Proszę powiedzieć, jaką wagę ma rozpoczynająca się wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Rumunii?
– To wizyta, która ma duże znaczenie. W Rumunii odbędzie się spotkanie prezydentów państw wschodniej flanki NATO. Spodziewane jest ustalenie wspólnego stanowiska tych państw podczas przyszłorocznego szczytu NATO, który – jak wiemy – odbędzie się w Warszawie. Chodzi przede wszystkim o to, aby Sojusz Północnoatlantycki rozmieścił wojska na wschodniej flance w większym niż obecnie zakresie. Uważamy – i słusznie – że nasz region nie ma zapewnionego bezpieczeństwa w takim zakresie jak państwa Europy Zachodniej, mimo że wszyscy jesteśmy członkami jednego Sojuszu. Po drugie, podczas spotkania w Bukareszcie z pewnością będzie dyskutowana sytuacja bieżąca wokół naszego regionu – Europy Środkowej – który sąsiaduje bezpośrednio z poważnym konfliktem zbrojnymi, jaki toczy się pomiędzy Rosją a Ukrainą. Wprawdzie ostatnio ten konflikt przygasł, ale za chwilę może wybuchnąć na nowo, ponieważ dobiega końca porozumienie z lutego tego roku z Mińska o zawieszeniu broni na wschodzie Ukrainy. Trzecią ważną sprawą, która może być poruszana w tych dniach w Rumunii, jest kwestia emigrantów, którzy szturmują Europę, i nieradzenie sobie z tym problemem przez Unię Europejską. To są zasadnicze problemy, które – jak myślę – zostaną podjęte podczas wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Rumunii i spotkań z prezydentami państw wschodniej flanki NATO, m.in. Estonii, Łotwy, Litwy, Słowacji, Węgier, Bułgarii.
Wspomniał Pan sprawę zwiększenia obecności NATO na wschodniej flance. Jaka jest szansa na realizację tego postulatu?
– Sądzę, że są szanse na rozlokowanie w Europie Środkowej wojsk NATO, głównie wojsk Stanów Zjednoczonych, bo niestety nasi sojusznicy z Europy Zachodniej nie kwapią się do stałej obecności na tym terenie. Administracja amerykańska ma świadomość globalną i zdaje sobie sprawę, że może dojść do zachwiania równowagi sił w naszym regionie. Stąd też nie ucieka od tego, aby pomóc nam i wzmocnić nasze bezpieczeństwo. Z kolei Polska nie domaga się żadnych specjalnych przywilejów dla siebie, ale chcemy zrównania naszego statusu bezpieczeństwa ze statusem państw zachodniej Europy. Trzeba mieć świadomość, że to nam bezpośrednio zagraża eskalacja konfliktu rosyjsko-ukraińskiego wywołanego i podsycanego przez Moskwę, a nie państwom Europy Zachodniej, gdzie są rozlokowane instalacje obronne i obecne są bazy wojsk amerykańskich. To nielogiczne, że na terenie bezpośrednio zagrożonym agresją nie ma możliwości wsparcia, możliwości odstraszania, natomiast jest w krajach zachodnich, gdzie to niebezpieczeństwo jest dużo mniejsze bądź nie istnieje.
Jak zmusić państwa zachodnie do zmiany tej egoistycznej polityki?
– Żeby uzyskać pozytywną odpowiedź zachodnich państw Sojuszu Północnoatlantyckiego, trzeba je skutecznie przekonać. Szczególnie Niemców, którzy wychodzą z błędnego – w naszej ocenie – założenia, że podniesienie statusu bezpieczeństwa Polski w Europie Środkowej zostanie odczytane jako działanie konfrontacyjne wobec Rosji. My uważamy, że odwrotnie – utrzymywanie nierównego statusu może prowokować, a nie zmierzać do odbudowy stosunków polityczno-gospodarczych na tym obszarze.
