„The Washington Post” apeluje do prezydenta USA Baracka Obamy o wywarcie wpływu na rząd Beaty Szydło, aby odszedł od polityki zagrażającej demokracji w Polsce. Skąd ta troska zachodnich mediów o sytuację w Polsce?
– Wielu znawców ocenia, że uruchamia się różne dźwignie polityczne, które środowisko lewicowo-liberalne posiada. Zarazem te środowiska działają z inspiracji zagranicznych sił politycznych. Gdy przyjrzymy się „The Washington Post”, nie sposób nie zauważyć, że związana z tą gazetą jest Anne Applebaum, żona byłego marszałka Radosława Sikorskiego. Myślę, że kontaktami z tą gazet może pochwalić się „Gazeta Wyborcza”. Biorąc pod uwagę zachowanie komentatorów „The Washington Post”, myślę, że jest ono spowodowane działaniami pewnych kręgów międzynarodowej lewicy, myślę tu o lewicy europejskiej.
Gazeta twierdzi, że dziesiątki tysięcy Polaków przyłączyły się do demonstracji organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji. Widział Pan te tłumy na ulicach?
– Nie obserwowałem demonstracji, ale wiem, że zawsze można napisać, że brały w niej udział setki tysięcy czy miliony. Gdybyśmy odwrócili sytuację i spojrzeli, jakie demonstracje przechodzą przez Stany Zjednoczone, i z tej racji rząd polski miałby interweniować u prezydenta Obamy i ingerować w ten spór, to byśmy powiedzieli, że poruszamy się w oparach absurdu. Jeżeli mamy do czynienia ze sporem politycznym, a nawet z demonstracjami jednej lub drugiej strony, to reakcja strony amerykańskiej byłaby takim samym absurdem. Ciekawe, dlaczego „The Washington Post”, kiedy uderzano w wolność polskich mediów i kiedy mieliśmy wielotysięczne demonstracje na ulicach naszych miast w obronie Telewizji Trwam, nie naciskał na prezydenta Obamę, żeby ten interweniował. To jest podwójna etyka w kwestii oceny zjawisk. Kiedy „nasi” rządzą, to się wybacza wszystko, jeśli obejmuje władzę konkurencja polityczna, to należy doprowadzić do takich nacisków i histerii, ażeby tę władzę szybko straciła.
Panie Profesorze w którą stronę ewoluuje pojęcie demokracji? Odnoszę wrażenie, że słowo to staje się swoistym wytrychem umożliwiającym silnym krajom ingerencję w wewnętrzne sprawy krajów słabszych.
– Podobnie terroryzm stał się pojemnym pojęciem. Rosja, interweniując w Donbasie, też walczy z terroryzmem. Podobnie kraje zachodnie chcą walczyć z terroryzmem w różnych zakątkach świata. USA, interweniując w Iraku, chciały wyeliminować broń masowej zagłady i terroryzm Saddama Husajna, przy czym tej broni nie znaleziono. W tej chwili używa się pojęcia „demokracja”, a ono oznacza Trybunał Konstytucyjny. Za chwilę demokracja będzie się równać Platforma i Nowoczesna, a gdy poczekamy jeszcze trochę, to oznaczać będzie Ryszard Petru. A więc gdy ktoś skrytykuje Petru i Platformę, ten atakuje demokrację. To są pojęcia zamiennie używane, nic nie znaczą w sensie istotowym. Każdy się chyba zgodzi, że demokracja to coś dobrego, więc stosuje się ją w celach manipulacyjnych, a nie do opisu realnej rzeczywistości.
Jak Pan reaguje na hasła wzywające do „drugiego majdanu”?
– Kiedyś, kiedy Polskę reformowano w XVIII wieku, w czasach Konstytucji 3 maja, zawiązała się konfederacja targowicka pod hasłem obrony wolności szlacheckiej czy, jak kto woli, demokracji szlacheckiej. Targowiczanie pojechali do carycy Katarzyny i prosili ją o to, żeby interweniowała w obronie wolności i demokracji. Do tego, gdy dodamy majdan, czyli wzywanie do rewolucji tuż po wyborach i wywrócenie porządku konstytucyjnego, to sytuacja jest skrajnie niebezpieczna. Niestety w takim kontekście należy ją czytać. Niewyobrażalne jest, aby politycy udzielali wywiadów obcym mediom i w ten sposób prowokowali Zachód do nieuprawnionych reakcji. Tak samo niedopuszczalne jest wzywanie do rewolucji. Czym innym jest wzywanie do protestów. Gdy słyszymy wezwania do usunięcia legalnej władzy powołanej w wyniku demokratycznych wyborów, to mamy sytuację bardzo niebezpieczną.

