logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Korekta w kulturze

Sobota, 2 stycznia 2016 (02:16)

Z prof. Piotrem Glińskim, wicepremierem, ministrem kultury i dziedzictwa narodowego, rozmawia Małgorzata Rutkowska

Panie Premierze, nawała polityczno-medialna wymierzona w rząd przybiera na sile. Obserwując ten jednolity front opozycji i mainstreamowych dziennikarzy – czy nie należało wcześniej zająć się mediami, a nie Trybunałem Konstytucyjnym?

– Aby móc rządzić, musieliśmy uporządkować Trybunał Konstytucyjny, który funkcjonował w oparciu o niekonstytucyjną ustawę, notabene opracowaną, przynajmniej częściowo, przez kierownictwo TK. To jest rzecz niespotykana w demokracjach i potwierdzająca nasze przekonanie, że Trybunał był – przynajmniej w pewnym zakresie – instytucją wykorzystywaną do celów czysto politycznych. Tak wskazuje doświadczenie funkcjonowania tego sądu konstytucyjnego. Dlatego, żeby móc zmieniać Polskę, realizować swoje zobowiązania wobec wyborców, należało zapewnić pluralizm w składzie TK. Inaczej wszelkie nasze działania narażone byłyby na destrukcję ze strony Trybunału.

Czy jednak cena nie okazała się zbyt wysoka?

– W dłuższej perspektywie – nie sądzę. Wygraliśmy demokratyczne wybory w sytuacji bardzo niekorzystnej, nie mając żadnego wpływu na instytucje państwa, wobec bardzo tendencyjnych najsilniejszych mediów, niechętnego zmianom otoczenia zagranicznego i skierowania właściwie całego aparatu państwa przeciwko nam. Nawet spółki Skarbu Państwa służyły do rozszerzania strefy wpływów poprzedniej władzy. Ci wszyscy ludzie tworzą teraz Komitet Obrony Demokracji, walcząc przeciwko zmianom, bo – po prostu – tracą władzę, wpływy, niekiedy ciepłe posady i dostęp do władania środkami i instytucjami publicznymi. To boli.

Udało się już trochę nadgryźć patologiczny system budowany przez ostatnie osiem lat?

– Na tyle, na ile pozwolił czas. Obecna władza, w pewnym zakresie, przez 2 miesiące zrobiła więcej niż PO przez 8 lat. Staramy się ucywilizować nasz kraj, odsuwamy ludzi, którzy decydowali o kształcie Polski przed wyborami i stracili mandat, a także grupy interesów przyssane do wszystkich instytucji państwa polskiego.

Głowy hydry odrastają?

– W wielu miejscach. Faktyczne przejęcie władzy odbywa się krok po kroku. Jeżeli odzyskujemy spółki Skarbu Państwa, to eliminujemy patologię, polegającą np. na tym – mogę to powiedzieć jako minister kultury – że spółki te finansowały prywatne teatry założone przez osoby aktywnie popierające poprzednią władzę. Teraz widzimy, skąd brały się różne, zupełnie nieodpowiedzialne, deklaracje polityczne niektórych takich osób. To byli ludzie finansowo zależni od poprzedniej władzy, która w ten sposób kupowała sobie poparcie. Oznacza to, że obywatele ponosili koszty politycznej agitacji. W swojej dziedzinie staram się wprowadzać zmiany i reformy, ale w wielu przypadkach podpisane zostały wieloletnie umowy, które trudno zmienić. Spotykamy się też z przypadkami przeniesienia władzy ministra do instytucji poza ministerstwem albo podpisywania nominacji przed objęciem władzy przez nowego ministra. W ten sposób trudno jest prowadzić politykę kulturalną państwa, do czego jestem ustawowo zobowiązany.

Jakieś konkretne przykłady?

– Wolałbym mówić systemowo, bo później ktoś się skupi, w sposób tendencyjny, na jednej sprawie. Jest np. umowa o współfinansowaniu przez ministerstwo nowo powołanej instytucji kultury przez 50 lat. To już jest świat absurdu. Także powołań tuż przed moim przyjściem było bardzo wiele. Teraz z tymi ludźmi muszę współpracować, choć oni są z innego nadania politycznego, niechętni do współpracy.

Zmiana w mediach publicznych już wywołała trzęsienie ziemi. Jeszcze niedawno wicemini-ster Krzysztof Czabański zapowiadał, że będzie jedna ustawa o mediach narodowych. Dlaczego została rozbita na dwie regulacje?

