logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

To obrona korupcji

Poniedziałek, 21 grudnia 2015 (20:51)

Aktualizacja: Poniedziałek, 21 grudnia 2015 (20:52)

Z mec. Januszem Wojciechowskim, byłym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, posłem Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Część mediów, dyżurne autorytety oraz politycy opozycji obwieszczają codziennie, że demokracja w Polsce jest zagrożona. O jakim zagrożeniu jest mowa?

– Jak widać, mamy do czynienia z zakrojoną na ogromną skalę akcją propagandową, która ma na celu zablokowanie zmian w Polsce. Pod pozorem obrony demokracji prowadzona jest tak naprawdę obrona korupcji. To, co proponuje Prawo i Sprawiedliwość, jest wielkim zagrożeniem dla potężnych interesów. Warto choćby wspomnieć, że z szacunków, według oficjalnych informacji Komisji Europejskiej czy oficjalnych dokumentów Banku Światowego, wynika, że np. wyłudzenia podatku VAT w Polsce w ostatnim roku sięgają ok. 53 miliardów złotych. A zatem tyle brakuje w budżecie pieniędzy, które powinny tam być, a mafijnymi metodami są wyprowadzane. To jednak nie wszystko, bo według European Anti-Fraud Office (OLAF) – Europejskiego Urzędu ds. Przeciwdziałania Nadużyciom, co czwarty przetarg na zamówienia publiczne w Polsce, finansowane z publicznych pieniędzy, jest ustawiony. Jeśli do tego dodamy setki tysięcy hektarów polskiej ziemi, które już są w obcych rękach, a za chwilę miały być nawet miliony hektarów, tyle że przejęcie władzy w Polsce przez PiS krzyżuje te wielkie plany i ogromne interesy i stąd ten atak. Natomiast zagrożenia dla demokracji w Polsce nie ma żadnego. Na ulicach odbywają się demonstracje, którym nikt nie przeszkadza, i jeśli już, to za rządów koalicji PO – PSL demonstranci byli bici w Warszawie. Ponadto w Jastrzębiu strzelano do górników z broni gładkolufowej, a kilkaset osób zostało zatrzymanych podczas Marszu Niepodległości. I to wtedy, kiedy rządziła Platforma, było zagrożenie dla demokracji, a nie teraz. To nie kto inny jak poprzednia władza lekceważyła głos Narodu, nie licząc się z ludźmi. Kilka milionów podpisów domagających się referendum w sprawie wieku emerytalnego, wieku szkolnego sześciolatków czy Lasów Państwowych zostało wrzucone do kosza. To Platforma ma na sumieniu wyważenie drzwi o szóstej rano i wtargnięcie do internauty, który przedstawiał w internecie nieprawomyślne poglądy na temat prezydenta Komorowskiego, karano kibiców, którzy prezentowali krytyczne hasła wobec rządu czy premiera Tuska. Przykładów zagrożenia dla demokracji za rządów PO – PSL można znaleźć znacznie więcej. Dzisiaj nie dzieje się nic, co mogłoby świadczyć, że rząd PiS represjonuje Polaków.   

Panie Pośle, kto może się obawiać nowej władzy w Polsce, bo chyba nie przeciętny Kowalski?

– Nikt, kto próbuje wyrazić swoje poglądy krytyczne wobec obecnej władzy, nie musi się czuć zagrożony. Prawdę mówiąc, nie wiem, kto chodzi na manifestacje pod szyldem Komitetu Obrony Demokracji, nie wiem, kim są ludzie, którzy dają się wciągać w tę grę. Pewnie część z nich robi to nawet w dobrej wierze, ale tak naprawdę są używani do brutalnej politycznej rozgrywki. Powtórzę raz jeszcze: to, co obserwujemy na ulicach, to nie jest obrona demokracji, ale to jest obrona korupcji. Ci, którzy dzisiaj wychodzą na ulice, nawet nie zdają sobie  sprawy z tego, że w rzeczywistości opowiadają się za tym, żeby np. przetargi były dalej ustawiane, żeby podatek VAT dalej był wyłudzany, żeby polska ziemia dalej była wyprzedawana w obce ręce. To zmanipulowane protesty.

Spodziewał się Pan, że po objęciu rządów przez PiS nowa władza nie będzie miała nawet zwyczajowych „100 dni spokoju”?     

– Prawdę mówiąc, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Ale nie należy się tym przejmować, musimy robić swoje. Myślę, że kiedy PiS podejmie swoje sztandarowe reformy społeczne, np. przywrócenie wieku emerytalnego, bardzo oczekiwany dodatek 500 złotych na dziecko, co jest już blisko, jeśli zostanie podjęta prawdziwa – a nie jak to było za Platformy – pozorowana reforma służby ochrony zdrowia czy reforma szkolnictwa – likwidacja gimnazjów i powrót do ośmioklasowej szkoły podstawowej, jeśli będą prawdziwe reformy w wymiarze sprawiedliwości, które rozpoczyna min. Zbigniew Ziobro, to ludzie zobaczą, kto chce dobrych zmian i kto chce służyć Polsce, a komu zależy na obronie układu. Mamy zmasowany atak, do czego – co jest haniebne – wykorzystywane są nawet dzieci, które trzymają plansze, na której widnieje obrazek przedstawiający strzelbę wycelowaną w kaczkę z oczywistą aluzją, że chodzi o prezesa Jarosława Kaczyńskiego. To niedobry znak, bo przypomnę, że w takiej kampanii nienawiści „wyhodowany” został Ryszard Cyba, który w 2010 r. zabił mojego współpracownika śp. Marka Rosiaka. Ta zbrodnia zrodziła się z nienawiści. I z taką psychogenną atmosferę, która jest rozsiewana, z której może się narodzić drugi Cyba, bo organizatorzy tych manifestacji – jak zresztą widzimy – nie przebierają ani w słowach ani w środkach, mamy do czynienia. Przypomnę, że Kazimierz Kutz – autorytet moralny obozu minionej władzy – mówił o Jarosławie Kaczyńskim: „demon”, „diabeł wcielony”. Takimi metodami i takimi słowami posługuje się Platforma. To jest groźne zjawisko i należy temu przeciwdziałać na tyle, na ile to jest możliwe.

Można temu przeciwdziałać?

– Oczywiście, że można. Tak jak już wspomniałem, realizując dobry program PiS dla Polski, program prospołeczny, który – wierzę w to mocno – Polacy docenią.

Jak to jest, że jedni to, co robi PiS, nazywają naprawianiem, a inni psuciem państwa?

– To przypomina syndrom strażaka piromana, który najpierw podpala, a potem z zapałem gasi pożar. Podobnie się zachowuje Platforma i cały opozycyjny obóz. Przecież to ta formacja najpierw zaatakowała Trybunał Konstytucyjny, a nie PiS. Nie zachwycaliśmy się tym, jak orzekał Trybunał, ale też nie mieliśmy żadnych planów, żeby z nim walczyć. I to Platformie za mało było 9 swoich sędziów, i postanowiła, że chce mieć ich 14 na 15 zasiadających w Trybunale. I to w ostatniej chwili, a właściwie już po przegranych wyborach, bo obsadzili sędziów od listopada i od grudnia. To dobrze, że szyki zostały im pokrzyżowane, bo prezydent Andrzej Duda stanął na wysokości zadania i nie zaprzysiągł osób wybranych w sposób niekonstytucyjny. Z kolei Sejm unieważnił tamte uchwały, wybrał nowe osoby, prezydent dokonał zaprzysiężenia nowych sędziów i dzięki temu mamy obecnie czystą sytuację. Trybunał może działać. Protestującym zaś nie broni się krzyczeć, nie tak jak to było za rządów Platformy, kiedy władza wobec sprzeciwu sięgała zaraz po represje.

O co zatem toczy się ta gra?          

– Gra idzie o dziesiątki miliardów złotych, które do tej pory były wypompowywane z kieszeni Polaków i trafiały w różne, często bardzo brudne ręce. To są wielkie interesy firm konsultingowych, doradczych, które miały podpisane z instytucjami rządowymi potężne kontrakty. Dzisiaj się to ucina i ci, których to dotyczy, krzyczą, bo bronią swoich brudnych interesów, wykorzystując do tego społeczeństwo. Ludzie idą protestować w przekonaniu, że rzeczywiście jest zagrożenie demokracji. Propaganda działa i stąd cały czas słyszymy jak nie o Hitlerze, to o różnych innych skojarzenia o PiS, z ludożercami włącznie. Trzeba zacisnąć zęby, wytrzymać to i robić swoje.     

