Jak ocenia Pan pierwszą wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Niemczech?
– To, że z drugą wizytą zagraniczną prezydent Andrzej Duda udał się do Berlina, było dobrym posunięciem. Z jednej strony, Niemcy są naszym sąsiadem, sąsiadem, z którym mamy największą wymianę handlową. Są także krajem, gdzie pracują setki tysięcy Polaków. Z drugiej strony, Niemcy są krajem, gdzie od II wojny światowej nie są uregulowane kwestie prawne mniejszości polskiej, ale przede wszystkim są sąsiadem, który od wielu lat prowadzi wobec naszego kraju politykę dążącą do uzyskania znacznych wpływów gospodarczych i politycznych. Jednocześnie Niemcy blokują od lat działania mające na celu zacieśnienie współpracy wojskowej z wieloma państwami NATO. To wszystko pokazuje, że z Niemcami mamy duże pola dobrych relacji, ale także obszary przypudrowanej rywalizacji i napięć.
Prezydent Duda nie miał łatwego zadania, tym bardziej że w polityce zagranicznej rząd Platformy powraca do sprawdzonych praktyk i znów przeszkadza…
– Relacje polsko-niemieckie to w mniemaniu Platformy Obywatelskiej ich obszar interesów i wpływów. Przez lata partia ta budowała obraz opozycji jako środowisko programowo antyniemieckie, co oczywiście było manipulacją. To dzięki wpisywaniu się rządu Platformy w oczekiwania Niemiec, nawet kosztem polskich interesów, uzyskano prominentne stanowisko szefa Rady Europejskiej dla Donalda Tuska. Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Berlinie jest przez to środowisko odbierana jako odbijanie wpływów i dla Platformy najlepiej byłoby, aby do tej wizyty doszło nie wcześniej niż za rok.
Czy te próby osłabiania roli prezydenta przez rząd w Warszawie – zwłaszcza w obliczu wydarzeń za naszą wschodnią granicą – nie są uderzeniem w polską rację stanu?
– To, co się dzieje za naszą wschodnią granicą, jest złe. Ale w polityce można w pewnych obszarach wykorzystać to jako szansę dla Polski na uzyskanie w tym rejonie wpływów gospodarczych, a także poprawienie losu żyjącej tam mniejszości polskiej. Problem w tym, że Warszawa dotychczas jedynie realizowała na tym obszarze politykę Waszyngtonu lub Berlina, łudząc się, iż jest to także interes Polski. Należy pamiętać, iż prezydent jest wybrany przez Naród i to on, a nie premier, ma być przywódcą. Jesteśmy przyzwyczajeni do roli prezydenta nijakiego, salonowego, tymczasem Polacy oczekują przywódcy, a nie gracza na poziomie gierek partyjnych. Przed Andrzejem Dudą stoi wyzwanie, którą drogę obierze. Platforma woli, aby jego prezydentura funkcjonowała w odbiorze społecznym właśnie jako partyjna i salonowa.
Prezydent Duda zapowiedział w Berlinie budowanie przez Polskę strategicznych relacji z Niemcami. W jakich obszarach szczególnie te relacje wymagają poprawy, biorąc oczywiście pod uwagę nasze interesy oraz aktualną pozycję Polski i czy za wszelką cenę?
– Gdzieś za plecami polityki niemieckiej jest nadal oddech idei geopolitycznych Friedricha Ratzela, Karla Haushofera czy też Friedricha Neumana. Wszyscy oni widzieli Europę Środkowo-Wschodnią jako niemieckie dominum. Oczywiście, dziś nie ma mowy wprost o realizacji tych idei, ale pewne założenia z tych koncepcji widać w polityce niemieckiej; chociażby to, że gospodarka niemiecka powinna dominować na tych obszarach, a poszczególne państwa regionu powinny to uznać. Dla Polski takie stanowisko powinno być nie do przyjęcia. Oczywiście we wzajemnych relacjach z uwagi na potencjały ekonomiczne obu państw należy brać pod uwagę pewną asymetrię wpływu państw w tej części Europy, ale nie możemy się podporządkowywać interesom Berlina. Prestiżową kwestią powinno być odzyskanie statusu mniejszości przez polską społeczność w Niemczech. To jest jeden z probierzy podejścia Berlina do Polski. Druga sprawa to blokowanie odbudowy potencjału militarnego przez Polskę i współpracy z sojusznikami w tej sprawie. Należy pamiętać także, iż Niemcy będą blokować wszelkie inicjatywy budowy wzajemnych relacji państw Europy Środkowej, gdzie nie będzie Berlina w roli przywódcy, ale nie oznacza to, że należy temu ulegać.
Zgodzi się Pan z tezą, że prezydent Duda w przeciwieństwie do swojego poprzednika uosabia politykę godnościową, która ma na celu podniesienie roli i znaczenia Polski na arenie międzynarodowej?
– Pierwsze wizyty zagraniczne prezydenta Andrzeja Dudy pokazują, iż godnie reprezentuje on Polskę. Mam nadzieję, że w tej kadencji takie incydenty jak podczas wizyt Bronisława Komorowskiego na Ukrainie czy w Japonii nie będą miały miejsca.
