Na ile nowy wizerunek Bronisława Komorowskiego, jaki stworzył sztab Platformy Obywatelskiej, jest autentyczny i czy jest to wizerunek wiarygodny?
– Dla zwolenników Bronisława Komorowskiego ten wizerunek jest dowodem przebudzenia, że kandydat może, potrafi, że jest w stanie. Z kolei dla zwolenników Andrzeja Dudy nowy Komorowski jest sztuczny, fikcyjny, a ten jego nowy obraz jest krzykiem rozpaczy. Każda ze stron kiedy analizuje wizerunek Bronisława Komorowskiego, widzi swoje racje i z politologicznego punktu widzenia jest to pewna prawidłowość, a politycy oceniają to każdy wedle własnych potrzeb.
Patrząc na zachowanie prezydenta Komorowskiego podczas niedzielnej debaty, nasuwa się pytanie, czego przejawem jest nadmierna ruchliwość i agresja słowna?
– Jest to element, którego nie dało się ukryć. Prezydent Komorowski był wyraźnie pobudzony, co wyrażał zwłaszcza głosem i pewną formą zniecierpliwienia. Wyglądało to tak, jakby chciał szybko nadrobić coś, co utracił, i ma świadomość, że ma na to niewiele czasu. Mieliśmy zatem do czynienia z czymś w rodzaju politycznego zespołu ADHD w wydaniu prezydenta Komorowskiego. Wyglądało to bardzo nienaturalnie, ale miało stworzyć obraz żywotnego kandydata, który choć starszy, może dorównać swojemu młodszemu konkurentowi. Tak czy inaczej było to nienaturalne i przeczyło temu, jakim na co dzień człowiekiem jest Komorowski, którego gawędziarski styl wypowiedzi i zachowania wszyscy zdążyliśmy poznać.
Czy ten nowy, nienaturalny, wręcz sztuczny wizerunek stworzony w momencie, kiedy widmo porażki coraz bardziej zagląda w oczy, jest do przyjęcia przez społeczeństwo?
– Nie teraz i nie w tym momencie. Gdyby takie zabiegi zostały podjęte cztery miesiące wcześniej, to powiedziałbym, że może być ciekawie. Tymczasem po przespanych pięciu latach wizerunek żywotnego, przebudzonego prezydenta stworzony na tydzień przed wyborami jest zwyczajnie nienaturalny, sztuczny, niespójny, żeby nie powiedzieć wręcz kłamliwy. Pozostało kilka dni i w tym czasie nie da się dokonać czegoś, co wyborcy kupią. W mojej ocenie, jeżeli frekwencja w niedzielę przekroczy 40 proc., to będzie to bardzo dobry wynik.
Z czego wynika to Pana przekonanie o tak niskiej frekwencji?
– Już pierwsza tura pokazała, że zainteresowanie wyborami jest mniejsze, niż bywało to wcześniej. Wielu moich znajomych, rozmówców deklaruje, że nie pójdzie w niedzielę do urn. Nie chcą mieć nic wspólnego z tym, co zobaczyli podczas niedzielnej debaty. Ludzie, którzy wcześniej głosowali na Bronisława Komorowskiego, czują się zawstydzeni, zawiedzeni i rozczarowani. Nie da się ukryć, że wbrew temu, co usiłuje się wmówić Polakom, była to porażka urzędującego prezydenta. Człowiek, który przez ostatnie pięć lat piastował najwyższy urząd w państwie, powinien być prymusem i błyszczeć, a kontrkandydat powinien próbować do niego dorównać. Tymczasem było zupełnie na odwrót. Bronisław Komorowski przez pięć lat był lewusem, używając szkolnego słownictwa, nie odrobił pracy domowej i właściwie się prześliznął przez tę pięciolatkę sprytnie schowany w Pałacu Prezydenckim. Również sondaże poparcia zostały fikcyjnie dopompowane do 75 proc. Wystarczyło jednak wypuścić prezydenta Komorowskiego w Polskę, pozwolić mu rozmawiać z ludźmi, postawić w świetle kamer i szybko okazało się, że „król jest nagi”, że z tych 75 proc. poparcia raptem zostało 30. Zaprzepaścić taki kapitał to sztuka. To tylko pokazuje, że Bronisław Komorowski nie jest sprawnym politykiem, a tym bardziej prezydentem.
Im mniejsza frekwencja, tym większe szanse na zwycięstwo ma Andrzej Duda?
– Myślę, że w każdym wariancie, czy frekwencja będzie wysoka, czy niska, Andrzej Duda ma duże szanse na wygraną. Natomiast w interesie Polski jest, aby nowy prezydent był wybrany jak największą liczbą głosów, co da mu mandat do sprawowania władzy, mandat do podejmowania zmian i reprezentowania Polaków. Im wyższa frekwencja, tym większy kapitał przyszłego prezydenta i ważny argument w dyskusji z opozycją.
Czy PiS nie za bardzo nastawiło się na spokojną, merytoryczną debatę, tymczasem sztab Komorowskiego podobnie jak przed laty sztab Donalda Tuska poszedł w stronę „haków”?
– Tak naprawdę cokolwiek podczas tej debaty nie zrobiłby Andrzej Duda, to dla Platformy Obywatelskiej i tak byłoby źle. Warto też pamiętać, że była to pierwsza z dwóch debat. Cała kampania to ogromny wysiłek fizyczny i intelektualny i siły należy racjonalnie rozłożyć. Nie można też pozwolić, żeby powietrze zeszło zbyt szybko. W mojej ocenie, dzisiaj tylko faule mogą uratować Bronisława Komorowskiego przed wygraną Andrzeja Dudy. Komorowski już zaczął faulować, co było widać w niedzielnej debacie. Od sztabu Andrzeja Dudy oczekiwałbym, że wszystkie faule Komorowskiego zostaną wypunktowane i pojawią się w przestrzeni medialnej, również internetowej. W najbliższej debacie Andrzej Duda, korzystając z przysługującego mu czasu, powinien wytknąć Komorowskiemu jego kłamstwa.
Czy ten kontratak nie powinien był nastąpić już wówczas?
– Proszę zwrócić uwagę, że te ataki były czynione przez Komorowskiego z premedytacją i wrzucane pod koniec czasu. Andrzej Duda był elegancki, nie chciał przerywać i łamać zasad debaty ustalonych wcześniej przez sztaby. Weźmy chociażby kwestię blokowania etatu na uczelni, co mógł powiedzieć Duda, skoro nie zostało złamane prawo. Jednocześnie jak można mówić o blokowaniu etatu kogoś, kto jako wybrany na posła jest oddelegowany z uczelni, a na jego miejscu pracują inne osoby. Skoro jednak idziemy już tą drogą, to warto zapytać, jak ma się do tego etat Hanny Gronkiewicz-Waltz, która jest prezydentem Warszawy, a jednocześnie pracownikiem akademickim. Pytanie brzmi: ile godzin ma doba Hanny Gronkiewicz-Waltz i w jakich godzinach jest ona prezydentem Warszawy, a w jakich jest panią profesor i wykładowcą akademickim. Być może pensja prezydenta Warszawy jest za niska, że musi dorabiać sobie na uczelni. Czy ten przypadek nie jest zabieraniem pracy innym, czy blokowaniem komuś etatu? Myślę, że dobrze byłoby, żeby sztab Andrzeja Dudy sporządził listę posłów, którzy w ten sposób funkcjonują, i poinformował Polaków, jak faktycznie wygląda kradzież etatów. Skoro szuka się bałaganu w czyimś ogródku, to może warto zastanowić się, czy u mnie wszystko jest w porządku. Mam na myśli doradcę prezydenta Komorowskiego prof. Tomasza Nałęcza, który też jest pracownikiem naukowym uniwersytetu. Jeżeli chodzi o inne kwestie, to myślę, że Andrzej Duda nie chciał ich poruszać, bo była to debata prezydencka, a nie publiczny rachunek sumienia. To nie miejsce ani czas.
Widać jednak Komorowskiemu, którego interesowała jałowa, a nie merytoryczna dyskusja, jakoś to nie przeszkadzało…
– Komorowski nie mógł mówić o pięciu latach prezydentury, gdzie był niewidoczny. Nie współpracował z Trybunałem Konstytucyjnym. Jego kontakt ze społeczeństwem był zerowy. Jego wysłuchanie inicjatyw społecznych też było zerowe. Co wobec tego miał zrobić prezydent, który społeczeństwu nie ma nic do powiedzenia? Nic zatem dziwnego, że prowadził jałową dyskusję i mówił o ostatnich tygodniach. Dlatego mieliśmy do czynienia z pozorowaniem ruchów, prowokacjami, zagrywkami PR-owskimi i biciem piany – czymś, co sprawiło, że ranga tej debaty mimo dużej oglądalności była niska.
Prezydent zarzucił Andrzejowi Dudzie, że kiedy on zostanie prezydentem, to inwestorzy zagraniczni będą uciekać z Polski…
– To kolejny nonsens. Przecież to za rządów PO przy wsparciu prezydenta Komorowskiego polska gospodarka legła w gruzach, czego przykładem jest np. przemysł stoczniowy zredukowany do zera czy przemysł ciężki. To, co się nie opłaca w Polsce, opłaca się w innych krajach, jak chociażby we Francji, gdzie są produkowane statki, gdzie huty pracują. Kolejna kwestia dotyczy wykupu polskiej ziemi. Za rok pojawi się wolny obrót ziemią i istnieje poważne ryzyko, że polska ziemia będzie wykupywana przez obcych inwestorów, obcy kapitał. Jest to poważny problem, o którym obecny prezydent nawet się nie zająknął. Sprawa jest istotna, bo dotyczy tego, ile Polski będzie w rękach Polaków za 20 czy więcej lat. Dziś wcale nie trzeba czołgów czy rakiet, żeby stracić niepodległość. Tym bardziej interesy Polski powinny być bronione należycie. Te rzeczy trzeba nazwać po imieniu i sądzę, że te obszary, które są polską racją stanu, zostaną uruchomione w kolejnej debacie. Problem w tym, że Bronisław Komorowski co udowodnił przez ostanie pięć lat, nie jest partnerem do dyskusji, bo jako prezydent nie zrealizował tych podstawowych kwestii.