„Gazeta Wyborcza” organizuje akcję z poparciem dla Trybunału Konstytucyjnego. Można je wyrazić, wysyłając do prof. Andrzeja Rzeplińskiego kartkę pocztową przygotowaną przez koncern Agora. Czemu ma służyć taki szum medialny?

– „Gazeta Wyborcza”, można powiedzieć, wychodzi z siebie. Podejrzewam, że nawet gdyby w Polsce wojna wybuchła, to  „Gazeta Wyborcza” mniej uwagi poświęciłaby temu wydarzeniu, niż to robi w odniesieniu do Komitetów Obrony Demokracji, które tak naprawdę są Komitetami Obrony Korupcji. Zresztą „Gazeta Wyborcza” za poprzedniej władzy należała do największych beneficjentów środowisk, które straciły swoje przywileje. Gazeta Wyborcza była uprzywilejowana, otrzymywała wielkie rządowe zlecenia, to w tym medium były masowo publikowane ogłoszenia, komunikaty, reklamy od instytucji czy spółek państwowych, za które otrzymywała duże pieniądze. Ale to się skończyło i dzisiaj nikt już nie będzie dłużej preferował tej gazety. Myślę, że medium to już czuje, że traci grunt pod nogami, i stąd panika, i akcje wymierzone w rząd PiS. O tym, jakich idoli czy mentorów mają te Komitety Obrony Korupcji, niech świadczy fakt, że jedną ze sztandarowych postaci tych manifestacji jest Jan Tomasz Gross, który pojawił się z charakterystyczną tabliczką na piersi i napisem: „najgorszy sort Polaków”, co akurat w jego przypadku nie jest przekłamaniem i nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem.   

Czemu ma służyć wynoszenie polskich spraw na forum międzynarodowe i jak, poza wypowiedzią przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, są one odbierane w Brukseli, bo wydaje się, że przekaz medialny jest jednostronny?

– Sądzę, że jest to metoda, która ma na celu zwiększenie skuteczności tego zamieszania, jakie obserwujemy w kraju. Przez lata usiłowano wmówić Polakom, że Europa nie ma nic innego do roboty, jak tylko śledzić, co się dzieje u nas w kraju. Taka propaganda jest zresztą rozsiewana nadal. Dlatego słyszymy, że np. Niemcy źle o nas mówią, że jakie to wielkie nieszczęście się stało po objęciu rządów przez PiS. Tymczasem zapytam: czy Niemcy się martwią, co o nich się mówi w Polsce? Przecież to jakieś bzdury. Tak naprawdę Europa  nie przejmuje się specjalnie tym, co się dzieje w poszczególnych krajach członkowskich, zwłaszcza gdy chodzi o ich wewnętrzne sprawy. Dajmy na to we Włoszech wielki kryzys konstytucyjny trwał przez rok i dopiero w 32. głosowaniu wybrano trzech sędziów Trybunału Konstytucyjnego i nikt w Europie tak naprawdę nie wiedział o tym, co się tam dzieje. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz jakoś nie mówił wówczas, że mamy do czynienia z zamachem stanu we Włoszech. Natomiast polskie sprawy  wynosi się na forum międzynarodowe, wyolbrzymiając je zresztą. Dlatego nie należy się tym przejmować, tak naprawdę Europa wie, że to, co dzieje się w Polsce, to normalna sytuacja, podobnie jak w wielu innych krajach, i że to my sami musimy rozwiązać te problemy. Oczywiście media zagraniczne, głównie niemieckie, nie pisałyby o tym, gdyby nie presja środowisk z Polski, które zwalczają rząd PiS. Niemcy, które tak bardzo martwią się tym, co się dzieje w Polsce, pragnę uspokoić, że nic im z naszej strony nie zagraża i mówiąc przewrotnie 1939 r. się nie powtórzy, a Polska z pewnością nie napadnie na Niemcy.

Dziękuję za rozmowę.     

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl