logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

To pozorowane śledztwo

Środa, 8 kwietnia 2015 (10:50)

Ze Stanisławem Piotrowiczem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, wiceprzewodniczącym Zespołu Parlamentarnego do spraw Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czemu mają służyć ujawnione niemal w przeddzień 5. rocznicy tragedii smoleńskiej rzekomo nowe fragmenty stenogramów z kokpitu Tu-154M dotyczące ostatnich chwil przed katastrofą?

– Jest to stały element gry, która wpisuje się w każdą rocznicę największego dramatu w powojennej historii Polski. Jeżeli prześledzić kilka lat wstecz, to można zaobserwować, że właśnie w okolicach daty 10 kwietnia pojawiają się różnego rodzaju sensacyjne, rewelacyjne rzecz można informacje. Po jakimś czasie ci, którzy informowali, wycofują się z wypowiedzianych słów i okazuje się, że wszystko, co głosili, było przesadzone, nieprawdziwe. Myślę, że Polacy znają ten mechanizm i dostrzegają, jak potwornej manipulacji są poddawani.

Na ile dodatkowym bodźcem sprzyjającym tej manipulacji jest trwająca kampania prezydencka, ale także zbliżające się jesienne wybory parlamentarne?

– Wybory to szczególna okazja do manipulacji. Jednak najbardziej dramatyczne jest to, że manipulacje, z jakimi mamy do czynienia, wpisują się w scenariusz naszego odwiecznego wroga, że szkalują one dobre imię polskich oficerów, jednym słowem - godzą w polską rację stanu. Można też powiedzieć, że sposób, w jaki się to odbywa, jest kuriozalny. Okazuje się, że nowi biegli rzekomo odczytali o 30 proc. więcej z zapisów z Tu-154M niż wcześniej eksperci Krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Sehna – jednego z najlepszych w Polsce, i ok. 40 proc. więcej niż Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji. Skoro taki mamy „postęp”, to może warto jeszcze poczekać i kolejni nowi biegli być może odczytają jeszcze więcej. Zadziwiające jest także to, że im więcej lat upływa od katastrofy smoleńskiej, tym więcej rzekomo się odczytuje z zapisów czarnych skrzynek. Przecież tego rodzaju stenogramy, które społeczeństwu dawkuje się co jakiś czas, powinny być znane wkrótce po katastrofie z 10 kwietnia 2010 r. Tymczasem dziś próbuje się manipulować opinią publiczną i to w pięć lat od tej wielkiej narodowej tragedii.

Kto, Pana zdaniem, stoi za tą manipulacją?

– Widać rządzący nie mają umiaru i elementarnej przyzwoitości. Owszem, to niby nie wprost rządzący i niby nie wprost prokuratura, ale to rzekomo dziennikarze, którzy nie wiadomo w jakich okolicznościach weszli w posiadanie takich materiałów. Po pierwsze, jeżeli takie materiały rzeczywiście były w prokuraturze, to rodzi się pytanie: dlaczego prokuratura skrywa je przed opinią publiczną. Po drugie, jeżeli prokuratura uważa te doniesienia za nieprawdziwe, za niewiarygodne, to dlaczego milczy na ten temat. I to jest kolejny element manipulacji, w której już od pewnego czasu uczestniczy również prokuratura.

Prokuratura może nie do końca milczy, bo mjr Marcin Maksjan, komentując te medialne rewelacje, stwierdził, że nowe fragmenty stenogramów z kokpitu Tu-154M obarczone są szeregiem nieścisłości…

– To prawda. Warto jednak zastanowić się nad tym, co w wyniku tych „rewelacji” przedostało się do opinii publicznej. Ponadto rodzi się pytanie: niby jakim sposobem tego rodzaju materiały miały się niby przedostać do dziennikarzy? Przecież prokuratorzy tak bardzo pilnują tajemnicy śledztwa, że nawet na konferencji prasowej nie udostępnili polskim obywatelom kompleksowej opinii. To z kolei uzasadniałoby, że materiały jak te ostatnio opublikowane, jeżeli nawet są w aktach, to są na tyle niewiarygodne, że prokuratura nie przywiązuje do nich wagi. Natomiast tak czy inaczej brakuje jasnego zdecydowanego stanowiska. Na tym właśnie polega manipulacja, zresztą to nie pierwszy przypadek, kiedy prokuratura jednego dnia coś stwierdza, po to, żeby następnego dnia zupełnie bez uzasadnienia się z tego wycofać.

Może Pan to skonkretyzować?

