Mimo wielkich zapowiedzi Ministerstwa Edukacji Narodowej samorządy nie mają odpowiednich warunków lokalowych, żeby zapewnić 6-latkom miejsce w szkołach. Większość z nich ratuje się, wprowadzając naukę w systemie dwuzmianowym.
Jeżeli Ministerstwu Edukacji Narodowej rzeczywiście zależało na dobru dzieci i rodzin, to powinno wziąć pod uwagę zastrzeżenia rodziców. Widzimy, że przykład przygotowania szkół i propozycja nauki w systemie zmianowym malutkich dzieci zatrważa rodziców i pedagogów. Rzeczywiście stawia przed rodzicami poważny dylemat, czy w ogóle posyłać dzieci do szkoły.
Statystyki pokazują, że coraz więcej rodzin, gdy tylko okoliczności i warunki ku temu sprzyjają, rezygnują z posłania dzieci do szkół i podejmują tzw. nauczanie domowe. Dzieje się tak, gdyż okazuje się, że szkoła zamiast realizować głoszone slogany, bycia przyjazną dzieciom i rodzinie, podejmuje działania, które godzą w dobro najmłodszych.
Skąd taki wniosek? Jak widzimy, szkoły są nieprzygotowane do realizacji reformy, która miała być dobrodziejstwem. Miała podwyższyć poziom nauczania, zagwarantować szybszy rozwój i wspierać edukację w Polsce. Jak wszystkie oferty tego rządu tak i ta odbywa się kosztem społeczeństwa, a w tym przypadku małych uczniów i ich rodziców. Nie trzeba być psychologiem czy pedagogiem, żeby wiedzieć, że dziecko jest w ogóle nie przystosowane do nauki popołudniowej. Możliwości percepcyjno-edukacyjne są najwyższe w pierwszej części dnia. Potem ta wydolność z czasem spada.
Zauważmy jeszcze inny wymiar tej sytuacji. Rodzice muszą zapewnić dzieciom opiekę, a przy tym utrzymać rodzinę. Jako że mamy taką rzeczywistość gospodarczą, a nie inną oboje rodziców jest zmuszonych iść do pracy. Co się dzieje wtedy z naszymi dziećmi? Te przebywają w często nieprzystosowanych świetlicach szkolnych. Tam powszechną praktyką jest w ramach opieki nad dzieckiem puszczanie bajek. Gdy dziecko wraca do domu, samo robi dokładnie to samo, czyli ogląda telewizję lub korzysta z komputera czy tabletu. To się dzieje w sposób zupełnie niekontrolowany i stanowi poważny problem. Dziecko zamiast się rozwijać, często korzysta z treści, które działają przeciwko niemu.
Przerażająca jest ta perspektywa, gdy dziecko „dzięki” takiej organizacji staje się ofiarą tej antyreformy edukacji, którą od wielu lat obserwujemy w naszym kraju. Mam nadzieję, że wreszcie doczekamy się mądrego zarządzania edukacją i odwrócenia tych fatalnych trendów, które wynikają jedynie z interesu ekonomicznego, a nie dobra edukacyjnego naszych dzieci i rodzin.

