logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Przywrócimy im imię

Piątek, 19 września 2014 (02:12)

Cmentarz Garnizonowy w Gdańsku o tej porze roku jest zwykle pusty. Czasem między grobami można zobaczyć starszych ludzi sprzątających groby swoich bliskich, czasem pojawi się ktoś, aby zmieść zeschłe liście z symbolicznych mogił Danuty Siedzikówny „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”.

Dla mnie i dla Ani cmentarz przy ulicy Giełguda jest miejscem szczególnym – od dziesięciu lat 1 listopada przy grobach „Inki” i „Zagończyka” organizujemy spotkania, aby uczcić pamięć bohaterów. Wspólnie z kibicami, harcerzami i coraz liczniej przychodzącymi mieszkańcami Gdańska wspominamy tych, których sąd komunistyczny skazał na śmierć i nieistnienie. Poprzez poezję, pieśni z tamtych lat staramy się przywrócić im należne miejsce w świadomości gdańszczan. Mówimy o nich i w jakimś sensie do nich. W ten niezwykły sposób rokrocznie realizuje się tajemnica świętych obcowania. Tym razem jednak przemówiły mogiły.

Wolontariusze

Pierwszy zadzwonił Milan, kibic gdańskiej Lechii. „Słyszałeś, że w środę przyjeżdża Szwagrzyk z ekipą?”. Nie słyszałem (byłem w drodze na koncert). Zadzwoniłem do Ani, ona już wiedziała. Wszystko było poza słowami – od dawna wiedzieliśmy, że nie może nas zabraknąć, kiedy rozpoczną się poszukiwania. Telefon do profesora upewnił nas, że pracy na cmentarzu nie zabraknie.

Ania zaczęła dzwonić do przyjaciół od lat zajmujących się upamiętnianiem żołnierzy podziemia niepodległościowego. Robert prowadzi firmę, każdy dzień nieobecności w pracy to strata dochodów. Trochę się martwi, że nie będzie mógł przyjść. Rozłącza się, ale za chwilę oddzwania: „Całe życie bym żałował, gdybym nie wziął w tym udziału”. Na cmentarz przyjeżdża codziennie.

Milan nie ma tyle swobody, musi być w pracy. Nie mogąc wziąć urlopu, pracuje kilka godzin rano, przebiera się i pędzi do firmy.

Waldek przyjechał aż z Bydgoszczy. Nie wiedział, gdzie i za ile będzie mieszkał, ale nie wyobrażał sobie, że może go zabraknąć w ekipie.

Jarek planował popracować tylko jeden dzień. Teraz wspólnie z Robertem i Patrykiem przyjeżdża z Malborka codziennie.

Marysia przychodzi po szkole. Każdego ranka musimy ją przekonywać, że szkoła jest równie ważna jak wykopaliska, a ona ciągle swoje: „Tato, mamo! Wykopaliska potrwają tylko kilka dni”. Przybiega więc na cmentarz, wchodzi do dołu, kopie, wynosi wiadra pełne ziemi.

Są jeszcze inni, niektórych nie znam nawet z imienia. Wiem jednak, że podobnie jak my przyszli tutaj, zostawiając swoje domowe i zawodowe obowiązki, aby odkryć to, co w zamysłach złych ludzi miało pozostać ukryte.

Sondowanie gruntu

Ziemia niełatwo ujawnia swoje tajemnice. Miejsca typowane są przez archeologów po części na podstawie archiwaliów, po części na podstawie intuicji. Wytrwale przebijając się przez zwały gruzu, kłębowiska korzeni drzew, mamy nadzieję, że natkniemy się na poszukiwane szczątki.

Robert i Ania pracują bez wytchnienia. Dół staje się coraz głębszy – Czy ty się kiedyś zmęczysz, Robert? – pyta półżartem Krzysztof Szwagrzyk. Odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Zmęczenie jest sprawą wtórną, parafrazując słowa Herberta: „jest mało czasu/trzeba dać świadectwo”. Kilka wytyczonych wstępnie stanowisk nie daje spodziewanych wyników, jednak pojawiające się co pewien czas pojedyncze kości sugerują, żeby kopać głębiej. Fachowo nazywa się to „sondowaniem”.

Pierwszy dzień wykopalisk nie przynosi żadnych rezultatów. Drugiego dnia w okolicach pomnika upamiętniającego żołnierzy podziemia archeolodzy natknęli się na pierwszy szkielet. Wszyscy na chwilę odrywamy się od pracy, choć z oczywistych względów nie wiadomo, czyje szczątki odnaleziono. Z napięciem przyglądamy się pracy zawodowców, którzy z pieczołowitością wydobywają kości z ziemi. Chyba wszyscy mamy nadzieję, że to któryś z naszych chłopców.

Przerwa nie trwa długo, zabieramy się ponownie do pracy. Zasada jest taka, że kiedy natkniemy się na jakiekolwiek kości, przywołujemy któregoś z antropologów, medyków sądowych lub archeologa, aby określił, czy są one pochodzenia ludzkiego, czy zwierzęcego (zwierzęce też odkładamy na bok; laik, widząc kości na hałdzie ziemi, mógłby posądzić nas o brak poszanowania dla szczątków ludzkich).

Pod koniec dnia Marysia i Ania odkrywają kość udową. Prace na tym stanowisku będą jednak kontynuowane dopiero następnego dnia. Zasada jest taka, że nie można zostawić odkrytego szkieletu na noc. Trzeba go podjąć, zabezpieczyć. Teren cmentarza nie jest chroniony na tyle, aby można było być spokojnym o znalezisko. Zanim podejmie się szkielet, aby przekazać go do dalszych badań, musi być sporządzona dokumentacja dotycząca miejsca, sposobu ułożenia itp. Te procedury powodują, że prace przebiegają w określonym tempie, ale my się niecierpliwimy, chcielibyśmy już wydobyć ich wszystkich spod gruzu i pochować tak, jak na to zasługują.

Czy to „Inka”?

W drugim dniu wykopalisk ujawnia się zbiorowa mogiła, w której znajdują się cztery pochówki. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie są to zwyczajne groby. Zaledwie kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią (któż by chował tak płytko?) pochowani w półtrumnach (tylko spodnia część trumny bez wieka). Waldemar Kowalski, były wicedyrektor Aresztu Śledczego w Gdańsku, zatrudniony obecnie w Muzeum II Wojny Światowej, jest pewny, że to pochówki więzienne.

Archeolodzy warstwa po warstwie odkrywają znalezisko. Z ziemi najpierw wyłaniają się kości czołowe, oczodoły, centymetr po centymetrze ukazują się sylwetki ludzkie. Zmarli ułożeni są w nienaturalny sposób. Niby w trumnach, ale nikt im nie złożył rąk na piersiach, są ułożone wzdłuż ciała, pod plecami i ogołocone. Nie ma w tych trumnach różańców ani medalików, nie ma żadnych osobistych rzeczy. Patrząc na nich, zastanawiamy się, kim byli za życia.

Dziwne, ale ten widok nie mrozi nam krwi w żyłach, nie stawiamy też sobie hamletowskich pytań o sens ludzkiego istnienia. Chciałoby się każdego z nich przytulić, ucałować roztrzaskane czoło w podzięce za ofiarę życia. Skąd właściwie wiemy, że to ofiary komunizmu? Trudno powiedzieć, coś w duszy nam mówi, że tak.

Leżą blisko siebie, spróchniałe trumny stykają się krawędziami, w jednej z nich znajduje się szkielet kobiety. Nie trzeba być antropologiem, żeby to ocenić – na stopach zachowały się resztki damskich butów (podeszwy na obcasie). Ciekawe, że jest to jedyna zachowana część garderoby, jaką znaleziono w odkrytych mogiłach. Pozostali są nadzy. Być może chowano ich w bieliźnie, która szybko uległa rozkładowi, stąd też brak guzików, pasków, sprzączek znajdowanych zwykle podczas wykopalisk.

