Gdy patrzy Pan na Polskę przez pryzmat polityki historycznej, to jaki obraz państwa się wyłania?
– Ze smutkiem muszę przyznać, że przez ostatnie 25 lat, z krótką przerwą na czas rządów Prawa i Sprawiedliwości, w kwestii polityki pamięci dominowała pedagogika wstydu. Zwróćmy uwagę, że przy rocznicach wydarzeń, które były upamiętniane, pojawiał się zawsze wątek przepraszania innych przez państwo polskie za ciemne strony naszej historii. Obserwowaliśmy obawę przed tym, co powie Europa, jeżeli zbyt dumnie będziemy podnosić kwestię naszego wkładu w cywilizację europejską. Uważano, że jak będziemy dumnie podnosić głowę, to nam to zaszkodzi. To jest podstawowa rzecz, z pedagiką wstydu trzeba raz na zawsze skończyć. Tylko dumne narody mogą dokonywać rzeczy wielkich.
I jak przywrócić dumę z bycia Polakiem?
– Żeby naród był dumny, to tak trzeba ukształtować młode pokolenie, aby wśród niego pojawiła się silna świadomość historyczna. Ta z kolei musi dawać poczucie zadowolenia i dumy z tego, że się jest Polakiem. W skrócie: trzeba tę dumę przywracać, i to na wielu płaszczyznach. Można to robić poprzez dobre produkcje filmowe i teatralne. Także poprzez przemodelowanie nauki historii w szkołach, tak aby dominantem stały się postacie i wydarzenia, które odegrały istotną rolę w kształtowaniu historii Polski, Europy i świata. Trzeba przypominać o roku 1683, czyli naszym wkładzie w powstrzymaniu muzułmańskiego zalewu Europy, i o roku 1920. Właśnie rok 1920 jest w Europie najbardziej niedowartościowany. Wreszcie przypomnijmy Europie o wkładzie, który do historii wniosła „Solidarność”. Upadek komunizmu nie rozpoczął się w Berlinie, a właśnie w Polsce. Trzeba też przypominać o takich osobach, jak rotmistrz Witold Pilecki. Ale to przypominanie nie może dokonywać się tylko w Polsce. Musimy z tym wyjść poza granice kraju.
Tu otwiera się pole przed MSZ i ministrem Witoldem Waszczykowskim.
– Dokładnie tak, nasze służby dyplomatyczne muszą być o wiele bardziej aktywne. Europa musi mieć pełną świadomość tego, ile Polsce zawdzięcza. Wtedy będziemy dumni nie tylko tu, nad Wisłą, ale również inaczej będą z nami rozmawiać nasi partnerzy zagraniczni. Trzeba im przypomnieć, że co najmniej dwa razy obroniliśmy Europę podczas starcia cywilizacyjnego, a także w XX wieku daliśmy Europie wolność, którą zapoczątkował ruch „Solidarność”, który miał swój początek w wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Europa musi mieć świadomość, ile nam zawdzięcza. Tego nie osiągniemy bez aktywnej dyplomacji. Jest jeszcze polityka historyczna defensywna.
Bronienie nas przed oszczerstwami?
– Musimy żywo reagować na wszelkie próby zniesławiania nas. To też jest przecież polityka historyczna. Zagadnienie to odnosi się w pierwszej kolejności do historii II wojny światowej. Polska jest krajem, w którym uratowano najwięcej Żydów, a tymczasem pojawiają się, i to z ust prominentnych polityków światowych, sformułowania o polskich obozach śmierci. Z tym trzeba walczyć i mam nadzieję, że rząd i MSZ, będą reagować nie wstydliwie, ale z podniesionym czołem na wszelkie próby dezawuowania naszej historii i wkładu w dzieje Europy i świata.
Mówi Pan o systemie. Prezydent RP Bronisław Komorowski honorował wroga Polaków Clausa von Stauffenberga, a dla rodziny Witolda Pileckiego zabrakło miejsca na uroczystościach 70. rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Trudno mówić chyba w tym przypadku o braku polityki historycznej, ale raczej o tym, że przegrała zwykła ludzka przyzwoitość...
– Ma pan rację. Bronisław Komorowski jest świetnym przykładem, jak nie należy uprawiać polityki historycznej. Nie można wielbić tych, którzy byli wrogami Polski, mówię tu o von Stauffenbergu, a pomniejszać nasz wkład, choćby przy okazji obchodów wyzwolenia niemieckiego obozu w Auschwitz i nie uwzględnienia w liście gości rodziny Witolda Pileckiego, czyli jednej z najpiękniejszych postaci Polski i Europy. Politykę historyczną realizują ludzie. Na szczęście Polacy w demokratycznych wyborach wybrali taki rząd i parlament, który nie wstydzi się mówić, że Polska jest najważniejsza i że możemy z podniesionym czołem występować przed światem. Dobrze się stało, że Polacy podziękowali takim politykom, jak przytoczony przez pana Bronisław Komorowski, który w tak fatalny sposób uprawiał politykę pamięci.
Na najwyższym szczeblu zaszły zmiany, prezydentem jest Andrzej Duda, który wielokrotnie podkreślał, że polityka historyczna jest dla niego kluczowa. Liczy Pan na początek renesansu polskiej kultury i historii?
– Tak, bo to nie są tyko słowa, ale też fakty. Nie dalej jak trzy tygodnie temu odbyło się ważne spotkanie u prezydenta poświęcone polityce historycznej, w którym uczestniczyli wybitni historycy. Uczestniczyli również ci, którzy w sposób praktyczny uprawiają politykę historyczną. Niezwykle ważne jest nadanie kierunku polityki historycznej, co jest rolą prezydenta, rządu oraz środowisk patriotycznych, które do tej pory wyręczały państwo. Mówię o stowarzyszeniach czy harcerzach. Tym organizacjom trzeba stworzyć możliwości tworzenia oddolnych inicjatyw. Takie deklaracje są. Planuje się funkcjonowanie rozbudowanego programu „Patriotyzm jutra”, który nadzorowało ministerstwo kultury. Program ten wspiera wszystkie organizacje pozarządowe, które zajmują się polityką historyczną. Państwo musi wskazać kierunek, ale musi też dać mechanizm wsparcia. Jestem przekonany, że za słowami pójdą czyny i wszelkie inicjatywy, które budują patriotyzm także w formach współczesnych, otrzymają wsparcie. Do młodego pokolenia trzeba mówić językiem dla niego zrozumiałym i w formach, jakie XXI wiek nakazuje. Niech to będą formy multimedialne, jednak nie tylko filmy, ale np. gry komputerowe. Uważam, że tędy wiedzie droga do przebudzenia ducha Narodu.
Historycy są zgodni co do tego, że bez Kościoła katolickiego nie przetrwalibyśmy okresu wynarodowienia, a więc rozbiorów, II wojny światowej i PRL. Widzi Pan pole do dalszej współpracy między państwem a Kościołem w tej materii?
– Dzięki Kościołowi przetrwaliśmy najtrudniejsze czasy. Kościół i chrześcijaństwo są fundamentem naszej cywilizacji. Tak jak pan wspomniał, to dzięki Kościołowi przetrwaliśmy 123 lata rozbiorów, okupację niemiecką, oraz dzięki osobistemu zaangażowaniu ks. Prymasa Wyszyńskiego okres PRL. Myślę, że dobrą okazją przypomnienia, jak ważne są związki Kościoła z państwem, będzie rok przyszły, kiedy będziemy obchodzić 1050. rocznicę chrztu Polski. Początek naszej państwowości to jest przyjęcie przez Mieszka I chrześcijaństwa. Polska, polskość i chrześcijaństwo – to nierozerwalne elementy. One zawsze ze sobą współgrały. Kościół zawsze współpracował z niepodległą Rzeczpospolitą, a ta z Kościołem. W sytuacjach zagrożenia Kościół stanowił ostatnią oazę wolności. Rok 2016 jest dobrym momentem, aby o tym przypomnieć. Również tym, którzy uważają, że kwestię wiary trzeba odsunąć od bieżącej polityki. Otóż nie. Polskość i chrześcijaństwo to są dwa filary, na których stoi Rzeczpospolita od 1050 lat.

