to nie ilość kontaktów, ale jakość. Socjalizacja rozumiana jako bycie w grupie rówieśniczej, wyjście spod kurateli rodziców to często demoralizacja. W tych kontaktach dzieci uczą się od siebie rzeczy jak najgorszych, co trudno później opanować i zatrzymać – wskazuje pani Agata. Inne mamy podkreślają, że nie dostrzegają wśród swoich dzieci ideałów bez skazy, jedne dzieci są spokojniejsze, inne to żywe srebra. O żadnym „kloszu” nie ma mowy: maluchy wchodzą ze sobą w normalne interakcje, mają szansę uczyć się reagowania, dochodzenia do zgody. Najstarszy syn pani Agaty w fundacji odkrył w sobie piękną cechę opieki nad młodszymi dziećmi. U starszych dzieci z zaprzyjaźnionych rodzin, które uczyły się w domu, nie widzą problemów z odnajdywaniem się w różnych życiowych sytuacjach. Przeciwnie, to dzieci imponujące kulturą bycia, szacunkiem wobec innych, operatywnością i umiejętnościami.

– Jestem przekonana, że na tym pierwszym etapie życia i nauki dzieci wymagają szczególnej troski wychowawczej, potem można się zastanawiać, czy można posłać je do szkoły, gdzie będą musiały wybierać, opierać się wpływom. Kilkulatek do takiej sytuacji nie jest przygotowany i będzie ulegał presji miejsca, gdzie spędza największą część dnia – zauważa pani Elżbieta, mama Tomasza, który od września rozpocznie naukę w domowej zerówce, a teraz jest na etapie rocznego przygotowania przedszkolnego. Oczywiście w domu. Od momentu, gdy syn pojawił się na świecie, przygląda się funkcjonowaniu polskiej szkoły i jest pewna, że w ten system nie chce włożyć swojego dziecka.

– Nie uchronimy naszych dzieci przed kryzysami. One przyjdą. Ale ten czas spędzony z nimi w domu daje dużo większą podstawę do radzenia sobie z trudnościami. Wierzę, że na czas buntów Pan Bóg także da łaskę i wsparcie – mówi pani Justyna.

 

Idą nowi ludzie

Pani Agnieszka, mama czworga dzieci, najmłodszego syna, 6-letniego Stasia, zamierza uczyć w domu. – Troje moich dzieci jest już dorosłych, patrzę zatem na polską szkołę z perspektywy kilkunastu lat edukacji dzieci. Niestety, z roku na rok jest coraz gorzej. W tym momencie nasz głos jako rodziców jest za słaby, byśmy mogli tę sytuację zmieniać, bo świadomych rodziców jest po prostu za mało – wskazuje. Życie przeciętnego polskiego rodzica toczy się wokół pracy zawodowej, pędu codziennego życia, a nie wokół dzieci.

Może to dopiero pokolenie naszych dzieci będzie w stanie jako rodzice ukształtować na nowo polską szkołę? – Jeśli zaniedbamy ich wychowanie, to będzie tylko coraz gorzej. To, czym dzieci są nasycane w szkole, nie prowadzi do brania odpowiedzialności za cokolwiek, za szkołę, własne środowisko – konstatuje pani Elżbieta. Dziś wiele osób wzrusza ramionami na tak kluczowe kwestie jak gender w szkole, trzeba zatem wychować pokolenie ludzi, którym nie będzie wszystko jedno, którzy będą mieli poczucie sprawczej siły swoich działań. – To jest coś, co rodzice mogą przekazywać dzieciom w edukacji domowej – mówi pani Elżbieta.

Na pewno jednym z wymiarów działania fundacji Maximilianum jest poszerzanie świadomości wszystkich rodziców, nie tylko tych edukujących w domu. Każda aktywizacja matek i ojców do jakichkolwiek działań na polu wychowawczym, choćby po lekturze tekstu o rodzicach, którym się chce, to mały krok w dobrym kierunku. – Może ktoś podejmie próbę zmiany niekorzystnego podręcznika, zainteresuje się, co dzieje się na świetlicy, włączy się w przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej – wyliczają moje rozmówczynie z fundacji. Przez różne wcześniejsze zaangażowania Pan Bóg przygotował ich rodziny do dzieła, jakim jest Maximilianum, nauka dzieci w domu i przecieranie ścieżek innym rodzicom. Czwartkowe spotkania w siedzibie fundacji mają otwarty charakter. Więcej o edukacji domowej i warsztatach prowadzonych przez Fundację Dobrej Edukacji Maximilianum na stronie:

fundacjamaximilianum.pl

 


Krok po kroku do edukacji domowej:
1. Wybieramy dowolną szkołę i zapisujemy do niej dziecko.
2. Składamy u dyrektora podanie o edukację domową.
3. Do podania dołączamy:
– oświadczenie rodziców o zapewnieniu dziecku warunków umożliwiających realizację podstawy programowej na danym etapie kształcenia, 
– zobowiązanie rodziców, że dziecko przystąpi do egzaminów
w każdym roku szkolnym, 
– opinię poradni psychologiczno-pedagogicznej – publicznej lub niepublicznej.
4. Po otrzymaniu kompletu dokumentów dyrektor szkoły wydaje zezwolenie na edukację domową.

Beata Falkowska

Aktualizacja 23 czerwca 2014 (17:53)

Nasz Dziennik