logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Bezowocna wizyta

Sobota, 11 kwietnia 2015 (05:20)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, prawnikiem, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Podczas swojego wystąpienia w Radzie Najwyższej Ukrainy Bronisław Komorowski powiedział m.in., że właściwą drogą jest wzajemne wybaczenie i wzajemne pojednanie. Zaiste piękne to słowa, ale czy nie powinny paść z ust prezydenta Ukrainy?

– Oczywiście, że tak. Prezydent Komorowski proszący o wybaczenie w parlamencie ukraińskim to chichot historii. Najwyższy przedstawiciel Narodu, którego kilkaset tysięcy bezbronnych obywateli zostało wymordowanych w sposób bestialski na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, tylko dlatego, że byli Polakami, prosi posłów, w dużej mierze spadkobierców politycznych morderców, którzy zaraz po jego przemówieniu głosują, iż ludobójcy są bohaterami Ukrainy! To nie jest nawet gafa polityczna, to jest świadome wyrzeczenie się przez Komorowskiego tych ofiar w imię czasami nieswoich interesów. Należy tu podkreślić, że Ukraińcy, podejmując taką uchwałę, i to w takim dniu, wykazali się wyjątkowym prostactwem politycznym. Nie dość, że pokazali Polakom, jaki mają stosunek do ich ofiar, to jeszcze upokorzyli prezydenta RP, który im sprzyja. Polityk, który piastuje urząd prezydenta i ubiega się o drugą kadencję, powinien takie rzeczy przewidzieć. Brak tej umiejętności świadczy tylko o krótkowzroczności politycznej.

No właśnie, czy prezydent Komorowski powinien, mówiąc kolokwialnie, pchać się w wewnętrzne sprawy Ukrainy i pouczać w kwestiach gospodarczych, budowania demokracji, skoro po pierwsze wiele z tych spraw jest ciągle nierozwiązanych w Polsce?

– Myślę, że sprawa jest jeszcze bardziej poważna i należy zadać sobie pytanie – czemu miała służyć wizyta Bronisława Komorowskiego na Ukrainie właśnie w tym czasie? Pokazanie, że Polska jest w grze o Ukrainę w sytuacji wykluczenia nas ze wszystkich poważnych rozmów międzynarodowych, jakie ostatnio odbywały się w sprawie tego państwa? To jest przecież nic innego jak wciskanie się nieproszonym do stołu. Sama obietnica wsparcia Ukrainy kwotą 100 milionów euro, nieistotną z punktu widzenia problemów Kijowa wygląda na gratyfikację za organizację, za umożliwienie prezydentowi tej wizyty. Tym bardziej jest to kompromitujące, iż odbywa się półtora miesiąca przed wyborami prezydenckimi w Polsce. Jesteśmy też w okresie czekających nas rozstrzygnięć na wschodniej Ukrainie. Takie działania, które prowokują Rosję w obecnej sytuacji, są dalece nieodpowiedzialne. Tym bardziej że nie stać na nie nawet przywódców mocniejszych od nas Niemiec czy Francji. Pytanie tylko, kto Komorowskiego w to popycha?

Czy takie wizyty europejskich polityków jak ta Komorowskiego na Ukrainie robią jakiekolwiek wrażenie na Władimirze Putinie?

– Moim zdaniem Putin odbiera je jako żenującą demonstrację państwa, które w obecnej chwili nie dysponuje nawet odpowiednim potencjałem militarnym. Polska powinna stanąć w tej rozgrywce za Stanami Zjednoczonymi, Francją i Niemcami, a nie sama pchać się na czoło tej grupy, prowokując Moskwę. Myślę, że Rosjanie, wysyłając do Polski rajd motocyklowy „Nocnych wilków” – członków ulubionego gangu motocyklowego Władimira Putina, adekwatnie odpowiedzieli prowokacją. Problem tylko w tym, czy można to traktować na równi z wizytą Komorowskiego na Ukrainie.

Komorowski w Kijowie zadeklarował, że Polska nie uchylałaby się od uczestnictwa w ewentualnej operacji pokojowej ONZ na Ukrainie. Jaka może być cena tak jednoznacznego stanowiska polskich władz?

– Pytanie tylko, czy te ewentualne siły pokojowe sprowokowane przez separatystów, czy Rosjan nie staną się stroną bezpośrednich starć. Tak czy inaczej deklaracja prezydenta Komorowskiego jest to bardzo nieodpowiedzialna. Od takich prowokacji polsko-rosyjskich w Donbasie już blisko do ewentualnych starć w rejonie Królewca. Te deklaracje pokazują, jakim zapleczem eksperckim dysponuje obecny prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Warto też wziąć pod uwagę, że Rosja jako członek ONZ ma prawo weta i może skutecznie zablokować te plany.

Ważna we wzajemnych relacjach polsko-ukraińskich jest przeszłość, ale ta kwestia nie została podjęta w przemówieniu prezydenta RP. Była to doskonała okazja na załatwienie kwestii chociażby upamiętnień zbrodni dokonanych na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów czy zwrotu polskich świątyń?

– Poruszył pan bardzo ważną kwestię. Na Ukrainie jest upamiętnionych tylko kilka procent miejsc ofiar ludobójstwa Polaków. Kwestia nieruchomości rzymskokatolickich, szkolnictwa naszych rodaków została pominięta. I tak jest od lat. Węgrzy mówią i żądają rozwiązania tych spraw na szczeblu rządowym, a my…? Dlatego z punktu widzenia polskiej racji stanu ta wizyta jest zupełnie bezowocna. Głowa państwa powinna pojechać na Ukrainę nie z czymś, a po coś. Tym czymś mogło być otwarcie Domu Polskiego we Lwowie, podpisanie ważnych, strategicznych dla naszej gospodarki umów, deklaracje zmiany polityki historycznej Ukrainy czy też wybór przez to państwo naszego kraju na partnera strategicznego. Nic z tych rzeczy podczas wizyty prezydenta Komorowskiego nie zaistniało. Media nagłośniły, że sekretarz Rady Bezpieczeństwa Ukrainy Ołeksandr Turczynow ogłosił projekt strategii bezpieczeństwa narodowego Ukrainy. To w tym dokumencie partnerem strategicznym są sceptyczne wobec Ukrainy Niemcy i Francja, ale nie Polska. Można zatem śmiało powiedzieć, że w dniu wizyty Komorowskiego a Ukrainie zaszły dwa fakty upokarzające Polskę, czyli uznanie UPA za organizację kombatancką i marginalizacja Polski w strategii bezpieczeństwa. Zważając na rangę tej wizyty – zachowanie gospodarza, który w taki sposób traktuje gościa, jest niebywałe w polityce europejskiej.

Komorowski powiedział, że Ukraińcy, którzy giną na Wschodzie, bronią także Europy. Podziela Pan ten pogląd?

– Pytanie tylko, przed kim bronią…? Przed separatystami, którzy mają inną wizję swojej pozycji w państwie ukraińskim? Przecież nie przed Rosją, która ma obecnie taki potencjał, że wojska ukraińskie nie są dla nich żadną istotną barierą. Kto w Europie ma podobne zdanie – Niemcy, Czesi, Węgrzy, Francuzi? Takie stwierdzenie prezydenta Komorowskiego jest nie tylko niepoważne, ale jest nadużyciem. Żołnierze ukraińscy na wschodzie kraju walczą w wojnie domowej z kilkumilionową grupą rosyjskich Ukraińców wspieranych przez Rosję, którzy uważają, że rok temu w ich kraju doszło do zamachu konstytucyjnego i nie uznają obecnych władz Ukrainy. To jest głównie problem wewnętrzny tego państwa. Na Krymie nawet nikt nie walczył. Na 20 tysięcy żołnierzy ukraińskich obecnych na półwyspie tylko 10 proc. zgłosiło się do armii ukraińskiej.

W 75. rocznicę zbrodni katyńskiej prezydent Komorowski odwiedził też cmentarz w Bykowni. Jednocześnie pojawiają się opinie, że coraz trudniej będzie przedstawicielom polskich władz odwiedzać miejsca radzieckich zbrodni na terenie Rosji w Katyniu czy Miednoje…?

– W obecnej sytuacji tak. Nie ulega wątpliwości, iż obecnie nie tylko Polska prowokuję Rosję, ale także Rosja chce Polskę upokorzyć. Jest to efekt wzajemnego zaangażowania w sprawy Ukrainy. Mam nadzieję, że polscy politycy w końcu zrozumieją, iż bez wzajemności ze strony Ukrainy nie warto ryzykować bezpieczeństwem Polaków. Jeżeli Kijów, będąc w tragicznym położeniu, poniża partnera, który ponosi ogromne koszty pomocy i angażowania się po jego stronie, to czego można się spodziewać, kiedy sytuacja na Ukrainie się ustabilizuje, a przy władzy pozostaną obecne elity tego państwa?

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 2 maja 2015 (20:48)

NaszDziennik.pl