logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Ideologiczny kurs prezydenta

Poniedziałek, 13 kwietnia 2015 (05:00)

Aktualizacja: Poniedziałek, 13 kwietnia 2015 (06:23)

Z dr. Marcinem Zarzeckim, socjologiem polityki, rozmawia Paulina Gajkowska i Mariusz Kamieniecki

Deklaracje popierające in vitro, pozytywne wypowiedzi na temat ideologii gender i wreszcie podpisanie ustawy wyrażającej zgodę na ratyfikację konwencji przemocowej. Działania Bronisława Komorowskiego to tylko puszczanie oka do lewicowego elektoratu obliczone na wzrost poparcia czy konsekwentna polityka i wyraz lewicowego rysu tej prezydentury?

 

– O konsekwencji u obecnego prezydenta zarówno w zakresie polityki, jak i kampanii prezydenckiej nie możemy mówić. Przez całą kadencję nie udało mu się stworzyć jednolitego obrazu, jednocześnie deklarując przeciwstawne opinie, wzajemnie sobie przeczące…

 

 „Jestem za życiem, więc jestem za in vitro”…

– Ostatnie deklaracje i działania prezydenta w kwestiach, które w dyskursie politycznym postrzegane są jako kontrowersyjne, pokazują raczej słabość i bezradność wobec rosnącego poparcia Andrzeja Dudy. Proszę zauważyć, że przez długi czas analitycy i obserwatorzy sceny politycznej podkreślali, że Bronisław Komorowski nie ma prawdziwego kontrkandydata. Również działania sztabu wyborczego prezydenta szły w tym kierunku. W momencie, kiedy poparcie dla kandydata PiS zaczęło rosnąć, apatyczny styl kampanii próbuje się gorączkowo zmienić na aktywny. Do tej pory w sztabie Bronisława Komorowskiego było przekonanie o wygranej przy wykorzystaniu klasycznych technik marketingowych. Okazuje się jednak, że ta apatia nie wystarczy. Stąd wzmożona działalność prezydenta i wysyp kontrowersyjnych deklaracji. Bronisław Komorowski próbuje po prostu wzmocnić i ukonstytuować swój wizerunek. Polaryzacja poglądów czy opinii służyć ma właśnie temu.

 

O ewentualnym odbiorze elektoratu lewicy raczej nie może być mowy?

 

– Bronisław Komorowski, poza Andrzejem Dudą, nie ma realnego kontrkandydata. Myślę, że ostatnie wypowiedzi prezydenta i jego decyzja o podpisaniu ustawy w sprawie konwencji przemocowej może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego przez jego sztab, czyli raczej spadek w sondażach. Poza tym na pewno możemy spodziewać się polaryzacji dyskursu politycznego i debaty pomiędzy głównymi kandydatami. Jednak uważam, że już za późno na zmianę stylu. To znaczy z polityka o bardzo nikłej wyrazistości nie uda się Bronisławowi Komorowskiemu z dnia na dzień zmienić wizerunku. Podsumowując: nie sądzę, aby ostatnie kroki miały przynieść wzrost poparcia, nawet jeśli na taki efekt są policzone liberalne deklaracje w kwestiach światopoglądowych. Nie widzę również segmentu wyborców, którzy mieliby zostać „przejęci” dzięki tej retoryce prezydenta.

 

Bronisław Komorowski pokazał niejednokrotnie, że nie jest kandydatem apolitycznym, ani tym bardziej apartyjnym prezydentem. Również w ostatnim czasie widać skutki światopoglądowej ofensywy obecnego rządu…

 

– Nie sądzę, aby nawet wyborcy Platformy byli tak naiwni, aby wierzyć w apolityczność Bronisława Komorowskiego. Oczywiste jest, że prezydent popiera większość projektów rządowych. Niezmiennie jest politykiem o zapleczu z Platformy Obywatelskiej, mówiącym również językiem tej partii.

W jednych z ostatnich badań przeprowadzonych przez CBOS prezydent Komorowski cieszy się sympatią 62 proc. ankietowanych, zaś Andrzej Duda 29 proc. Z czego to wynika?

– W Polsce wizerunek prezydenta rysuje się inaczej niż w innych krajach. Głowie państwa przypisywane są pewne przymioty, do których nie należy np. zdolność do merytorycznych rozstrzygnięć poszczególnych kwestii politycznych. Prezydent powinien dysponować doświadczeniem politycznym, stąd młodszym kandydatom jest trudniej zyskać zaufanie elektoratu wyborców niż doświadczonemu politykowi. W Polsce przypisuje się prezydentowi określone cechy charakterologiczno-osobowościowe. Należą do nich przede wszystkim poziom stabilności emocjonalnej, do której należy nawet i ułuda określonego typu, pod którą kryje się dążenie do konsensusu, zapewnienia bezpieczeństwa, stabilizacji, pewnego status quo na scenie politycznej.

Jak w tych kryteriach mieści się Bronisław Komorowski?    

– Prezydent Komorowski przez swoich specjalistów od wizerunku politycznego jest przedstawiany jako osoba, która nie wprowadzi żadnych zmian. Tym samym ludzie, bojąc się zmian, gotowi są zgodzić się na określone status quo. Być może jest to wynikiem gwałtownej zmiany, jaka nastąpiła w wyniku transformacji systemowej. Struktury: społeczna, polityczna, ekonomiczna zmienione w wyniku przejścia z gospodarki centralnie planowanej do gospodarki wolnorynkowej nagle się rozpadły. Zanim ukonstytuowały się nowe, mieliśmy do czynienia z patologiami. Efektem jest o wiele mniejszy wskaźnik akceptacji dążenia do zmian, podejmowania ryzyka wynikającego właśnie z braku akceptacji zmian. Stąd eksperci od wizerunku politycznego Bronisława Komorowskiego usiłują zamaskować indolencję swojego pryncypała w zakresie m.in. działań na arenie międzynarodowej, brak autorytetu charyzmatycznego polityka czy w ogóle przywódcy postrzeganego jako ten, który ma jakąkolwiek polityczną wizję rozwoju kraju. To wszystko sprawia, że Bronisław Komorowski rysuje się jako polityk w pewnym stopniu gwarantujący poczucie bezpieczeństwa, który przynajmniej na poziomie werbalnym będzie uchodził za polityka ponadpartyjnego. Z tego wynika utrzymywanie przewagi Bronisława Komorowskiego nad pozostałymi kandydatami.

No właśnie, a pozostali kandydaci…?

– Doktor Andrzej Duda jest osobą młodą, która na scenie politycznej nie była wcześniej nadmiernie rozpoznawana. Tym bardziej docenić należy to, że do swojej wizji Polski, do swojego programu potrafi przekonać tak dużą grupę wyborców. Zobaczymy, jak rozłożą się głosy, być może będziemy mieli do czynienia z drugą turą wyborów, ale to zależy od wielu czynników. Przede wszystkim od tego, jak się rozłoży poparcie dla pozostałych kandydatów. Mam na myśli bardzo przypadkową kandydaturę Magdaleny Ogórek, nieprzemyślaną i świadczącą o bezradności SLD. Zupełnie absurdalną kandydaturę PSL Adama Jarubasa, który jest osobą skrajnie rozpoznawalną, która w badaniach demoskopowych w ogóle nie funkcjonuje w świadomości Polaków jako konkurent dla kogokolwiek.  

Czy ta sympatia automatycznie przekłada się na poparcie dla kandydata, bo np. prezydent Komorowski w sondażach poparcia ostatnio stracił 6 proc.?

– Jeżeli ten spadek utrzymywałby się przez kilka pomiarów z rzędu, to można mówić, że mamy do czynienia z tendencją czy utrzymywaniem się trendu spadkowego. Natomiast jeżeli w badaniach obserwujemy skoki, to są one naturalnymi elementami kampanii, gdzie ludzie reagują na różne czynniki za lub przeciw. Jednak to wszystko w niewielkim stopniu przekłada się na ostateczny wynik końcowy. Natomiast w większym stopniu ma wpływ to, co nazywamy stałym trendem. Na notowania kandydatów duży wpływ ma także poparcie dla partii, z których się wywodzą kandydaci. Nie ma żadnego, który nie dysponowałby określonym zapleczem partyjnym. Zresztą sama kampania oparta jest na strukturach partyjnych, które wzmacniają możliwość sukcesu elektoralnego. Im bardziej kandydaci są utożsamiani z poszczególnymi partiami politycznymi, w tym większym stopniu akceptacja dla partii politycznych przekłada się na ich poparcie. W większości partie mają stałe, trwałe elektoraty, jak np. Prawo i Sprawiedliwość.

Czy to dobrze, czy źle…?    

– Można powiedzieć, że z jednej strony to dobrze, a z drugiej źle. Dobrze, bo podczas kolejnych wyborów PiS uzyskuje mniej więcej stałe poparcie. Źle, bo przez ten sztywny elektorat trudno jest pozyskać nowe kategorie wyborców. Natomiast Platforma Obywatelska ma częściowo sztywny elektorat, ale w dużej mierze także tzw. płynny, a więc taki, który prowadzi do przepływów elektoralnych między partiami. Przy czym w przypadku PO nie jest to przejście do konkretnej partii, tylko przejście i zasilenie grupy indyferentnych, czyli obojętnych politycznie wyborców urażonych czy zrażonych działaniami PO. Można zatem powiedzieć, że im bardziej danego kandydata utożsamia się z konkretną partią polityczną, tym bardziej notowania tej partii prowadzą do zwiększenia lub spadku zaufania względem danego kandydata.

Czy w świetle tego, co Pan mówi, może to mieć swoje negatywne konsekwencje wobec Bronisława Komorowskiego?

– PO wykonała bardzo dobrą robotę w zakresie public relations. Jest to partia, która źle rządzi, natomiast dobrze te złe czy nieudolne rządy maskuje. Inwestuje w profesjonalne instytucje i w public relations, które potrafią ten pozytywny wizerunek utrzymywać w miarę na jednakowym poziomie. Ponadto przez ostatnie lata próbowano przekonać Polaków – co częściowo jak widać się udało, że Bronisław Komorowski jest apolityczny. Część osób uwierzyła w to, nie próbując nawet weryfikować prezydenta na podstawie jego działań na rzecz PO, którą ewidentnie popierał. Widząc, że te działania propagandowe przynoszą efekt, PO stara się podtrzymywać fałszywą wizję Bronisława Komorowskiego jako polityka ponad podziałami. I zawsze się znajdzie wbrew pozorom wcale niemała grupka wyborców, którzy będą się kurczowo trzymali wiary w to przekonanie. Owszem wraz ze spadkiem zaufania do PO widzimy spadek zaufania także dla prezydenta Komorowskiego, zwłaszcza gdy widzimy coraz więcej jego wpadek. Nie jest to jednak aż tak mocno widoczne, jak byłoby, gdyby nie lata intensywnej pracy specjalistów z zakresu wizerunku i działań marketingowych. Ci ludzie próbują przekonywać Polaków, że mają do czynienia z prezydentem apolitycznym.

Zgodzi się Pan z tezą, że im dłuższa kampania, tym notowania obecnego prezydenta będą coraz słabsze?

– Pozostali kandydaci to osoby, które wcześniej nie funkcjonowały zbyt długo w polityce, czego najlepszym przykładem jest Magdalena Ogórek. Dlatego im dłuższa kampania, tym większe szanse zaprezentowania się kontrkandydatów Bronisława Komorowskiego, tym większa możliwość prowadzenia gry marketingowej, tym większa sposobność dotarcia pod strzechy Polaków poprzez bezpośrednie spotkania, objazdy autobusami miast, miasteczek i wsi. Tym większa też możliwość przekonywania do siebie różnych grup środowiskowych, zawodowych, zaprezentowania swojego programu i wdzierania się w percepcję Polaków, uobecnianie się na scenie politycznej, bo tego tak naprawdę brakuje kontrkandydatom prezydenta Komorowskiego. Chodzi o to, żeby pretendenci do urzędu prezydenta RP byli identyfikowani jako doświadczeni politycy, którym można zaufać. Jest to zatem gra o zaufanie, bo zaufania nie buduje się ad hoc. To zaś wymaga czasu, zbudowania relacji, czego niestety brakuje kontrkandydatom Komorowskiego. Im dłuższy czas ich funkcjonowania na scenie politycznej, tym większa jest ich rozpoznawalność. Z kolei w przypadku Bronisława Komorowskiego widać, że pewnych wpadek czy braków, które wcześniej maskowano, dziś, kiedy prezydent jest w samym centrum zdarzeń kampanii, nie daje się już ukryć. Im więcej takich rzeczy, które kolidują z wizją, jaką mają Polacy co do urzędu prezydenta, jak np. to, że Komorowski nie ma żadnych zdolności przywódczych, to tym lepiej dla jego kontrkandydatów. To wynik także zbytniej pewności czy wręcz zadufania sztabowców Bronisława Komorowskiego, którzy byli przekonani, że wygraną mają w kieszeni. Stąd źle wystartowana kampania i chaotyczne działania zwłaszcza na początku. Sztabowcy obecnego prezydenta swoimi błędami dodatkowo osłabili i tak słabego Bronisława Komorowskiego względem jego kontrkandydatów.

Dziękuję za rozmowę.

NaszDziennik.pl