Z dr. inż. Wacławem Berczyńskim, wieloletnim pracownikiem Boeinga i innych koncernów lotniczych, rozmawia Piotr Falkowski
Co jest największym problemem dla podejmujących niezależną analizę katastrofy smoleńskiej?
- Zasadniczym problemem jest brak możliwości zbadania wraku samolotu. W jakiejkolwiek analizie trzeba opierać sie na zdjęciach i danych z raportu MAK i komisji Millera. Oba raporty są zaś napisane tak, aby uwiarygodnić hipotezę o uderzeniu skrzydła o brzozę.
Jaka jest główna przyczyna, dla której te dane nie są wiarygodne?
- Trajektoria lotu w obu raportach jest wyznaczana na podstawie złamanych gałązek, nawet nie drzew, ale krzaków, czasem na wysokości kilku metrów od ziemi. Te zdjęcia nie są opisane, to jest - nie ma dokładnych dat i czasów ich wykonania, miejsc, z których były wykonane itd. Zmieniając nieco miejsce zrobienia zdjęcia, można otrzymać inne kąty i w efekcie inną trajektorię. Jest to chyba jedyna analiza wypadku lotniczego, gdy trajektorię wyznaczało się na takiej podstawie.
W każdym razie ustalona przez obie komisje trajektoria jest taka, że skrzydło spotyka się z brzozą. Autorzy raportów wnioskują, że to drzewo urwało kawałek skrzydła. Symulacje prof. Wiesława Biniendy z Uniwersytetu w Akron temu przeczą.
- Profesor Binienda wykonał swoją analizę w celu sprawdzenia powodu oderwania części skrzydła, gdy była to jedyna znana hipoteza przyczyny wypadku. Po zapoznaniu się z obliczeniami dr. Kazimierza Nowaczyka z Baltimore jestem przekonany, że brzoza w ogóle nie dotknęła skrzydła samolotu. Dlatego koncentrowanie się wciąż na tej brzozie staje się bezprzedmiotowe. Osobiście, na podstawie swojej wiedzy i doświadczenia, głęboko wierzę, że wyniki badań prof. Wiesława Biniendy są poprawne. Podobnie jestem ujęty głęboką analizą raportów MAK i komisji Millera prowadzoną przez dr. Nowaczyka, który pochyla się w tych dokumentach dosłownie nad każdym przecinkiem i wskazuje na błędy lub przekłamania. Najpoważniejszy z nich dotyczy właśnie brzozy. Doktor Nowaczyk dowodzi, że samolot nigdy nie uderzył w brzozę.
A jakie kierunki poszukiwań uważa Pan za najistotniejsze?
- Analizę wytrzymałościową elementów wraku Tu-154M. Odtworzenie mechaniki zniszczenia, której rezultatem był rozpad samolotu na wiele części. Samolot w czasie katastrofy może podlegać różnym siłom. Inne byłoby zniszczenie w przypadku uderzenia dziobem w ziemię, inne w przypadku uderzenia podwoziem czy skrzydłem. Badanie wraku może odpowiedzieć na pytanie, co było powodem zniszczenia, któremu uległ Tu-154M o numerze 101.
Jak Pan sądzi, dlaczego takiej analizy nie przeprowadziły komisja techniczna MAK i komisja Millera?
- Obie komisje prowadziły analizę przy założeniu, że przyczyną katastrofy było uderzenie w brzozę. Nie prowadzono żadnej analizy wytrzymałościowej i mechaniki zniszczenia. Jest to podejście niewłaściwe i całkowicie błędne. Przebieg katastrofy musiał być inny niż tezy raportów komisji. Jest na to przynajmniej pięć argumentów. Po pierwsze, jak już mówiłem, samolot nigdy nie uderzył w tę brzozę. Poza tym prof. Binienda dowiódł, że gdyby uderzył, to nie spowodowałoby to urwania skrzydła. A ponieważ skrzydło jednak oderwało się, przyczyna tego musiała być inna. Po drugie, wymagania stawiane konstrukcjom latającym na całym świecie mówią, że samolot musi być sterowny przy różnicy obciążeń na skrzydłach wynoszącej 20 procent. Utrata siły nośnej w wyniku ułamania skrzydła byłaby mniejsza. Samolot nawet z urwaną końcówką skrzydła nie powinien wykonać pół beczki, więc musiał działać jeszcze inny czynnik. Po trzecie, samolot uderzając górą kadłuba o ziemię, czego rezultat widać na zdjęciach, zgniótłby się do wewnątrz jak jajko uderzone o stół. Nie jest możliwe, by uderzenie o ziemię spowodowało rozerwanie kadłuba na zewnątrz. Po czwarte, należy zwrócić uwagę na zniszczenia zewnętrznych elementów skrzydeł. Skrzydło, które według komisji uderzyło o brzozę, jest zniszczone, dolne i górne poszycie oderwało sie od dźwigarów i żeber. Przyjęto, że było to skutkiem uderzenia. Ale prawe skrzydło, które nie uderzyło o brzozę, jest uszkodzone prawie tak samo, zniszczenia są tylko trochę mniejsze. Czy to nie dziwne? Wreszcie po piąte, część ogonowa samolotu została odrzucona od kadłuba. Nie był to wynik uderzenia o ziemię, bo te fragmenty nie wykazują odkształceń typowych dla uderzenia. To wszystko rodzi wątpliwości, z którymi oficjalne komisje nie chciały się zmierzyć, gdyż byłoby to równoznaczne z odpowiedzią na pytanie o tę prawdziwą przyczynę katastrofy. Ja jako inżynier, a nie polityk, nie chcę się wypowiadać, dlaczego tak się stało.