No tak, tylko jak przekonać Niemców, tym bardziej że rzeczywistość pokazuje, iż wbrew solidarności unijnej rozgrywają własną politykę z Rosją? Projekt Nord Stream II jest chyba najlepszym tego przykładem.
– Niemcy prowadzą taką politykę od dawna. Przypomnę, że kiedy rozpoczynaliśmy debatę o rozszerzeniu NATO, też spotkaliśmy się z niechęcią części państw zachodnich. Również w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza w kręgach liberalnych związanych z gazetą „New York Times”, gdzie środowiska wpływowe optowały, że trzeba zrobić wszystko, aby nie doprowadzić do konfrontacji z Rosją, żeby ta nie odtworzyła antyzachodniego bieguna. Tymczasem udało się rozszerzyć NATO, udało się przyjąć 10 nowych państw. Również dzisiaj sytuacja wymaga zdecydowanej postawy dyplomacji i wyperswadowania Niemcom, że ich pogląd i stanowisko, iż nie należy rozmieszczać instalacji NATO-wskich w Polsce, jest błędne. Musimy tłumaczyć, że obowiązki Sojuszu Północnoatlantyckiego wobec państw członkowskich są istotniejsze niż korzyści gospodarcze, które jedno z państw – mam na myśli Niemcy – może odnieść ze współpracy z Rosją.
Czy głos szefów państw wschodniej flanki NATO, którzy spotkają się w środę w Bukareszcie, może mieć w tej kwestii jakieś znaczenie?
– Oczywiście, że może, a nawet musi mieć znaczenie. Ten głos będzie bardziej doniosły, jeśli państwa wschodniej flanki NATO od Bałtyku po Morze Czarne będą zjednoczone. Do tego głosu trzeba dołączyć argumenty, które będą przekonujące nie tylko dla Niemców, ale także dla Stanów Zjednoczonych, Kanady czy Turcji, i niewykluczone, że stworzy się głos większości, który doprowadzi do wzmocnienia wschodniej flanki NATO.
Czy Pana zdaniem, szczyt warszawski może być impulsem do polityki rozszerzania NATO na kolejne kraje, np. Czarnogórę i nie tylko?
– Takie jest założenie, że Czarnogóra zostanie przyjęta w szeregi NATO na szczycie warszawskim. Natomiast czy to posunie sprawę członkostwa Ukrainy czy Gruzji, to zupełnie inna sprawa. Wszystko zależy też od efektów reform w tych krajach, które – przypomnę – są przewidziane układem stowarzyszeniowym z Unią Europejską. Do tego dochodzi ogromna presja rosyjska, aby kraje te nie rozpoczynały tych reform i nie zrealizowały układu stowarzyszeniowego z Unią. Sytuacja na arenie międzynarodowej jest bardzo skomplikowana, co będzie dużym wyzwaniem dla przyszłej polskiej dyplomacji.
Jakie powinny być kierunki nowej polskiej dyplomacji, jeśli chodzi o sprawy naszego bezpieczeństwa?
– Przede wszystkim polityka regionalna zmierzająca do odbudowy współpracy i solidarności państw. Nie chodzi tu o budowanie frontu przeciwko komukolwiek, ale frontu w ramach Unii Europejskiej i w ramach NATO, m.in. na rzecz wyrównania statusu bezpieczeństwa, na rzecz wspólnego politycznego rozwiązywania problemów od Ukrainy po Bliski Wschód. Dzisiaj NATO nie kwapi się, żeby rozwiązywać te problemy, ale podejmowane działania idą bardziej w kierunku zamrażania, odrzucania ich od siebie. Tymczasem u bram Europy stoją dziesiątki tysięcy imigrantów i jeśli Europa wspólnymi siłami nie podejmie skutecznych działań, a nie jedynie doraźnych na rzecz rozwiązania problemów, jakie stoją u naszych granic, to skończy się to z uszczerbkiem dla nas wszystkich. Nie będzie też mowy o żadnym rozwoju.