– Podczas jednego z posiedzeń sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka prokuratorzy wojskowi potwierdzili, że badania wykazały obecność materiałów wybuchowych na elementach wraku Tu-154M. Obecny podczas posiedzenia poseł Antoni Macierewicz zwrócił się do prokuratorów, aby jeszcze raz powtórzyli informację. Prokuratorzy, owszem, uczynili to, ale na drugi dzień zwołali konferencję i odwołali to, co wcześniej powiedzieli, zaprzeczając sobie. Tamta sytuacja przekonała mnie o tym, że prokuratura uczestniczy w pewnego rodzaju grze.

Czy można zatem powiedzieć, że „rewelacje”, o których teraz słyszymy, to przeciek tzw. kontrolowany?

– Skłaniałbym się do tego, jakkolwiek żadnych dowodów nie posiadam. Natomiast zadziwiające jest to, że pewne materiały są chronione nawet przed stronami postępowania. Podczas posiedzeń Zespołu Parlamentarnego do spraw Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 r. wielokrotnie słyszałem, jak pokrzywdzeni – rodziny ofiar katastrofy – skarżą się na utrudnienia w zapoznawaniu się z materiałami, a jednocześnie pewne dość sensacyjne materiały trafiają w ręce osób nieuprawnionych. To musi napawać dużą dozą podejrzenia. Trzeba też wiedzieć, że akta śledztwa są potężnych rozmiarów i liczą dziesiątki czy nawet setki tomów. W związku z tym dotarcie do jakiejś opinii, która rzekomo zalega w aktach, jest nie lada sztuką i musi się to wiązać z kwerendą akt. Można zatem domniemywać, że dostęp do tych akt, jaki rzekomo mieli dziennikarze RMF, musiał być nieskrępowany i ktoś musiał im to ułatwić.

Patrząc na to, z czym obecnie mamy do czynienia, można powiedzieć, że rząd w dalszym ciągu manipuluje informacjami w sprawie katastrofy smoleńskiej, grając na emocjach Polaków?

– Przede wszystkim trzeba jasno powiedzieć, że tego typu informacje, jeżeli pojawiają się po upływie 5 lat, kompromitują rządzących. Aż dziw bierze, że 5 lat było zbyt krótkim okresem, żeby w sposób wiarygodny, rzeczowy, konkretny i raz na zawsze odczytać tego rodzaju zapisy. Przecież po katastrofie samolotu niemieckich linii Germanwings we francuskich Alpach czarne skrzynki odczytano i zrelacjonowano w ciągu kilkunastu godzin. Dlaczego zatem w przypadku katastrofy Tu-154M trwa to aż tak długo. Ponadto o ile dobrze pamiętam, do dzisiaj nie odczytano – a przynajmniej nie poinformowano o tym opinii publicznej, zapisów z Jaka-40, który lądował w Smoleńsku przed katastrofą rządowego tupolewa. To wszystko utwierdza mnie w przekonaniu, że jako obywatel jestem poddawany pewnej manipulacji. Pewną wiedzę dozuje się obywatelom na raty w różnym czasie, wypuszcza się informacje nieprawdziwe, które po jakimś czasie są wycofywane.

Czemu to ma służyć?

– Myślę, że jest to element działań, które mają na celu zmęczenie czy znieczulenie Polaków i przygotowywanie ich na to, że w tej sprawie to właściwie już nic nie wiadomo. Niewykluczone też, że za jakiś czas pojawi się kolejna opinia i nowi eksperci, którzy odczytają jeszcze więcej, już nie 30 czy 40 proc., ale może 100 procent.  

Naczelna Prokuratura Wojskowa przedłużyła śledztwo w sprawie katastrofy do października tego roku. Czy jednak można prowadzić śledztwo, a tym bardziej je zakończyć bez głównego dowodu, jakim jest wrak samolotu?