– Przyczyna jest dość prozaiczna – część finansowa nie została przygotowana przez poprzedni rząd. A dochodziły sygnały, że w szufladach ministerstwa leżą gotowe rozwiązania. Pamiętajmy, że PO, blokując tzw. medialną ustawę obywatelską, obiecywała jednocześnie nową ustawę medialną i nawet zaczęła ją przygotowywać, ale – jak to zwykle z PO bywało – i w tym przypadku nie dotrzymano słowa. I nie mieliśmy wyjścia. Nie może być tak, że zmienimy instytucję, natomiast ona nie będzie miała z czego żyć.

Prace potrwają kilka miesięcy, więc na razie wprowadzamy małą nowelizację, która m.in. przekazuje możliwość mianowania szefów mediów publicznych właścicielowi, czyli ministrowi Skarbu Państwa.

Pojawia się zarzut opozycji, że media publiczne stały się rządowe.

– W naszej ocenie, media publiczne w obecnym kształcie były rządowe, uzależnione od PO – PSL, i to z pewnością trzeba zmienić. Wszelkie konkursy i procedury były fikcją. Zawsze na końcu władzę w mediach otrzymywali ludzie z nadania politycznego. A ci, co teraz najbardziej protestują, to właśnie te osoby. Czysta obłuda. Pamiętajmy też, że zmiany w mediach były często omawianym tematem w trakcie kampanii, nie ma tu niespodzianek, uzyskaliśmy mandat społeczeństwa do tych zmian. Powodem zmian jest również to, że telewizja od wielu lat nie wypełnia swojej misji publicznej, do czego jest zobowiązana. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji jest, jak wiadomo, organem politycznym, więc nie reaguje i trwa w tym stanie rzeczy. Dla nas i obywateli jest zupełnie oczywiste, że misja publiczna jest niewypełniona. Są na to setki przykładów, jak choćby nachalne promowanie w mediach pewnych polityków przy jednoczesnym wyrugowaniu z nich nowo wybranego prezydenta w czasie kilkumiesięcznej kampanii parlamentarnej, a także obecnie. To są rzeczy skandaliczne.

Jaka koncepcja finansowania mediów jest obecnie rozważana? Co będzie z abonamentem?

– Abonament nie funkcjonuje, został zdemontowany przez premiera Tuska, który namawiał do jego niepłacenia. Dziś rozwiązania są dwa: opłata przy PIT lub opłata przy rachunku za elektryczność, co wymaga uzgodnień ze spółkami energetycznymi. Decyzja w tym zakresie jeszcze nie zapadła, stąd wspomniałem o potrzebie przedłużenia prac nad ustawą o kilka miesięcy. Jest jeszcze możliwość opodatkowania reklam, zresztą także w mediach publicznych, ale ta opcja jest najmniej prawdopodobna.

Czy zakończył się już audyt w ministerstwie kultury?

– W tej chwili są wdrożone dwa audyty wewnętrzne i różnego rodzaju przeglądy. Poszczególni wiceministrowie przygotowali raporty otwarcia opisujące, jaki jest stan w podległych im obszarach. Podpisujemy też umowę na audyt organizacyjno-strukturalny z firmą zewnętrzną, będzie dotyczył samego ministerstwa i instytucji zewnętrznych.

Środowiska zatroskane o polską kulturę alarmują: teatr sięgnął dna. Dominuje niszczenie tradycji, dekonstrukcja polskości, antykatolicyzm, obscena. Widzowie oczekują zmian.

– To jest bardzo trudny temat z uwagi na to, że jest grupa ludzi, którzy uważają, że potrzebny jest teatr eksperymentalny, elitarny. Muszę tu być ostrożny. Uważam, że są pewne granice eksperymentowania i dałem temu wyraz, protestując w sprawie zapowiadanej pornografii w Teatrze Polskim we Wrocławiu, choć chcę z całą mocą podkreślić, że w ogóle nie oceniałem tej sztuki. Oceniałem tylko to, że ktoś chce wprowadzić elementy porno do publicznego teatru, i to za państwowe pieniądze. Jako urzędnik państwowy byłem do tego zobowiązany. Inna sprawa, że wszystko zostało tak medialnie zakłamane, że później w CNN można było usłyszeć, że wprowadzamy sowiecki model kultury. Pewne granice więc są, natomiast bardzo trudno jest wchodzić w obręb tzw. wolności artystycznej, która może się nam nie podobać, bo czasami łamie pewne tabu kulturowe czy dyskredytuje kulturę narodową, ale my musimy być tu ostrożni. Te kryteria zawsze są nieostre, wolność artystyczna jest przecież istotną wartością, i zawsze też narazimy się na kontrargument drugiej strony, że niektórzy ludzie na takie sztuki jednak chodzą.

