logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Pakiet obietnic

Środa, 20 sierpnia 2014 (02:04)

W ostatnich dniach prezydent Bronisław Komorowski podpisał tzw. pakiet ustaw zdrowotnych – zmiany dotyczą przepisów ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych, ustawy o wykonywaniu zawodu pielęgniarki i położnej, a także o konsultantach krajowych.

Na początek słów kilka o medialnym szumie, który towarzyszył powstawaniu zmian legislacyjnych.

Wszyscy pamiętają kłopoty ministra Bartosza Arłukowicza dotyczące nie tylko jego relacji z NFZ i środowiskiem lekarskim. Minister podpadł samemu szefowi rządu i dostał termin bezwarunkowej pokuty – do wiosny miał powstać cudowny program naprawczy dla pacjentów, który nie tylko zlikwiduje wielomiesięczne (a niekiedy i wieloletnie) kolejki do specjalistów, ale także poprawi dostępność leczenia onkologicznego.

A że wiosna tego roku przyszła bardzo wcześnie, to wygląda na to, że minister pisał ustawy w pośpiechu i byle jak.

Ale trudno się dziwić, jeżeli cel był jeden – medialny fajerwerk, który ma przykryć prawdziwe niedostatki w służbie zdrowia i mitręgę pacjentów.

Rząd premiera Tuska specjalizuje się w tego typu rozwiązaniach – wystarczy wspomnieć konferencję promującą nowy, darmowy podręcznik dla pierwszoklasistów.

Krótsze kolejki

Zamiast pakietu istotnie potrzebnych dla systemu ustaw – ustawy o zdrowiu publicznym, zmian w ustawie o pogotowiu ratunkowym i ratownictwie medycznym czy też o sieci szpitali, które powinny zapewnić bezpieczeństwo zdrowotne Polaków – otrzymaliśmy pakiet obietnic – śmiem twierdzić – bez pokrycia, bo – jak pokazuje historia – pomysły uzdrawiania systemu, reformy przeprowadzane bez pieniędzy bardzo szybko kończą się nie tylko politycznym fiaskiem.

Spróbujmy przyjrzeć się kilku głównym założeniom kolejnej quasi-reformy: skracanie kolejek i powrót do podstawowej opieki zdrowotnej jako fundamentu systemu. Takie było główne założenie wprowadzonej przez rząd Jerzego Buzka ustawy o ubezpieczeniach zdrowotnych. To lekarze rodzinni mieli diagnozować i leczyć, a nie odsyłać do specjalistów i szpitali.

I istotnie tak powinno być – tylko teraz minister, dokładając zadań i obiecując pacjentom większą ilość badań diagnostycznych, nie wspomina, z jakich środków finansowych zostanie to zrealizowane. Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej alarmują, iż środki otrzymywane z NFZ w ramach tzw. stawki kapitacyjnej (na zapisanego pacjenta) nie zrekompensują im poniesionych w związku ze zmianami kosztów i już zapowiadają protesty…

Te oczywiście uderzą w pacjentów, więc trzeba znaleźć winnego – przecież minister chce dobrze, to lekarze są winni…

Polowanie z nagonką już rozpoczęte – co jak co, ale sztukę konfliktowania społeczeństwa rząd Donalda Tuska opanował do perfekcji. Kolejnym powodem niezadowolenia pacjentów będzie zapewne zderzenie oczekiwań z rzeczywistością, czyli pomysł na wirtualne skrócenie kolejek.

Chwyt propagandowy, mający zaskarbić sympatię pacjentów do ministra cieszącego się jednym z najniższych notowań zaufania społecznego. Naiwny, kto pomyślał, że stanie się to dzięki poprawie organizacji, zwiększeniu finansowania lub wyeliminowaniu wszechobecnej biurokracji. I znów kolejne rozczarowanie, bo cud ma się dokonać dzięki temu, że nastąpi żelazne wręcz zdyscyplinowanie pacjentów, którzy odtąd będą mogli zapisać się w kolejkę wyłącznie do jednej placówki leczniczej.

Nakłada się przy tym na nich obowiązek niezwłocznego dostarczenia skierowania – w przeciwnym razie będą usunięci z kolejki. Podobnie jak w przypadku niestawienia się na wizytę w określonym terminie – nawet w sytuacji wypadków i zdarzeń losowych. Nieuznane usprawiedliwienie (???) będzie oznaczało dla pacjenta rozpoczęcie drogi przez mękę od nowa.

Na zmianach mają skorzystać też pacjenci onkologiczni. Cel jak najbardziej słuszny – wiadomo, że wczesne wykrycie nowotworu i zastosowanie właściwego leczenia zwiększa szanse na pokonanie choroby. Tym bardziej trudno zrozumieć i pogodzić się z roztrwonieniem Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych, którego fiasko ogłosiła NIK po ostatnio przeprowadzonej kontroli. Program, który miał nie tylko poprawić wczesną wykrywalność, ale również upowszechniać zachowania prozdrowotne, został bezpowrotnie zmarnotrawiony – głównie z powodu braku właściwego nadzoru nad wydatkowanymi środkami. Pieniądze praktycznie zmarnowano, rozdając je lekko zapewne lewą ręką, a teraz prawą próbuje się uprzywilejować w systemie tę grupę chorych. Zamiast zapobiegać, co jest zdrowsze i tańsze, wolimy leczyć – źle, bo za późno.

Szybsze leczenie

Ustawa próbuje niwelować systemowe błędy, zakładając, że po zmianach pacjenci onkologiczni (a nawet ci z podejrzeniem raka) otrzymają dostęp do lepszej i pełniejszej diagnostyki i szybciej rozpoczną właściwe leczenie.

Zasadniczo – nic, tylko przyklasnąć, gdyby nie fundamentalne pytanie: skąd na to będą pieniądze, bo zniesienie limitów bez zapewnienia odpowiednich środków finansowych będzie kolejnym oszustwem – o tyle bardziej tragicznym, że stawką jest ludzkie życie. Zabrakło również odpowiedzi na pytania o personel medyczny – powszechny jest brak specjalistów, w tym patologów, którzy odgrywają kluczową rolę w badaniach zmian nowotworowych. Na szpitalnych oddziałach dramatycznie brakuje personelu pielęgniarskiego – obecne pokolenie starzeje się w zastraszającym tempie, a niestety, młodych kadr do zawodu nie przybywa.

Uchwalone przepisy budzą jednak wątpliwości nie tylko z tego powodu. Swoje zastrzeżenia zgłaszali w trakcie procesu legislacyjnego także konstytucjonaliści. Słusznie pytali, co z równym dostępem do świadczeń gwarantowanym konstytucyjnie, jeśli „wyróżnia” się i uprzywilejowuje jedną z grup chorych.

Karta diagnostyki

To pytanie, jak wiele innych, pozostało bez odpowiedzi. Podobnie jak wątpliwości, czy tzw. zielona karta diagnostyki i leczenia nie stanie się formą stygmatyzowania chorych i czy przedwczesne lub nietrafne postawienie diagnozy nie spowoduje załamania psychicznego pacjenta.

Trudno nie wspomnieć tu o metodach weryfikacji, jakim ma zamiar NFZ poddać lekarzy wystawiających karty – można się rozchorować od samego nazewnic- twa: „minimalny wskaźnik wykrywalności”, który minister zdrowia określi w rozporządzeniu (!!!).

W projektach pojawiły się też zapisy budzące nadzieję na zwiększenie nadzoru państwa nad rozregulowanym systemem. Myślę tu o tzw. planach zdrowotnych, które powinny zwiększyć odpowiedzialność za kontraktowanie świadczeń – jest szansa, że w oparciu o rzeczywiste wskaźniki epidemiologiczne powstaną placówki medyczne, na których usługi w wielomiesięcznych kolejkach czekają chorzy. Słabą stroną pomysłu jest brak danych organizacyjnych z już pracujących placówek i nawyki w zasadach kontraktowania, do których NFZ jest bardzo przywiązany.

Prywatny biznes

Należy też spodziewać się zmasowanego ataku niezadowolenia ze strony prywatnego biznesu, który coraz mocniej rozpycha się na rynku zdrowotnym, wybierając z niego jedynie wysoko opłacane przez narodowego płatnika świadczenia.

Z nadzieją będziemy przyglądać się wycenie świadczeń zdrowotnych, którą będzie wykonywać Agencja Oceny Technologii Medycznych. Mamy nadzieję, że cena będzie odzwierciedlała realne koszty i że w wycenie tej znajdą się również koszty pracy personelu medycznego.

Podporządkowanie NFZ Ministerstwu Zdrowia stwarza szansę, że w przyszłości nie będziemy już świadkami dwuwładzy i gorszących scysji prezesów z kolejnymi ministrami zdrowia.

Minister Arłukowicz wszelako powinien pamiętać, że uzyskując pełnię władzy nad budżetem NFZ, przyjmuje na siebie całą odpowiedzialność i na konferencjach prasowych, które tak lubi, nie wystawi już kozłów ofiarnych.

Środowisko medyczne w trakcie ekspresowych prac legislacyjnych zgłaszało dziesiątki, jeśli nie setki uwag i poprawek, próbując urealnić projekty ministra. Wszystkie natrafiły na ścianę odmowy i odrzucane były zgodnymi głosami rządzącej koalicji – czasami wbrew logice i prawu.

Nieważne, że za kilka miesięcy, jeśli pakiet trafi do Trybunału Konstytucyjnego, zaczną się problemy. Teraz jest sukces w przestrzeni public relations, media głównego nurtu są zachwycone, a ciemny lud wszystko kupi…

Potem jakoś to będzie…

Maria Ochman

Nasz Dziennik