Nadzieja, że może to być Danuta Siedzikówna, rośnie, kiedy dowiadujemy się, że szkielet należał do bardzo młodej kobiety. Dla wszystkich jest oczywiste, że dopiero po przeprowadzeniu badań genetycznych nasze przeświadczenia, czy raczej wyobrażenia, zamienią się w wiedzę, ale cóż… sfera pragnień rządzi się swoimi prawami. Zresztą, czy jeśli ta młoda kobieta okazałaby się kimś innym, należałby się jej mniejszy szacunek?

Wszyscy wiemy, że każdy znaleziony przez nas szkielet miał kiedyś imię, nazwisko, rodzinę. Wrzucając ich do bezimiennych dołów, przysypując gruzem, komuniści odebrali im najbardziej podstawowe atrybuty ludzkiego bytowania. Victor Emanuel Frankl w książce „Homo patiens” napisał, że w obozie koncentracyjnym człowiek był „zobiektywizowany”. Proces obiektywizacji polegał na wymazywaniu resztek cech indywidualnych, imię i nazwisko zastępowane było numerem. Spoczywającym na gdańskim cmentarzu komuniści odmówili nawet tego. Nie ma numeru ani księgi ewidencyjnej, jest płytki dół i ciało oczekujące, aż ktoś przywróci mu imię lub choćby dwie literki N.N., postawi krzyż na grobie.

Prawda o komunizmie

Znalezisko zadecydowało o przeniesieniu prac w pobliże odkrytych trumien. Okazuje się, że był to dobry trop. W kolejnych dołach ujawniają się nowe ciała. Sposób pochówku zawsze ten sam. Po zdarciu darni, gruzowiska (cegły, ceramika, kawałki betonu, kamienie) ukazują się ludzkie szkielety ułożone w różnych pozycjach. Jeden z nich spoczywa twarzą do ziemi, nogi zgięte w kolanach, czaszka wzniesiona nieco do góry, jakby niegdyś opierała się skronią o profil zbyt małego dołu. Ponad miednicą kilka dużych granitowych brukowców. Trudno to nawet nazwać grobem.

Poszerzając wykop, w odległości kilkudziesięciu centymetrów od stóp nieznanej osoby, natykam się na czaszkę kolejnej ofiary, za chwilę następna. Czaszki ułożone są na boku, blisko siebie, dzieli je może 30 cm, nie mają trumien. Kim byli? Jak zginęli?

W wykopie obok kolejny szkielet, dobrze zachowana sztuczna szczęka może świadczyć, że nie był to młody człowiek. Dlaczego zginął, dlaczego nie wydano ciała rodzinie? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Te groby mówią nam więcej o komunizmie niż niejedno opracowanie naukowe. Cóż więcej bowiem świadczy o danej cywilizacji niż stosunek do zmarłych?

Jaki będzie los odkrytych szczątków? Prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie „Inki” i „Zagończyka”. Po podjęciu wytypowanych szkieletów część stanowisk zostaje zakopana, ale wierzymy, że wiosną prace ruszą od nowa.

Poszukiwania „Inki” i „Zagończyka” w naturalny sposób przyczyniają się do wzrostu zainteresowania tematem zbrodni komunistycznych, ale też budują wspólnotę, zaufanie, które pamiętam z okresu „Solidarności”. Jesteś z naszej strony, i to mi wystarczy. Pan Waldek, o którym wspomniałem wyżej, znalazł nocleg u nieznanych sobie ludzi. Przyjęli go do siebie, chcąc w pośredni sposób przyczynić się do sprawy upamiętniania bohaterów podziemia. Kiedy poszli zrobić zakupy, a sprzedawca dowiedział się, dla kogo chcą przygotować obiad, odmówił przyjęcia pieniędzy. Grzegorz Pelowski, znany gdański cukiernik, gdy Ania poprosiła go o wodę, przygotował dodatkowo gratis ciastka i kanapki dla ekipy. Na cmentarzu pojawiają się też osoby z kwiatami, z poczęstunkiem. To drobiazgi, ale właśnie takie drobne gesty dowodzą, że tak naprawdę nie poszukujemy grobów, tylko odkrywamy fundamenty.

Andrzej Kołakowski Zdjęcia Marek Borawski

Aktualizacja 19 września 2014 (02:12)

Nasz Dziennik