Ale co Pana zdaniem mogło spowodować zniszczenia takie jak na fotografiach?
- Była to zapewne jakaś wewnętrzna eksplozja. Mówiąc "eksplozja", mam na myśli zjawisko fizyczne powodujące falę uderzeniową i określone zniszczenia. Nie musi to oznaczać wybuchu na przykład bomby, bo tego nie wiemy. Uszkodzone elementy skrzydła są jednocześnie zbiornikami paliwa, i to tymi, które są opróżniane najwcześniej w czasie lotu. Mogło więc dojść do wybuchu gazów pozostałych po paliwie. Rozerwanie kadłuba na zewnątrz i odrzucenie części tylnej kadłuba również musiało być skutkiem wybuchu. Stan zwłok ofiar katastrofy także na to wskazuje. Musiały doznać przyspieszeń znacznie większych niż te, które mogły być skutkiem spadku samolotu z wysokości 20 metrów na błotniste podłoże.
Eksplozja to jedyne wytłumaczenie?
- Można jeszcze rozpatrywać propagację siły uderzenia w kadłubie i na skrzydłach samolotu. Ale stwarza to problemy. Przy uderzeniu samolotu o ziemię część kokpitu się oderwała. Kokpit uległ zniszczeniu, tym samym przejmując energię zderzenia z ziemią. Ale oddzielenie kokpitu od samolotu uniemożliwiło przekazanie energii uderzenia na kadłub. Poza tym zniszczenia kadłuba są inne niż przy propagacji energii na kadłub i skrzydła. Pozostaje jeszcze kwestia tylnej części kadłuba. Jaka siła spowodowała jej oderwanie? Bardzo prawdopodobne jest, że ciśnienie, które spowodowało otwarcie kadłuba, oderwało też gródź, która oddziela tylną część samolotu od kabiny pasażerskiej. Dlatego ja przychylam się do hipotezy eksplozji.
Jak można by się upewnić, jaki był naprawdę mechanizm zniszczenia?
- Mamy bardzo mało informacji o wraku samolotu. Posiadamy zdjęcia zrobione nieprofesjonalnie po katastrofie, w celu opisania elementów wraku, dość przypadkowe. Mamy również plany samolotu, skrzydeł, kadłuba i reszty. Możemy więc policzyć z wystarczającą dokładnością, jakie siły musiały działać, żeby doprowadzić do zniszczeń widocznych na zdjęciach. Mechanizm zniszczenia jest różny w przypadku propagacji energii uderzenia, a inny w przypadku eksplozji. To też można wywnioskować ze zniszczeń - czy działały siły rozrywające, ścinające, czy miało miejsce wyboczenie. Można więc z wystarczającą dokładnością odtworzyć przebieg katastrofy.
Ile trwałyby takie obliczenia? Czy można je wykonać bez wsparcia oficjalnych instytucji, jedynie siłami zainteresowanych tym tematem ekspertów?
- Myślę, że można zrobić analizę upadku samolotu, iteracyjnie dochodząc do stanu, jaki zastano po katastrofie. To też może być dyskusyjne, bo nie wiadomo, czy części wraku nie były przemieszczone już po upadku na ziemię. Zakładając, że główne części kadłuba nie zostały ruszone, można by modelować uderzenie o ziemię lub eksplozję, by uzyskać podobny efekt. To jest do zrobienia, wymaga wielu iteracji, ale jest możliwe. Musiałby to robić dobry zespół. Niezależny ekspert może to wykonać, jeżeli poświęci dużo czasu i miałby dostęp do dobrego komputera i oprogramowania. W Polsce są ośrodki, które mogłyby to zrobić.
Jakie Pan widzi szanse w związku z rozpoczynającą się wkrótce konferencją smoleńską? Może to jest okazja, żeby stworzyć plan działania i podzielić się zadaniami?
- Dobrze, że zebrało się grono naukowców, którzy pod własnymi nazwiskami chcą brać udział w wyjaśnieniu katastrofy. Samo to jest pozytywne i cenne. Jest tych ludzi na tyle dużo, że nie da się o konferencji zapomnieć, ale można przemilczeć. Wystarczy, żeby "media" jej "nie zauważyły". Prawie na pewno tak się stanie, podobnie jak z wizytą w Polsce prof. Biniendy kilka miesięcy temu. Była już próba ośmieszenia konferencji przez podsuwanie niepoważnych tematów i zajęło trochę czasu, by konferencję z tego oczyścić. Prawie na pewno będą inne próby, dezinformacje itp. Trzeba jednak próbować - wymaga tego uczciwość i profesjonalizm naukowca.