Szczególnie bulwersuje to, co dzieje się w teatrach narodowych finansowanych z naszych podatków. Sygnatariusze listu otwartego domagają się odwołania Jana Klaty z funkcji dyrektora Narodowego Teatru Starego w Krakowie.

– Scena narodowa powinna w większym oczywiście stopniu pełnić misję publiczną związaną z naszą tożsamością, z historią, z kanonem wartości kulturowych, narodowych. I w tym sensie sceny narodowe funkcjonują w zróżnicowany sposób. Obecnie robimy przegląd całości życia teatralnego, stąd jeden z pracowników ministerstwa, w ramach – podkreślam to szczególnie – naszych statutowych obowiązków obejmujących monitorowanie i ocenę programów i wydarzeń artystycznych w instytucjach nam podlegających, zwrócił się o nagrania wideo spektakli. Po to m.in. Wanda Zwinogrodzka, wybitny krytyk teatralny, były szef Teatru Telewizji, została wiceministrem, żeby ktoś naprawdę kompetentny ocenił sytuację polskiego teatru. Przygotowujemy raport otwarcia – analizę funkcjonowania całego życia teatralnego w Polsce i przedstawimy płynące z niego wnioski przede wszystkim środowisku teatralnemu. Ewentualne decyzje personalne czy instytucjonalne będą pochodną tego rodzaju analizy.

Nastąpi zmiana kryteriów przyznawania funduszy na dzieła artystyczne? Gdy środowisko prowokatorów artystycznych odetnie się od państwowych środków, skandalicznych praktyk będzie mniej.

– Na pewno będzie korekta. Nie ma powodu, żeby grupy zmierzające do dekonstrukcji kultury, tradycji, tożsamości polskiej były faworyzowane tak jak dotychczas.

Nie powtórzy się sytuacja z zaproszeniem Zygmunta Baumana na prestiżowy kongres?

– Gdyby kongres kultury był sponsorowany przez ministerstwo kultury, byłbym odpowiedzialny za to, żeby znaleźli się tam przedstawiciele różnych nurtów kultury. Może być pan Bauman, jeżeli byliby też przedstawiciele innych opcji. Taki projekt nie może być podporządkowany jednej osobie czy ideologii. W tym samym czasie nie przyjęto na kongres zamówionego zresztą przez organizatorów referatu Michała Łuczewskiego, wicedyrektora Centrum Jana Pawła II, który pisze często o roli duchowości w życiu społecznym, reprezentuje chrześcijańskie podejście. To był właśnie przykład cenzury za państwowe pieniądze. Teraz takiej cenzury nie będzie.

Jak pod Pana rządami będzie wyglądała polityka muzealna? Czy powstaną nowe placówki, które będą tak silnie rezonować społecznie jak Muzeum Powstania Warszawskiego?

– Jedno już powstało – Muzeum Piaśnicy w Wejherowie, oddział muzeum w Sztutowie. To bardzo ważne muzeum, bo mało kto pamięta o mordzie na inteligencji polskiej nie tylko w Piaśnicy, ale także m.in. w Łodzi, gdzie 3 tys. przedstawicieli inteligencji zostało w ten sam sposób zamordowanych. To są rzeczy celowo zapomniane, bo stanowią dowód na to, że Polacy, nasze elity, także podlegali planowi zagłady. Prowadzimy w ministerstwie bardzo ciekawy projekt – chcemy przetłumaczyć i udostępnić światu niemieckie dokumenty dotyczące tej kwestii.

Największym projektem, nad którym od miesiąca ciężko pracujemy, jest jednak Muzeum Historii Polski. Chcemy je wybudować na 11 listopada 2018 roku, na stulecie niepodległości.

Lokalizacja na Cytadeli będzie utrzymana?

