Jaki stosunek ma Pan do pomysłu Komisji Europejskiej o rozmieszczaniu w krajach UE nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki?
– Najpierw szeroko zaproszono imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu do Unii Europejskiej, potem bagatelizowano proceder nielegalnej emigracji, a teraz okazuje się, że Unii nie stać na utrzymanie tak wielkiej liczby imigrantów, którzy chcą zaczynać swoje życie od nowa. Tę politykę zaczęto bez Polski, ale teraz Komisja Europejska chce nas obciążyć kosztami tej polityki. I to bez pytania o zdanie. To jest dowód na to, że Polska jest coraz mniej suwerenna.
Pracujemy nad programem przyjęcia nielegalnych imigrantów, a ciągle nierozwiązana pozostaje kwestia powrotu repatriantów. W dobrej kolejności rząd podchodzi do obu problemów?
– Mówi się stale o potrzebie jedności i solidarności wśród krajów UE. Tylko że coraz częściej tę jedność i solidarność musi finansować polskich rząd. Mamy opłacać obszar, który do tej pory był naszym problemem w bardzo ograniczonym zakresie. Na wiele kwestii do tej pory brakowało środków, rząd zasłaniał się kryzysem, a kolejne wydatki narzucone nam przez Unię oddalą perspektywę inwestowania w polskie rodziny, w tym w powrót do Polski repatriantów ze Wschodu, którzy od wielu lat chcą wrócić do kraju swoich przodków, by wrócić do siebie.
Ilu Polaków ze Wschodu oczekuje na powrót do kraju?
– Do aplikacji „Baza Rodak” tylko z Kazachstanu zapisało się ok. 15 tys. rodzin. Z tej grupy do Polski trafia średnio 15 rodzin rocznie. Rząd mówi o źle skonstruowanym prawie i braku zainteresowania repatriantami przez gminy, ale zarazem rząd negatywnie opiniuje i blokuje te projekty ustaw, które mają sytuację poprawić, mają mały strumyk rozlać w szeroką rzekę repatriacji.
Wiadomo już, ilu z nich znajdzie dom w Polsce jeszcze w tym roku?
– Wszystko zależy od tego, czy samorządy zaplanowały takie wydatki w budżetach wraz z dotacją rządową. Ale biorąc pod uwagę, jak rząd „umywa ręce” od sprawy repatriacji, nie należy się spodziewać, że w tym roku repatriacja obejmie ok. 20 polskich rodzin.
Na terenie całego kraju organizowane są pikiety pod hasłem: „Chcemy repatrianta, nie imigranta!”. Dlaczego to społeczeństwo wykazuje się większą niż rząd troską o los naszych rodaków?
– Wielu Polaków czuje naturalną więź ze swoimi rodakami z Kresów i z odległych terenów zesłań. Jest to często jedność wspólnoty, ducha, ale także losów i krwi. Można powiedzieć, że w tym rządzie nie ma ducha polskiego, nie ma takiego moralnego samozobowiązania do przeprowadzenia masowej repatriacji, nie ma jedności narodowej, tylko dzielenie na Polaków gorszych i lepszych. Jeżeli rząd takiego planu przed sobą nie postawi, odpowiednich środków nie zabezpieczy w budżecie, to go po prostu nie zrealizuje, bo zawsze coś okaże się pilniejsze lub ważniejsze.
Jest Pan zaskoczony tym, że to głównie młodzi ludzie walczą o powrót Polaków do Ojczyzny?
– To świadczy zarówno o ich patriotyzmie, jak i instynkcie samozachowawczym. Doskonale znają losy swoich przodków, czują naturalną wdzięczność za ich poświęcenie, ale znają też wartość każdej polskiej rodziny, szczególnie gdy jest kryzys demograficzny. Uważają również, że Polska powinna najpierw zadbać o los repatriantów, a dopiero w drugiej kolejności spłacać zobowiązania wobec krajów Europy Południowej i Zachodniej. Repatrianci na powrót do kraju czekają już często przez kolejne pokolenia i w wielu przypadkach przestają wierzyć, że Polska ich w ogóle chce. Musimy przywrócić wiarę repatriantów w Polskę jako ich prawowierną Ojczyznę.

