logo
logo
zdjęcie

Bolesław Piecha

Przegrany blitzkrieg Tuska i Kopacz

Wtorek, 14 lipca 2015 (12:46)

W październiku minie pięć lat, od kiedy premier Donald Tusk i ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz ogłosili zwycięstwo w walce z dopalaczami. Dobrze pamiętam tamte czasy. Pamiętam ten „blitzkrieg”, a więc wojnę błyskawiczną Kopacz i Tuska z dopalaczami. Już wtedy ostrzegałem, że wprowadzona ustawa jest bublem, że niczemu nie zapobiegnie i że wydamy na nią ogromną sumę pieniędzy liczoną w milionach złotych, a efekty będą żadne. Jak jest teraz, każdy widzi.

Wiem, że dopalacze są problemem i jego rozwiązanie nie jest łatwe. Jednak rząd ma swoich ekspertów, ma środowiska, z którymi może dyskutować. W Polsce mamy środowiska zaangażowane w walkę z uzależnieniami, a zwłaszcza z uzależnieniami od środków psychotropowych. Wystarczy siąść przy stole i zapytać o opinię. Tyle że ten rząd już wtedy, co zresztą było dla niego normalnością, nikogo nie słuchał. Tradycyjnie już myślał, że wszystko wie, zakładał, że sklepy z dopalaczami wystarczy zamknąć, potem otworzyć, a w ostateczności będzie trzeba wypłacić odszkodowania tym, którzy handlują dopalaczami. Wtedy liczył się efekt, czyli tzw. łata na zalepienie oczy obywateli.

Założono, że wystarczy wyjść, powiedzieć, że problem jest załatwiony, żeby ich oślepić, i nic więcej już nie dostrzegali. Kwestia dopalaczy wróciła już jakiś czas temu, a teraz mamy wysyp wszelkich przypadków. Pięć lat temu mówiłem, żeby odwrócić sytuację, trzeba uniemożliwić wprowadzenie na rynek czegoś, co nie ma certyfikatu bezpieczeństwa. Jeżeli to jest produkt kolekcjonerski, spożywczy, jeżeli ociera się o suplement diety, to jest w Polsce prawo, które nakazuje mieć dopuszczenie do obrotu. Czytelnicy doskonale wiedzą, że niektóre zabawki, zwykle chińskie, które mają kontakt ze skórą dziecka czy buzią, bo – dziecko wszystko bierze do buzi – muszą mieć certyfikaty bezpieczeństwa. Dlaczego więc te substancje, które ktoś przywozi do Polski, bo ja nie mówię o przemycie, oferuje je w oficjalnych sklepach? Dlaczego sprzedaży nie poprzedzi zdobycie certyfikatu?

Trzeba także walczyć z nielegalnym handlem. A to jest kwestia przemytu i czarnego rynku. Handlarzy śmiercią, a więc dopalaczami, nie można karać procedurami administracyjnymi, tylko trzeba ich traktować tak jak potężnych dilerów narkotyków. Dziś wiemy, że te substancje, które nazywamy dopalaczami, to są to narkotyki nowej generacji, zdecydowanie silniejsze, bardziej destrukcyjne. Wpływają nie tylko na destrukcję psychiczną, emocjonalną, społeczną, ale działają również bardzo szkodliwie na nasz stan zdrowia. Mówiąc kolokwialnie, to jest świństwo, gorsze od twardych narkotyków.

Prawo jest tutaj do wymyślenia. Trzeba to zrobić skutecznie. Obowiązującą ustawę o dopalaczach trzeba wyrzucić do kosza. W oficjalnej sprzedaży nie może pojawić się żaden środek bez niezbędnych certyfikatów. Takie prawo już mamy, trzeba je przejrzeć i dopasować.  A podeprzeć to trzeba traktowaniem handlarzy dopalaczami tak samo jak tych, którzy handlują narkotykami. Miejsce handlarzy śmiercią na pewno nie jest na wolności. 

Bolesław Piecha

Autor jest lekarzem, europosłem i byłym sekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Aktualizacja: Wtorek, 14 lipca 2015 (13:48)

NaszDziennik.pl