– Tak, bo inna nie daje szans na powstanie muzeum w zaplanowanym terminie. Chcemy osiągnąć na Cytadeli trzy rzeczy. Po pierwsze, znajdą się tam cztery muzea: Muzeum Historii Polski, Muzeum Wojska Polskiego, które buduje MON (i bardzo dziękujemy wojsku za doskonałą współpracę), działające już Muzeum Katyńskie oraz Muzeum X Pawilonu. Po drugie, otworzymy przestrzeń Cytadeli, która stanie się miejscem spotkań warszawiaków, rodzin z dziećmi, pod wiatami staną specjalne ekspozycje, będzie dużo zieleni, zbudujemy wielki parking podziemny. Tym samym przedłużymy do Cytadeli Trakt Królewski, biegnący od Wilanowa, przez Krakowskie Przedmieście, do Starego i Nowego Miasta, i teraz do Cytadeli właśnie. I trzecia rzecz: chcemy „odczarować” Cytadelę. To prawda, budowali ją Rosjanie, ale wcześniej były tam koszary gwardii królewskiej, mieściło się Collegium Nobilium, stamtąd wreszcie Józef Piłsudski wysłał depeszę notyfikującą powstanie niepodległej Polski. Chcemy się odwołać do tych historycznych symboli, bo to jest miejsce bardzo polskie!

Imponujący projekt. Ministerstwo udźwignie go finansowo?

– Państwo polskie musi być stać na takie dzieła.

Do tej pory słyszeliśmy, że nie ma pieniędzy na nowe muzea.

– Zdumiewa fakt, że budowane w Gdańsku Muzeum II Wojny Światowej, będące pomysłem premiera Tuska, w którym to muzeum mają być przedstawione, jak słyszę, różne wrażliwości, różne narracje różnych narodów, ma zagwarantowane w wieloletnim planie rządowym ok. 450 milionów złotych. Na Muzeum Historii Polski, i to dopiero w trakcie tegorocznych kampanii wyborczych, przeznaczono jedynie 310 milionów. Czym można to wytłumaczyć?

W 2016 roku na Muzeum II Wojny przeznaczono 175 milionów, na Muzeum Historii Polski – 11 milionów. To jest polityka historyczna w wykonaniu Platformy Obywatelskiej.

W jej ramach PO utrąciła choćby pomysł Muzeum Ziem Zachodnich, Muzeum Kresów. Można powrócić do tych projektów?

– Problem polega na tym, że zbyt wiele miast chce budować muzea. Będziemy na pewno wspierali Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Realizujemy też projekt Muzeum Piłsudskiego w Sulejówku. Ale pamiętamy też o inicjatywach Muzeum Ziem Zachodnich, Muzeum Kresów w Lublinie czy Muzeum Sybiru w Białymstoku. One też znajdą nasze poparcie.

Prezydent Andrzej Duda i premier Beata Szydło zapowiedzieli utworzenie specjalnego funduszu, z którego będą dofinansowywane produkcje filmowe promujące polską historię. Kiedy je zobaczymy?

– Zaraz po objęciu ministerstwa powołałem pełnomocnika do tych spraw. Dostałem już wstępny raport. Równolegle prowadzone są rozmowy ze środowiskiem filmowym i producenckim. Na dniach spotykam się z przedstawicielami filmowców. Chcemy rozpisać konkurs, zobaczymy, czy to będzie jedna duża czy może dwie średniej skali realizacje. Pieniądze spółek Skarbu Państwa, z działów marketingowych, jeżeli taka będzie wola ich szefów, powinny służyć dobru publicznemu i być przeznaczone na projekty istotne z punktu widzenia dobra publicznego, w tym wypadku dziedzictwa narodowego i kultury. I będzie to transfer transparentny i oparty na wynikach otwartego konkursu artystycznego.

Panie Premierze, a jaki film Pan chciałby zobaczyć? Ma Pan swojego wybranego bohatera, jakieś wspaniałe wydarzenie z naszej historii?

– Jest tyle bardzo ciekawych postaci… Na przykład płk Edward House, który łączył Ignacego Paderewskiego i prezydenta Woodrowa Wilsona. Nieznany, a bardzo wiele mu zawdzięczamy. Film o nim byłby atrakcyjny dla Amerykanów, ale i dla Polaków, bo to jest taka część historii, która była może mało efektowna, ale efektywna. Mamy też heroiczne postacie. Mnie zawsze chodził po głowie scenariusz o Polakach, którzy zostali w Sowietach po pokoju ryskim i po 1945 roku, jak np. te – często anonimowe, samotne – panie, które przez całe życie opiekowały się cmentarzem Na Rossie czy Cmentarzem Łyczakowskim we Lwowie. Opuszczone przez historię, w tych potwornych azjatyckich Sowietach zostały z własnej woli, bo uważały, że tak trzeba. To jest historia o nieznanych bohaterach. Można o nich zrobić przepiękny film odnoszący się do największych wartości, dzięki którym Naród żyje i trwa.

Dziękuję za rozmowę.

 

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Małgorzata Rutkowska

Aktualizacja 3 stycznia 2016 (18:08)

Nasz Dziennik