logo
logo

Zdjęcie: M. Borawski/ Nasz Dziennik

Operacja Jedwabne

Sobota, 5 lipca 2014 (02:00)

 

Kampania medialna o niezwykłym nasileniu wokół sprawy Jedwabnego trwała ponad dwa lata. W tym czasie przeprowadzono pospieszne śledztwo w Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku. Jego tempo, biorąc pod uwagę realia w podobnych sprawach, gdzie śledztwa toczą się (bez rezultatów oczywiście) nawet po kilkanaście i więcej lat, nakłady sił i środków (w tym materialnych) pokazały, że jest to możliwe, o ile istnieje odpowiednia wola polityczna.

Rzeczą bardzo złą był fakt, że oczekiwania i „ustalenia” większości mediów, a także sił politycznych nie brały pod uwagę stanu faktycznego, nie zmierzały do pełnego, wszechstronnego i w pełni obiektywnego ustalenia najważniejszych okoliczności. W pewnym sensie przypominały nagonkę z okresu stalinowskiego, gdzie normą było pomijanie praktycznie wszelkich dowodów, które świadczyły na rzecz oskarżonego, a wyrok zapadał odpowiednio wcześniej, w zaciszu gabinetów.

FAKTY BYŁY INNE

To, co działo się wokół tej sprawy w Polsce, w dziwny sposób współgrało z kampanią polityczną i medialną w państwach zachodnich, w których przecież stale powoływano się na „obiektywne” wypowiedzi niektórych polityków, historyków i dziennikarzy z Polski, dostarczających odpowiedniej amunicji. Nic dziwnego, że w tym zgiełku zaczęło umykać to, co było najbardziej istotne – co się tam wydarzyło, ile było ofiar, kto był sprawcą.

W dniu 30 czerwca 2003 r. śledztwo w tej sprawie zostało umorzone. Prokurator uznał, że sprawcy zbrodni popełnionej 10 lipca 1941 r. na ludności żydowskiej nie zostali wykryci (!), nie można wykluczyć bezpośredniej roli funkcjonariuszy niemieckich, liczbę ofiar przyjęto dość arbitralnie na „nie mniej niż” 340 osób. W toku szczegółowych dochodzeń ustalono, czasem dość drobiazgowo, szereg pobocznych okoliczności, które jednak do pełnego wyjaśnienia sprawy nie prowadziły.

Funkcjonariusz niemiecki Hermann Schaper, który był bezpośrednim uczestnikiem zbrodni i wówczas bodajże jako jedyny jeszcze żył, poczuł się źle podczas wstępnego przesłuchania i dano mu… święty spokój, choć cieszył się zdrowiem jeszcze przez wiele następnych lat. Prawdopodobnie była to kluczowa postać i najważniejszy świadek. Tym bardziej że w toku wcześniejszych śledztw dotyczących podobnych wydarzeń (jak choćby w Radziłowie 7 lipca 1941 r.) został w nienasuwający wątpliwości sposób rozpoznany przez świadków żydowskich.

Drugą niezwykle istotną okolicznością był fakt, że po pierwszej próbie ekshumacji w zbiorowym grobie w obrębie spalonej stodoły w Jedwabnem i ujawnieniu pierwszych rezultatów (dodajmy – całkowicie sprzecznych z dotychczasową wersją, rozpowszechnianą i utrwalaną od dłuższego czasu) została ona nagle przerwana. Oficjalną przyczyną rezygnacji ze zbadania najbardziej wartościowych dowodów miało być podłoże religijne wynikające ze stanowiska amerykańskich rabinów domagających się poszanowania doczesnych szczątków ofiar.

Jednakże w podobnych sprawach w bardzo wielu krajach prowadzono podobne śledztwa i ekshumacje bez większych przeszkód. Po prostu nie jest prawnie dopuszczalne, żeby przedstawiciel jakiejkolwiek religii mógł wpłynąć na wstrzymanie badań sądowo-medycznych i uniemożliwić gromadzenie wszelkich, w tym najważniejszych, dowodów popełnionej zbrodni, ustalenia liczby ofiar i ustalenia przyczyn ich śmierci. Tak samo dzieje się w Izraelu, który jest jednym wielkim cmentarzyskiem od tysięcy lat, a jednak buduje się drogi, osiedla mieszkaniowe, obiekty przemysłowe i nawet dochodzi do niwelacji cmentarzy.

Wstępna próba ekshumacji jednak coś dała. Okazało się bowiem, że nie zgadza się liczba ofiar (mogło ich być ok. 150), miejsce popełnionej zbrodni (szczątki tych, którzy mieli być zamordowani i pochowani na kirkucie spoczywają w obrębie stodoły, razem z łuskami i kulami karabinowymi), zwłoki nie były zbezczeszczone i obrabowane, a rzekomi świadkowie wprowadzali nas w błąd.

Szczególna rola w tym polityczno-medialnym wydarzeniu przypadła Janowi Tomaszowi Grossowi, który po publikacji książeczki „Sąsiedzi”, w której przedstawił nieprawdziwy przebieg wydarzeń, stał się naukową sławą rangi światowej. Okazało się jednak, że nie potrafi on czytać nawet prostych dokumentów, mylą mu się osoby (także ich płeć!), nie potrafi korzystać z dokumentów i przeprowadzić oczywistego, wydawałoby się, wnioskowania.

Mieliśmy do czynienia z pomijaniem bądź nawet fałszowaniem bardzo ważnych dowodów. Gross przyznał wreszcie, że jego wiedza o wydarzeniach pochodzi z… objawienia, jakie rzekomo miał w tej sprawie („New York Times” z 12 marca 2001 r.), w związku z tym to właśnie jego wersja historii jest prawdziwa. Co więcej, uznał, że jego broszura „Sąsiedzi” jest… „publikacją naukową, napisaną w oparciu o dostępną dokumentację przedmiotu i skrupulatne badania. […] łatwo stwierdzić, że jest ona opatrzona przypisami i odnośnikami” (wypowiedź J.T. Grossa w portalu Gazeta.pl 17 maja 2001 r.). Hm, łatwo sprawdzić, że nawet niektóre politgramoty w „Trybunie Ludu” były swego czasu też opatrywane przypisami, co dzieł naukowych absolutnie z nich nie czyniło.

O skali determinacji Grossa może świadczyć fakt, że w kolejnych wydaniach swej książeczki, także w innych krajach, nie uwzględnił nawet tych ustaleń, które całkowicie i jednoznacznie przeczyły jego tezom, przyczyniał się zatem (i robi to nadal) do rozpowszechniania pierwotnej wersji, całkowicie już dziś zdezawuowanej.

ŻYDOWSKIE ŻĄDANIA

 

Sprawę Jedwabnego można uznać za część wielkiej światowej i wewnątrzpolskiej kampanii propagandowej związanej z pospiesznie rozwijającą się „pedagogiką wstydu”. Według jej założeń powinniśmy uznać, że jesteśmy współsprawcami ludobójstwa, nasza duma narodowa jest nieuprawniona i mamy praktycznie przewartościować ogląd i osąd naszej historii, szczególnie najnowszej.

W tej kampanii wzięły udział różne instytucje i ośrodki, także te, które sprawują najwyższą władzę w kraju. W 2011 r., w 70. rocznicę tych wydarzeń, na miejscowym cmentarzu pojawili się doradcy prezydenta Bronisława Komorowskiego – Tomasz Nałęcz i Tadeusz Mazowiecki. Ten ostatni odczytał list Komorowskiego, który napisał: „Naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą.”

Obarczenie całego Narodu winą to przecież wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej, całkowicie sprzecznej z naszym rozumieniem sprawiedliwości i odpowiedzialności.

Na jego bardzo wątpliwe „usprawiedliwienie” trzeba przypomnieć, że odpowiedni podkład pod te słowa przez lata czynili publicyści, „artyści”, samozwańczy celebryci, politycy. Anna Bikont swego czasu popełniła książkę „My z Jedwabnego”, do której wstęp napisał sam Jacek Kuroń (a jakże, też… historyk), a w nim: „Nie odczuwam dyskomfortu, że Polacy okazali się mordercami”. Polacy mordercami? Tak po prostu wszyscy? Ileż to krokodylich łez wylano w rozważaniach nad tą sprawą. Prawdziwe intencje widać dopiero wtedy, jak skonfrontujemy je z innymi wydarzeniami z tamtej epoki, nad którymi pośpiesznie, lecz na szczęście nieudolnie, zaciąga się zasłonę milczenia. Nawet tam, gdzie zachowane dowody, bestialstwo sprawców, liczba i narodowość ofiar, także dane osobowe wielu sprawców, szczycących się przez powojenne dziesięciolecia swym wyjątkowym okrucieństwem – nie nasuwają żadnych wątpliwości. Przykładem mogą być zbrodnie w Nalibokach (8 maja 1943 r.) czy Koniuchach (29 stycznia 1944 r.). Tam też palono żywcem ludzi, w tym kobiety i dzieci. I Niemców tam nie było, nie ma żadnych wątpliwości. A przecież nie są to jedyne przykłady…

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi (również) o pieniądze. Izrael Singer rzucił takie słowa na Światowym Kongresie Żydów już w 1996 r.: „Jeżeli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań, będzie publicznie poniżana i atakowana na forum międzynarodowym”.

Warto przypomnieć, że te roszczenia sięgają kilkudziesięciu miliardów dolarów! Z rzekomej wrażliwości moralnej pozostała drażliwość materialna. Nie nasza, oczywiście.

 

Leszek Żebrowski

Aktualizacja 5 lipca 2014 (12:14)

Nasz Dziennik