Po wizycie w Estonii i wypowiedzi prezydenta Dudy o konieczności nowych rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa w Europie usłyszeliśmy odpowiedź prezydenta Poroszenki, że Ukraina nie widzi potrzeby zmian formatu normandzkiego w rozmowach z Rosją...
– Od wielu miesięcy zwracałem uwagę, iż polityka Polski w stosunku do Kijowa ma wymiar jednostronnego politycznego wsparcia bez szans na wzajemność. I nie chodzi tu tylko o gesty polityczne, ale także o kwestie gospodarcze. Nawet w trakcie wojny domowej na Ukrainie interesy robią Niemcy, Amerykanie, Holendrzy, tylko nie Polacy. Ukraina jest jedynym państwem w Europie rządzonym przez oligarchów i przez najbliższe lata taki układ się utrzyma. Ci ludzie traktują partnerów politycznych w kategoriach biznesowych według zasady „jeżeli wspierasz mnie za darmo, to jesteś naiwny”. I takiego partnera nie traktuje się poważnie. Jeżeli Polska chce naprawdę liczyć się w tej grze, to musi zacząć od nieoficjalnych rozmów z Moskwą. Z Putinem ciągle rozmawiają Amerykanie, Niemcy, Francuzi, a nawet sami Ukraińcy. Tymczasem Polska na obecną chwilę w tej grze nie jest partnerem, a tylko krajem, którym się rozgrywa drażliwe kwestie. Natomiast konfitury polityczne znajdują się na stole, do którego – wydaje się – sami nie chcemy dostąpić, gdyż wymaga to rozmów z Moskwą.
Prezydent Duda nie ma racji, dążąc do stworzenia nowych warunków współpracy w zakresie bezpieczeństwa w Europie, gdzie dominują Niemcy i Francja, których tak na dobrą sprawę nikt nie upoważniał do negocjacji z Rosją w sprawach Ukrainy?
– Polska była w czołówce państw wspierających ówczesną opozycję podczas Euromajdanu. To my w owym czasie szarżowaliśmy na Janukowicza i Putina, to o naszym kraju mówiło się wówczas w mediach światowych. Kiedy doszło do negocjacji i rozmów dotyczących kryzysu, w pierwszym rzędzie wyeliminowano Polskę – państwo, które przez miesiące wymachiwało szablą. Paryż i Berlin przez cały ten czas rozmawiali z Moskwą i to oni są dla tego państwa partnerem do rozmów. Proszę zwrócić uwagę, iż Stany Zjednoczone rozgrywają tę partię pośrednio, także kosztem Polski. Każde porozumienie związane z wojną można rozwiązać tylko poprzez negocjacje stron gotowych do ustępstw, nawet kosztem podmiotu, którego dotyczą rozmowy. Polska walczy politycznie o integralność Ukrainy bardziej niż sami Ukraińcy.
Czy jakiekolwiek zmiany dotyczące polityki obronnej w Europie są możliwe bez zgody Niemiec?
– Owszem, są możliwe, ale problem tkwi w polskich elitach. Jeżeli Polska postawi na swój przemysł obronny, jeżeli w końcu powstanie obrona terytorialna z prawdziwego zdarzenia, licząca nie tak jak w założeniach 10 tysięcy, a co najmniej – w okresie kilku lat – kilkaset tysięcy żołnierzy, to Niemcy będą musiały przejść nad tym do porządku dziennego. Berlinowi nie zależy na silnej militarnie Polsce, bo obawia się utraty znaczącej możliwości oddziaływania na jednym z istotnych obszarów, jakim jest bezpieczeństwo Europy Środkowej.
Tematem, który różni polskiego prezydenta i niemieckie władze, jest kwestia imigrantów.
– Postawa prezydenta Dudy i po trosze rządu jest prawidłowa. To Niemcy są beneficjentem sukcesu gospodarczego idei Unii Europejskiej w sytuacji, kiedy wiele państw Europy jest w strukturalnym kryzysie. Bogactwo przyciąga biednych. Dlaczego biedny kraj, jakim jest Polska w odniesieniu do „starej 15” Unii Europejskiej, ma przyjmować imigrantów, którym należy dawać zapomogi w kwotach większych, niż miesięcznie zarabia przeciętny Polak?! Proszę sobie przypomnieć, że kiedy w 2011 r. na włoską wyspę Lampedusę lądowali uciekinierzy z Libii, to rządy wielu państw UE stwierdziły, że jest to problem wewnętrzy Włoch. Mając na uwadze prawdopodobieństwo zaostrzenia sytuacji na Ukrainie, to wobec zagrożenia Polski przed napływem tysięcy uciekinierów z tego kraju, obawiam się, iż Niemcy podobnie podejdą do tego problemu. Nikt obecnie publicznie nie zastanawia się, skąd miliony biednych uciekinierów z Afryki mają po kilka tysięcy euro na zapłacenie za przemyt. Czy czasem nie jest tak, że bogate państwa islamskie Bliskiego Wschodu finansują tę falę uchodźców jako element strategii podboju w przyszłości Europy przez islam?