– To zasadnicze pytanie, bo to, z czym dotychczas mamy do czynienia, to jedynie pozorowanie śledztwa. Mało tego, jeżeli ktoś twierdzi, że wrak w ogóle jest nam niepotrzebny, to co można myśleć o śledczych…? Przyznam, że nie słyszałem, żeby był stanowczy wniosek, iż nie można zakończyć śledztwa, bo podstawą do właściwego przebiegu postępowania jest uzyskanie dowodów rzeczowych. Takiego jednoznacznego stanowiska prokuratury, po pierwsze, nie słyszałem, a po drugie nigdy w żadnej nocie dyplomatycznej rządzący Polską nie zwrócili się do strony rosyjskiej o wydanie dowodów rzeczowych. Owszem, opinię publiczną częstowano informacjami w rodzaju, że oto kolejny minister czy prokurator udaje się do Moskwy i przy okazji będzie rozmawiał na temat zwrotu wraku, ale każdy, kto się orientuje w realiach działania dyplomacji i w relacjach międzynarodowych, doskonale wie, że tak się tego typu spraw nie załatwia. W tej kategorii spraw występuje się z oficjalną i zdecydowaną notą dyplomatyczną wyrażoną żądaniem określonego działania ze strony drugiego państwa. Nigdy - i podkreślam to z całą mocą - na przestrzeni pięciu lat od katastrofy taka nota dyplomatyczna i takie stanowisko ze strony polskiego rządu nie zostało przedstawione stronie rosyjskiej. Wręcz przeciwnie, ze strony rządowej płynęły informacje, że dowody rzeczowe są nam już niepotrzebne. Przypomnę tylko stanowisko prezydenta Komorowskiego, który twierdził, że prawda jest boleśnie prosta. W stronę Rosjan ze szczebla prezydenckiego i rządowego płynęły sygnały, że właściwie wrak jest nam niepotrzebny, bo już wszystko wiemy. Tymczasem Rosjanie trzymają wrak tupolewa od pięciu lat i jest on im nadal potrzebny w przeciwieństwie do Polaków.

Holendrzy do wraku samolotu zestrzelonego w ubiegłym roku nad Ukrainą przywiązywali dużą wagę i zadbali o to, żeby sprowadzić go do własnego kraju i poddać drobiazgowym badaniom

– I tak się dzieje na całym świecie. Zawsze po każdej katastrofie zbiera się nawet najdrobniejsze elementy rozbitych samolotów, natomiast w Polsce śledztwo w sprawie katastrofy, w której zginął urzędujący prezydent i wielu wybitnych przedstawicieli państwa, prowadzi się tak, że wrak samolotu jest niepotrzebny. To wskazuje na markowanie prowadzenia śledztwa. Nasi prokuratorzy dysponują jedynie tymi dowodami, które zechcieli im przekazać Rosjanie. O jakości tych materiałów mogą świadczyć kopie nagrań czarnych skrzynek, z których każda różni się od poprzedniej. Zresztą podobnie wyglądały też protokoły z sekcji zwłok ofiar katastrofy. Przecież żaden z tych dokumentów, żaden z tych dowodów nie zasługiwał na jakąkolwiek wiarygodność. Trudno zatem uznać, że strona polska prowadzi śledztwo, że zmierza do wyjaśnienia okoliczności katastrofy. Innymi słowy, polscy prokuratorzy zbierają do akt jedynie to, co prześle im strona rosyjska, i niewiele robią, żeby to zmienić.

Jak odbiera Pan stanowisko Rosjan w sprawie budowy pomnika upamiętniającego ofiary katastrofy Tu-154M pod Smoleńskiem?

– To cyniczna gra. Jak pamiętam, to po katastrofie smoleńskiej ze strony ówczesnego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa były zapewnienia, że pomnik upamiętniający ofiary zostanie zbudowany, że nawet zlecono prace, które podobno są finalizowane. Minęło pięć lat i póki co w dalszym ciągu zgody na budowę pomnika w Smoleńsku ze strony rosyjskiej ciągle nie ma. To pokazuje, jaka jest wiarygodność słów wypowiadanych przez Rosjan, ale też z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Zresztą wielkim błędem Europy Zachodniej było traktowanie Rosji jako państwa demokratycznego, jako partnera do rozmów. Dziś Rosja pokazała swoje prawdziwe oblicze. Szkoda, że tego wszystkiego nie przewidziano albo tylko udawano, że się tego zagrożenia nie dostrzega. To, czym jest Rosja, doskonale dostrzegał już dawno śp. prezydent Lech Kaczyński. Tymczasem niektórzy zaczynają to zauważać dopiero dzisiaj. To pokazuje, czym różni się mąż stanu od innych pomniejszych, którzy tylko mienią się nazywać politykami.

Trudno domagać się decyzji w sprawie pomnika ze strony Rosjan, skoro polskie władze nie chcą przystać na to, żeby u nas, w Warszawie, zbudowano go w miejscu, w którym powinien stanąć…

– Dotyka pan bardzo ważnego tematu, który dotyczy nie tylko tej kwestii, ale również ścisłej współpracy obecnie rządzących w Polsce z Rosją, współpracy, która odbywa się kosztem państwa i Narodu Polskiego. To zaś, co dzieje się wokół katastrofy smoleńskiej, jest tego namacalnym i dobitnym przykładem.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl