W spółkach Skarbu Państwa zaobserwować można nasilenie się niepokojącego zjawiska – obsadzania stanowisk przez ludzi związanych z Platformą...
– W wielu spółkach Skarbu Państwa panuje obecnie nerwowa atmosfera związana z rotacjami w radach nadzorczych i zarządach tych spółek. Wiele informacji przychodzi z dużym opóźnieniem, jednak na podstawie tych spółek, z których mamy informacje od pracowników, widzimy, że dodawane są nowe osoby do zarządów spółek, jak chociażby w gdańskiej Enerdze, ale zatrudniane są także osoby na funkcjach doradców bądź specjalistów. Można przypuszczać, że takie zjawiska mają miejsce w różnych spółkach Skarbu Państwa na terenie całej Polski.
Czy te zmiany są podyktowane potrzebami zarządzania poszczególnych spółek?
– Jestem przekonany, że nie ma takich potrzeb, a jedyne uzasadnienie tych działań jest takie, że za dwa tygodnie mamy wybory parlamentarne, w związku z tym trudniej będzie zatrudnić „znajomych królika”. Rządzący zdają sobie sprawę, że to ostatnia okazja, żeby zdobyć dodatkowe głosy i kasę właśnie poprzez obsadzenie swoich ludzi na różnych eksponowanych stanowiskach. Z drugiej strony to nic innego jak zawoalowane, ale mimo wszystko zaangażowanie się spółek w kampanię wyborczą.
Pana zdaniem, czy to obsadzanie „swoimi” na koniec kadencji to działanie z premedytacją?
– Oczywiście jest to działanie świadome. Proszę też zwrócić uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt tych działań, a mianowicie o ile zmiany członków zarządów spółek można łatwo zidentyfikować po wpisach do Krajowego Rejestru Sądowego, co ma miejsce po 30 dniach od dokonania rotacji, o tyle osoby zatrudniane na stanowiskach doradców czy specjalistów nie są nigdzie ujawniane. Oczywiście doradca czy specjalista to tylko przykłady, bo „swoi ludzie” są zatrudniani w różnym charakterze. Jeśli na skutek zawieranych kontraktów dana osoba zarabia 10 czy 20 tysięcy złotych miesięcznie albo są podpisywane umowy z osobami, które prowadzą działalność gospodarczą na zasadzie, że będą świadczyły usługi, których roczna wartość to kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy złotych, to na dobrą sprawę są to kontrakty często nie do obalenia czy do wypowiedzenia. W ten sposób zatrudniony członek zarządu danej firmy otrzymuje roczne wynagrodzenie rzędu miliona czy ok. miliona stu tysięcy złotych, co oznacza, że przez kilka lat zarobi fortunę w zasadzie niewiele robiąc.
Czy jest to nowe zjawisko?
– Oczywiście nie. Taka sytuacja ma miejsce już od dłuższego czasu. Tylko teraz to zjawisko przybiera na sile i mamy do czynienia wręcz z inwazją na spółki Skarbu Państwa.
Co oznacza usadowienie takiego czy innego człowieka na stołku w przeddzień wyborów?
– Oznacza to dla spółek Skarbu Państwa ogromne straty, ponieważ w przypadku zwolnienia takiej czy innej osoby trzeba będzie im wypłacić wielomilionowe odszkodowania, co gwarantują im odpowiednio skonstruowane kontrakty. To nic innego jak marnowanie publicznych pieniędzy, i to niemałych pieniędzy.
Jaka jest cena, a właściwie koszt odwołania ze stanowiska członka zarządu czy dodatkowego członka rady nadzorczej, jeśli po wyborach okazałoby się, że jest to osoba niekompetentna, a jej powołanie było wyłącznie politycznym aktem?
– Koszt odwołania członka rady nadzorczej nie jest specjalnym problemem, problemem są za to odwołania członków zarządu i zatrudnionych w spółkach konsultantów i specjalistów.
Mam informacje, iż niektóre osoby mogą domagać się nawet kilku milionów złotych odszkodowania.

