Jak ocenia Pan kolejne plany i pomysły na rozwiązanie kryzysu migracyjnego, jaki zalewa Europę, mam na myśli plan współpracy Unii Europejskiej z Turcją?
– Uważam, że ten wspólny unijno-turecki plan działań to krok w dobrym kierunku, ale w dalszym ciągu cały ten proces idzie zbyt wolno. To zbyt wąska droga, mówiąc obrazowo, i według mnie brakuje szerszej inicjatywy, która zmierzałaby do tego, aby rozwiązać kryzysy wojenne, bo to one wywołały falę uchodźców i emigrantów. Innymi słowy, Unia Europejska działa doraźnie, nerwowo i nie podejmuje się roli, aby pokojowo uregulować sytuację w Syrii, aby rozwiązać kwestie dotyczące tzw. Państwa Islamskiego. To są dwa główne powody, oprócz tego jeszcze kwestia stabilizacji w Libii w Afryce Północnej, które doprowadzają do fali uchodźców i emigrantów. Owszem, tym ludziom, którzy znaleźli się w sytuacji kryzysowej, jest wskazane i logiczne niesienie pomocy, ale jest ona niewystarczająca. Te fale migracyjne będą w dalszym ciągu narastać, jeśli nie ugasi się zarzewia ognia we wspomnianych miejscach u źródła tego masowego napływu.
Czy Europejski Korpus Straży Granicznej to optymalny sposób zabezpieczenia granic Europy przed niekontrolowaną falą migracji?
– Jest to działanie uzupełniające, którego domagały się wszystkie państwa, bo jak pokazuje życie, granice Europy, szczególnie morskie na południu, są dziurawe, niechronione w sposób dostateczny. To sprawia, że do Europy może tą właśnie drogą dotrzeć nawet na dętce od samochodu, nie mówiąc już o kutrach, stateczkach czy łodziach, którymi można przetransportować setki, jak nie tysiące ludzi. W tej sytuacji Europejski Korpus Straży Granicznej jest kolejnym krokiem uzupełniającym, ale z pewnością nie jest działaniem oczekiwanym, które mogłoby rozwiązać kryzys migracyjny. Właśnie wróciłem z Norwegii, gdzie dowiedziałem się, że nawet są tacy śmiałkowie, którzy przedzierają się do tego kraju przez granicę rosyjsko-norweską na północy. To pokazuje, że można okrążyć Europę i z drugiej strony przedrzeć się w innym, mniej spodziewanym miejscu. Niedawno pokazywane były mapy, na których widniał wytyczony szlak migracyjny przez Ukrainę do Polski. Widać, że fale uchodźców są coraz liczniejsze, co więcej, ci ludzie są coraz bardziej zdeterminowani, żeby znaleźć luki i przedrzeć się do Europy. W związku z tym nie zbudujemy twierdzy pod nazwą Europa, natomiast konieczne jest podejmowanie inicjatyw pokojowych, które rozwiążą problem uchodźców tam, gdzie bierze on swój początek.
Co sądzi Pan o deklaracji premier Kopacz, zgodnie z którą Polska udzieli pomocy Węgrom w zabezpieczeniu granicy z Serbią?
– Jest to tylko deklaracja. Teraz będziemy szukać ochotników i oddelegowywanie ich, podpisywanie porozumień zarówno z Unią Europejską, jak i z Węgrami, zajmie tygodnie, jak nie miesiące. Tak czy inaczej są to deklaracje składane przez obecnego premiera Polski, które jednak będzie realizował przyszły rząd.
Pozostając w tym nurcie, pojawiają się głosy, że ostateczną liczbę uchodźców, jaką zgodził się przyjąć rząd Platformy, poznamy po wyborach. Podziela Pan te obawy?
– Podzielam te obawy, dlatego że obecna pula, jaka przypadła Polsce, a więc 6,5-7 tysięcy – jak wszystko wskazuje – jest tylko pierwszą transzą, jakiej kanclerz Merkel i inni politycy zachodnioeuropejscy domagają się od nas. Chcą zatem, aby ten sposób podziału tzw. kwot został wykorzystany jako mechanizm podziału następnych fal uchodźców. To może oznaczać, że będziemy zmuszani do przyjmowania kolejnych uchodźców. To oznacza początek kolejnych problemów. Mianowicie jeśli będziemy musieli przyjąć tych uchodźców, to zgodnie z prawem europejskim, jeśli ci ludzie uzyskają prawo stałego pobytu w Polsce, to automatycznie nabędą prawo do ściągania tu swoich rodzin. Będzie to multiplikacja, czyli pomnożenie, i z siedmiu, dziesięciu czy piętnastu tysięcy uchodźców nagle może się zrobić sto i więcej tysięcy.
Może to być postawienie przyszłego rządu niejako przed faktem dokonanym?
– Owszem, dzisiaj podejmowane są decyzje, które będą realizowane przez kolejny rząd. Niestety obawiam się, że za tym działaniem stoi też coś, co można określić mianem szatańskiego planu, a mianowicie kiedy Platforma straci władzę, to za kilka miesięcy będzie używać – jako wymówki – argumentu, że to ona była rządem proeuropejskim, solidarnościowym, natomiast władzę w Polsce objął rząd, który jest ksenofobiczny, antyeuropejski, antysolidarnościowy. Nowy rząd, jak wierzę, rząd Prawa i Sprawiedliwości, będzie musiał wiele wysiłków włożyć w to, aby odpowiednio wyselekcjonować uchodźców, żeby zapewnić im możliwość pobytu w Polsce, co będzie bardzo trudne i może się ciągnąć miesiącami, a być może nawet latami. Wówczas możemy być oskarżani, posądzani o niewdzięczność wobec Europy i brak współczucia wobec uchodźców.
Ale jeśli opozycja pójdzie w tym kierunku, przedstawiając nowy rząd w negatywnym świetle na arenie międzynarodowej, to czy nie będzie to działanie antypolskie?
– Z pewnością będzie to działanie partyjne, z czego Platforma słynie. Jestem pewny, że obecna władza po wyborach jako opozycja zrobi wszystko, aby wykorzystać to w mediach europejskich. Dla dyplomacji bardziej się liczyła reputacja, szczególnie w gazetach niemieckich przedrukowywanych następnie przez część gazet w Polsce, niż realizacja interesów narodowych, interesów bezpieczeństwa Polski.
Donald Tusk jest coraz gorzej oceniany przez Parlament Europejski, prezentuje brak inicjatywy i jest niewidoczny. Czy w takim układzie ma szanse na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej?
– To, że Donald Tusk jest nieaktywny, co więcej, że nie posiada zdolności dyplomatycznych, mnie nie dziwi. Przecież Tusk nie został wybrany na szefa Rady Europejskiej przez wzgląd na swoje doświadczenie i zdolności dyplomatyczne, bo zwyczajnie ich nie posiada.
Za co zatem został wybrany na to stanowisko?
– Za swoją spolegliwość, za uległość wobec przywódców państw wiodących w Unii Europejskiej. Został użyty w sposób instrumentalny przez kanclerz Merkel i polityków niemieckich i to od nich będzie zależało, czy dalej będzie wykorzystywany, czy będzie im dłużej potrzebny, czy też nie. Swoimi działaniami nie zaskarbił sobie poklasku na międzynarodowej scenie, tym bardziej nie jest autorytetem w Brukseli. Za chwilę minie rok jego urzędowania na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej i w Parlamencie Europejskim powszechne są narzekania, że jest to człowiek bez inicjatywy, który nie potrafi prowadzić koncyliacyjnej polityki, nie umie budować konsensusu wokół trudnych międzynarodowych problemów. Jest natomiast politykiem, który unika pracy i kontaktów. Jest duże niebezpieczeństwo, że to nie polskimi rękoma zostanie niewybrany na drugą kadencję, tylko odpadnie w wyniku układanek partyjnych w Parlamencie Europejskim. Jeśli bowiem w przyszłym roku odejdzie ze stanowiska przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz, to socjaliści będą się domagali dla siebie jakiegoś stanowiska i najbliższym „stołkiem”, który za półtora roku się zwolni, będzie stanowisko szefa Rady Europejskiej, które obecnie piastuje Donald Tusk, który – powtórzę jeszcze raz – został wybrany głównie dzięki dyplomacji niemieckiej. Proszę zwrócić uwagę, że to w wyniku nacisku Donalda Tuska poprzedni szczyt europejski doprowadził do wolty polskiej dyplomacji i zmiany stanowiska premier Ewy Kopacz. Tym samym Tusk okazał się instrumentalnie pożyteczny dla kanclerz Merkel, bo wymógł na stronie polskiej odejście od wspólnego frontu z państwami Grupy Wyszehradzkiej i pogodzenie się z mechanizmem przymusowego podziału uchodźców, jaki zaproponowali Niemcy.
Dziękuję za rozmowę.

