logo
logo

Zdjęcie: Artur Brożyniak/ Inne

Ciągle żywa pamięć o zbrodni w Dylągowej

Sobota, 3 października 2015 (19:10)

Aktualizacja: Sobota, 3 października 2015 (20:19)

Z Arturem Brożyniakiem, historykiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Na mapie tragicznych zdarzeń i ofiar zarówno II wojny światowej, jak i ukraińskich nacjonalistów jest Dylągowa. Jakie wydarzenia miały tu miejsce przed laty?

– Dylągowa na Pogórzu Dynowskim została tragicznie doświadczona w okresie II wojny światowej. Wioska, która znalazła się pod okupacją sowiecką, a następnie od 1941 r. niemiecką, doznała represji ze strony obydwu okupantów. 25 i 26 kwietnia 1944 r. gestapo, oddziały żandarmerii niemieckiej i policji ukraińskiej dokonały pacyfikacji wioski. Według meldunków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Batalionów Chłopskich inicjatorami pacyfikacji byli policjanci ukraińscy. Formacja ta była opanowana przez członków OUN. Można przypuszczać, że próba zniszczenia Dylągowej przy wsparciu Niemców była elementem akcji antypolskiej realizowanej przez banderowców.

Co było powodem tej agresji?

– Jako pretekst posłużył rzekomy udział mieszkańców wioski w ataku na posterunek ukraińskiej policji w Jaworniku Ruskim. Mianowicie rankiem 25 kwietnia 1944 r. żołnierze AK przeprowadzili atak na posterunek, ale nie było wśród nich mieszkańców Dylągowej. Nie istniały nawet poszlaki wskazujące, że żołnierze AK w czasie akcji współpracowali z mieszkańcami. Scenariusz pacyfikacji w Dylągowej był podobny do zbrodni dokonanej przez nacjonalistów ukraińskich i policję niemiecką zaledwie dwa miesiące wcześniej, 28 lutego 1944 r. w Hucie Pieniackiej. Banderowcy, nie mogąc samodzielnie dokonać zniszczenia wsi, nakłonili okupacyjne władze niemieckie do jej pacyfikacji. Pretekstem było przebywanie w wiosce oddziału partyzantki sowieckiej. W ekspedycji karnej udział wzięły ukraińskie oddziały SS i UPA. Zginęło wówczas ok. tysiąca Polaków mieszkańców Huty Pieniackiej i okolicznych wiosek, którzy schronili się w niej przed banderowcami. Prawdopodobnie pierwotny plan zakładał otoczenie Dylągowej, zatrzymanie mieszkańców, przeprowadzenie rewizji w gospodarstwach i rozstrzelanie bez sądu wszystkich podejrzanych. Wykopano nawet dół na ciała pomordowanych. 75 mężczyzn policja ukraińska aresztowała i przetrzymywała w cerkwi oraz świetlicy w Jaworniku Ruskim. Strażnicy znęcali się nad nimi w nieludzki sposób. Pozostałą ludność zgromadzono w kościele w Dylągowej. Rankiem 26 kwietnia 1944 r. dowodzący akcją Niemiec mjr Rosenberg nakazał powołanie sądu polowego i przeprowadzenie procesu, w którym uznano dylągowian za niewinnych. Jednak w wyniku pacyfikacji życie straciły trzy osoby. Mieszkańców Dylągowej 25 i 26 kwietnia 1944 r. od masowego mordu uratowała Opatrzność Boża, działania miejscowego proboszcza ks. Franciszka Paściaka i mjr. Kazimierza Mięsowicza, żołnierza kontrwywiadu AK.

Ukraińcy próbowali się zemścić na wspomnianym przez Pana ks. Paściaku, który nie był jedynym kapłanem, którego próbowali zabić?

– To prawda. 12 lipca 1944 r. dwóch członków OUN usiłowało zamordować ks. Paściaka. Jednak kapłan został w porę ostrzeżony przez kobietę z Piątkowej. Założył na siebie cywilne ubranie i pospiesznie opuścił plebanię. Kiedy szedł drogą w stronę Dynowa, gdzie planował się ukryć, spotkał dwóch mężczyzn, którzy pytali go, gdzie przebywa miejscowy ksiądz. Nie rozpoznawszy ks. Paściaka, mężczyźni udali się w stronę kościoła. Na plebanii sterroryzowali służbę i przeszukali budynek. Tego samego dnia w sąsiedniej Borownicy dwóch młodych banderowców zamordowało administratora parafii ks. Józefa Kopcia. Dzień wcześniej, w pobliskiej parafii Tarnawka w podobnych okolicznościach zginął proboszcz ks. Jan Mazur. Natomiast ks. Paściak przeżył i do końca okupacji niemieckiej przebywał w Dynowie.

Nie były to jednak jedyne akty wrogości UPA na tym terenie. Jakie było żniwo tej agresji?

– W nocy z 3 na 4 października 1945 r. ok. godz. 1 kureń UPA zaatakowała jednocześnie pięć wiosek zamieszkanych przez ludność polską. Na Dylągową napadła sotnia „U-4” dowodzona przez Włodzimierza Szczygelskiego „Burłakę”. Zorganizowaną obronę podjęła tylko samoobrona w Sielnicy, powstrzymując, ale na krótko natarcie UPA. W Dylągowej i Bartkówce opór stawiły pojedyncze osoby. Celem ataku było zniszczenie zabudowań. Członkowie UPA podzieleni byli na dwuosobowe patrole – jeden podpalał, a drugi osłaniał go ostrzałem. W Dylągowej banderowcy spalili ok. trzystu zabudowań. Ocalało tylko kilka budynków i plebania. Ludzie pospiesznie opuszczali swoje domy i ukrywali się w okolicznych lasach, zaroślach i wąwozach. Napastnicy strzelali za uciekającymi i rabowali ich mienie. W czasie pierwszego napadu na Dylągową zginęło trzy osoby. W wyniku odniesionych ran po ataku zmarły dwie. Dwóch lub trzech członków sotni „Burłaki” zastrzeliła samoobrona w tej miejscowości.

Co stało się z mieszkańcami?

– Po napadzie większość mieszkańców opuściła miejscowość, chroniąc się na bezpieczniejszych terenach za rzeką San. W wiosce pozostało ok. sześćdziesiąt większości starszych osób. 1 stycznia 1946 r. o godz. 20 sotnia „U-2” zaatakowała Dylągową i Sielnicę. W Dylągowej banderowcy spalili pozostałe gospodarstwa, w tym plebanię i zamordowali ośmiu mieszkańców. Przez następne półtora roku w okolicy przebywały silne grupy banderowców. Polscy mieszkańcy z obawy o życie nie mogli powrócić do wioski. Od wiosny 1946 r. z braku żywności przychodzili jednak do Dylągowej, aby uprawiać swoje pola, a wieczorem wracali za San. Wyprawy te wiązały się z dużym niebezpieczeństwem. W przypadku spotkania członków OUN-UPA dylągowianie byli ostrzeliwani lub porywani. W ten sposób życie straciły kolejne cztery osoby. W wyniku przeprowadzonej od kwietnia do lipca 1947 r. operacji „Wisła” przesiedlono prawie całą pozostałą w Polsce Południowo-Wschodniej ludność ukraińską. Utrata zaplecza i nasycenie terenu oddziałami Wojska Polskiego skłoniły sotnie UPA do opuszczenia Polski. Pozostałe w lasach małe grupki członków OUN-UPA mogły podejmować tylko ograniczone działania zaczepne, ale tak czy inaczej stanowiły one poważne zagrożenie dla ludności cywilnej. Stan bezpieczeństwa poprawił się dopiero w 1948 r., co pozwoliło części polskich mieszkańców powrócić do Dylągowej i odbudować swoje domy. Jednak znaczna grupa dawnych mieszkańców nigdy nie powróciła do wioski.

Czy znana jest dokładna liczba ofiar?

– Na podstawie dokumentów archiwalnych i relacji ustaliliśmy 41 nazwisk mieszkańców, którzy zginęli w latach 1939-1946. Wśród nich znajdują się żołnierze WP polegli na froncie, cywilne ofiary wojny, ofiary represji sowieckich, niemieckich i zbrodni nacjonalistów ukraińskich. Jedną z ofiar jest ppor. Tadeusz Łach pochodzący z Dylągowej, nawigator Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, który zginął w nocy z 11 na 12 września 1944 r. na terenie ówczesnej w Jugosławii, wykonując lot specjalny z pomocą dla Powstania Warszawskiego.

Ocaleli Polacy domagali się bezskutecznie wskazania choćby miejsca pochowania ofiar, które niestety do dziś pozostają nieznane…

– Pracownicy rzeszowskiego Oddziału IPN we współpracy z mieszkańcami Dylągowej zidentyfikowali na miejscowym cmentarzu groby zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów. Obecnie znamy miejsca pochówków większości ofiar napadów UPA. Natomiast nie wiemy, gdzie pochowane są osoby porwane przez bojówki OUN oraz większość ofiar II wojny światowej, zmarłych poza Dylągową.

Przez wiele lat całą narrację próbowano sprowadzić do mordu na Ukraińcach z Pawłokomy, tymczasem sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się to wydawać?

– Sprawa relacji polsko-ukraińskich na tym terenie jest bardzo skomplikowana. Powinniśmy pamiętać o wszystkich ofiarach zbrodni, bez względu na narodowość i sprawców. W tym miejscu chciałbym wspomnieć, że wielu Ukraińców było ofiarami banderowców, o czym w Polsce prawie się nie wspomina. Zapomnieliśmy o głosie prawosławnego Ukraińca prof. Wiktora Poliszczuka, który potępił nacjonalizm ukraiński.

W niedzielę w Dylągowej zostanie odsłonięty pomnik – obelisk upamiętniający wydarzenia sprzed lat. Czyja to inicjatywa?

– W 2014 r. społeczność Dylągowej rozpoczęła starania o powstanie w wiosce upamiętnienia tragicznego losu jej mieszkańców w latach 1939-1947. W tym roku dzięki dofinansowaniu przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa wzniesiono oczekiwany pomnik. Wójt gminy Dynów, inicjatorzy budowy pomnika oraz IPN Oddział w Rzeszowie przygotowali uroczystość odsłonięcia obelisku upamiętniającego pacyfikację, dwa napady UPA i zniszczenie wioski. Uroczystość odbędzie się 4 października w 70. rocznicę pierwszego napadu UPA na Dylągową i będzie ona poświęcona pamięci wszystkich mieszkańców Dylągowej – ofiar II wojny światowej i zbrodni ukraińskich nacjonalistów.

To wskazuje, że mimo upływu lat pamięć zbrodni jest wśród okolicznej ludności wciąż żywa…

– Pomimo upływu lat pamięć o dramatycznych dziejach Dylągowej w czasie II wojny światowej i tuż po jej zakończeniu jest ciągle żywa. Dla przekazania memento przyszłym pokoleniom w kościele umieszczono tablicę z nazwiskami parafian – ofiar działań wojennych i ukraińskiego nacjonalizmu. W 2014 r. miejscowy proboszcz ks. Jan Dec i ludność wioski ufundowali figurę Jezusa Chrystusa na pamiątkę cudownego ocalenia w czasie pacyfikacji w 1944 r. Wtedy też społeczność Dylągowej rozpoczęła starania o powstanie w wiosce upamiętnienia. W działania te zaangażował się sołtys Bogusław Martowicz i władze gminy wiejskiej w Dynowie. Obelisk, który zostanie odsłonięty w niedzielę, przypomina tragiczny los mieszkańców Dylągowej w latach 1939-1947. Inskrypcja zawiera listę czterdziestu nazwisk ofiar tamtych wydarzeń. Nie jesteśmy do końca pewni, czy po 70 latach zdołaliśmy ustalić wszystkie nazwiska ofiar, dlatego na końcu inskrypcji zostały umieszczone trzy kropki.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl