Jak Pan ocenia politykę prorodzinną rządu?
– Politykę prorodzinną rządu można streścić w jednym zdaniu – od trzęsienia do trzęsienia. Oznacza to, że obecnie rząd stara się łatać wszystkie dziury, które pojawiają się na bieżąco. Działania podejmuje się pod sondaże i myśli się tylko o tym, co jest dzisiaj.
Od upadku PRL minęło 26 lat, a Polacy ciągle mają problem ze zdobyciem własnego mieszkania…
– Nikt nie stworzył całościowego systemu pomocy rodzinom. Nie myśli się o tym, co będzie za 10, 30 czy 50 lat. Zobaczmy, jak samorządy gospodarują gruntami. Jak w porozumieniu z państwem uzbrajają te grunty. Planu wobec tej kwestii po prostu nie ma. Nie istnieje coś takiego jak system tanich kredytów mieszkaniowych. Nie ma przypadku w tym, że aż 700 tys. ludzi wzięło kredyt we frankach i teraz odczuwają go boleśnie. Mieszkania to jest ta dziedzina życia, w którą państwo nie chce się angażować. A jak wiemy, mieszkanie jest podstawową rzeczą materialną rodziny. Wiele osób nie decyduje się na zawiązanie związku małżeńskiego właśnie przez brak mieszkania.
Jakie działania wpłynęłyby na spadek ceny mieszkań?
– Możliwe jest, aby państwo w porozumieniu z samorządami doprowadziło do obniżenia cen gruntów. Realne wydaje się również zagospodarowanie odpowiednich środków do stworzenia infrastruktury pod uzbrojenie. Można także stosować ulgi na budowę i zakup mieszkań. Kolejną rzeczą mogą być kredyty, które będą gwarantowane przez państwo.
Dlaczego się tego nie realizuje?
– Po co patrzeć na politykę w perspektywie kilkudziesięciu lat, skoro sondaże mówią, jak jest teraz? Polityki prorodzinnej nie buduje się z dnia na dzień. Trzeba częściej patrzeć na to, co będzie za lat 50, niż jutro. Jeżeli na to się nie spojrzy w ten sposób, to Polska za 20 lat będzie liczyła 25 mln mieszkańców. Bez silnej polityki prorodzinnej Polska nie ma przyszłości.

