Kierownictwo Airbus Helicopters poinformowało, że koncern przystępuje do budowy nowego śmigłowca, który zastąpi caracale. Zatem po co nam konstrukcja, od której się odchodzi?
– Z pewnością nie jest to pytanie do mnie, bo ja i moi koledzy od początku wskazywaliśmy, że śmigłowiec Caracal to przestarzała konstrukcja. Należałoby zapytać tych, którzy podejmowali decyzję o wyborze tego sprzętu. Myślę, że związkowcy francuscy, pracownicy Airbusa cieszą się i mają z czego, bo polskie MON zabezpiecza im pracę i ratuje program Caracal, który jak widać umiera. Nam ten śmigłowiec nie jest do niczego potrzebny, mamy znacznie lepsze, nowocześniejsze i – co ważne – produkowane u nas, w Polsce, przez polskich pracowników.
Pana zdaniem MON, stawiając na caracala, nie wiedział, że producent chce zrezygnować z tej konstrukcji?
– Dla mnie nie ulega wątpliwości, że MON i osoby, które decydowały o tym wyborze, doskonale wiedziały, z jakim sprzętem mają do czynienia. Skoro my, pracownicy, i niezależni eksperci, którzy nawiasem mówiąc nie zostali dopuszczeni do udziału w testach technicznych caracala, mówimy otwarcie o brakach francuskiego śmigłowca, to tym bardziej taką wiedzę powinni posiadać wojskowi specjaliści z MON. Zresztą nie ma to większego znaczenia, bo wiedzieli czy nie, to i tak ten wybór świadczy o ich wątpliwych kompetencjach. Dla mnie cała gra związana z tym przetargiem nie jest jasna.
Co ma Pan konkretnie na myśli?
– Sama procedura przetargowa została tak skonstruowana, żeby już na starcie, zanim oferty zostaną porównane, wyeliminować oferty Świdnika – AW-149 i Mielca – Black Hawka. W tej sytuacji jedynym możliwym rozwiązaniem była wygrana śmigłowców Caracal. Zresztą tylko w takim wariancie oferta Francuzów mogła mieć szanse na wygraną. Zrobiono zatem wszystko, żeby tak się stało. Gdyby doszło do porównania ofert, parametrów i osiągów czy chociażby kosztów eksploatacji, co też nie jest bez znaczenia, to w równej walce caracal nie wygrałby tej rywalizacji.
Czy fakt rezygnacji z realizacji programu Caracal przez Airbusa może mieć jeszcze wpływ na wynik tego przetargu?
– W mojej ocenie, piłka jest wciąż w grze. Z naszej strony, ze strony związków zawodowych będziemy nagłaśniać całą tę sprawę w środkach społecznego przekazu. Ponieważ zwracając się do MON z konkretnymi argumentami, odbijamy się jak od ściany, w tej sytuacji będziemy chcieli jeszcze porozmawiać z resortem gospodarki, który będzie negocjował umowę offsetową. Będziemy się starali przekonać o czymś, co jest oczywistością, że umowa (jaka by ona nie była) i zakup sprzętu, który wypada z gry, jest błędem, który może nas drogo kosztować. W przypadku PZL Świdnik został wydany komunikat, który jest reakcją naszego kierownictwa na słowa prezesa Airbus Helicopters, który – przypomnę – zarzucał, że AW-149 jest 10-letnią przestarzałą konstrukcją, co oczywiście jest nieprawdą. Wobec ostatnich doniesień, że Airbus będzie wprowadzał do służby nową maszynę, która będzie następcą blisko 60-letniego caracala, tamte zarzuty są co najmniej śmieszne. Ponadto zarząd PZL Świdnik złożył pozew do Sądu Okręgowego w Warszawie z powództwem dotyczącym przerwania i unieważnienia procedury przetargowej bez wyboru oferty.
Kto powinien się jeszcze zaangażować, aby pomóc w wyjaśnieniu wszystkich wątpliwości dotyczących wyboru śmigłowca dla polskiego wojska?
– Bardzo liczymy na parlamentarzystów, zwłaszcza z PiS m.in. posłów Bartosza Kownackiego czy Antoniego Macierewicza. Z tego, co wiem, również posłowie SLD, chociażby Jacek Czerniak, próbują nam pomagać. Liczy się każde wsparcie. Mam nadzieję, że uda się zaangażować w tę ważną sprawę dla polskiego przemysłu i obronności naszego kraju także parlamentarzystów z PO i PSL-u. Tam, gdzie liczy się interes państwa, nie powinno być podziałów.

