Jedna z trzech największych światowych agencji ratingowych – Standard & Poor’s, obniżyła ocenę wiarygodności kredytowej Polski z poziomu A minus do BBB plus z perspektywą negatywną. Czy jest to niepokojący sygnał?
– Oczywiście jest to sygnał niekorzystny dla wizerunku Polski. Tym bardziej że w okresie kilkunastu dni Polska została oskarżona w światowych mediach: o „putinizację kraju”, o czym mówił przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz i co zresztą podtrzymał po dzisiejszym spotkaniu z premier Beatą Szydło w europarlamencie w Strasburgu. Ponadto mogliśmy usłyszeć, że „Polska zagazowała Żydów”, o czym z kolei mówił Joël Mergui, przewodniczący Centralnego Konsystorza Żydów we Francji, czy zarzut o „niszczenie demokracji”, jaki sformułował Volker Klauder, szef frakcji CDU/CSU w Bundestagu. Ten dziwny zbieg w czasie haniebnych oskarżeń musi niepokoić.
Czy obniżenie ratingu jest decyzją uzasadnioną i z czego ona wynika?
– Decyzja jest efektem przygotowanej przez Standard & Poor’s analizy stanu polskiej gospodarki w latach 2010-2015 i prognozy na lata 2016-2019. Analiza została opracowana na bazie kilkudziesięciu wskaźników, m.in. takich jak: dynamika PKB, inwestycji krajowych, eksportu, importu, inwestycji zagranicznych, rezerw, zadłużenia, poziomu cen, wskaźników monetarnych itd. Ponieważ ocena (foreign currency rating) dotyczy wiarygodności kredytowej Polski (zdolności do obsługi zagranicznych zobowiązań), uzasadnianie decyzji przez Standard & Poor’s m.in. zmianami legislacyjnymi wprowadzanymi przez nowy rząd jest, delikatnie mówiąc, nielogiczne. Jeszcze dziwniejsze jest twierdzenie, że po zmianach związanych z dostosowaniem zasad funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego i mediów publicznych do norm obowiązujących w wielu krajach Unii Europejskiej kolejnym celem rządzącej partii PiS będzie Narodowy Bank Polski i Rada Polityki Pieniężnej. Z tego wynika, że S&P zaczyna wróżyć. Natomiast jest to o tyle groźne dla Polski i Polaków, że wiele rządów w przeszłości się przekonało, iż wróżbici po kilkunastu lub kilkudziesięciu latach są przedstawiani jako ci, którzy np. „pokonali Bank Anglii”.
Czy obniżenie ratingu to także wynik politycznej nagonki na Polskę po zmianie władzy i „gęby”, jaką dorabia swojemu krajowi opozycja?
– Polowanie z nagonką to tradycja nie tylko myśliwych, którzy np. w Polsce wymordowali zające. Nie ulega wątpliwości, że polityczna nagonka i haniebne zachowania niektórych przedstawicieli tzw. opozycji nie poprawiają wizerunku Polski i Polaków wśród obywateli Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych czy Japonii. A agencje ratingowe są elementem światowego rynku finansowego, którego beneficjenci od czasu bitwy pod Waterloo wiedzą, jak upolować zwierzynę. S&P powstała w 1860 r. i tylko w ostatnich kilkunastu latach, przy okazji upadku korporacji Enron, banku Lehman Brothers, krachu na rynku obligacji hipotecznych w Stanach Zjednoczonych czy problemów Grecji, pokazała, że jej oceny nie zawsze były trafne. Przynosiły jednym korzyści, innym ogromne straty. A czasem, jak ostatnio, S&P musiała sama zapłacić karę za swoje „wróżby” ponad 1,3 miliarda dolarów.
Biorąc pod uwagę, że inwestorzy giełdowi – i w ogóle finansowi – na całym świecie, jakby nie było, biorą bardzo poważnie pod uwagę ratingi, jaki to może mieć wpływ na naszą gospodarkę, finanse publiczne itp.?
– Inwestorzy kupujący obligacje emitowane przez rząd Polski mogą żądać większych korzyści, czyli wyższych odsetek. To z kolei oznacza wyższe koszty obsługi polskiego długu zagranicznego. Część inwestorów może dojść do wniosku, że zamiast w Polsce lepiej zainwestować w Malezji, Słowacji czy Mołdawii. Warto pamiętać, że od wielu lat pomimo podobnych wskaźników makroekonomicznych Polska musi płacić kilka razy więcej nabywcom obligacji rządowych niż np. Czechy czy Słowacja. Oprocentowanie 10-letnich obligacji rządowych emitowanych przed ogłoszeniem ratingu S&P według „The Economist” z 15 stycznia 2016 r. wynosiło dla Polski 2,93 proc., Słowacji 0,82 proc., Czech 0,71 proc., Litwy 1,45 proc., a dla Niemiec 0,51 proc. Negatywny dla Polski rating S&P może powiększyć te różnice. Aktualnie Czesi wygrywają z Polską 4:1, a Litwini 2:1. Obniżony rating to czerwona kartka, którą nieuczciwy sędzia pokazuje od razu bramkarzowi i napastnikowi z jednej drużyny za dyskusje na boisku.
Czy będzie to miało także negatywny wpływ na Giełdę Papierów Wartościowych?
– Wpływ na GPW w Warszawie od kilkunastu miesięcy wywierają inne czynniki. M.in. wycofanie pieniędzy z OFE do ZUS, zadyszka chińskiej gospodarki, następstwa akcji wojskowych Stanów Zjednoczonych i Francji w krajach arabskich czy relacje Rosji z Ukrainą. Ponadto do czynników mających negatywny wpływ na GPW mają: podwojenie się długu Polski w okresie rządów Platformy Obywatelskiej, horror podatkowo-prawny polskiej przedsiębiorczości, brak patriotyzmu gospodarczego w ostatnich 26 latach, niesprawiedliwy system podatkowy, bantustanizacja kraju, marnowane miliony złotych na pomniki pychy regionalnych polityków, absurdalny wzrost biurokracji, iluzje innowacyjnego wzrostu itd.
Jak należy rozumieć fakt, iż jedna z agencji obniża rating, a inna, np. FITCH, pozostawia rating Polski na dotychczasowym poziomie A minus z perspektywą stabilną?
– Każda agencja ma swoją strategię działania, przygotowywania analiz, wyboru wskaźników, ich oceny, szeregowania i przydzielania wagi. Jeśli FITCH wziął z analizy S&P tylko twarde dane makroekonomiczne oraz rynku pieniężnego, opuścił rozważania na temat wolności mediów, kluczowej roli sędziów Trybunału Konstytucyjnego w rozwoju gospodarki i wpływu dodatku 500+ na obsługę polskiego długu, to utrzymał swoją dotychczasową ocenę. Być może agencja FITCH wzięła pod uwagę także inne fakty.
Co ma Pan na myśli?
– Przede wszystkim to, że 13 stycznia br. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przy okazji oceny kryteriów kwalifikujących Polskę do dostępu do Elastycznej Linii Kredytowej (FCL) stwierdził, że fundamenty polskiej gospodarki są silne, a polityka makroekonomiczna, w tym monetarna, jest prawidłowa. Być może analitycy FITCH doczytali się w raporcie MFW, że rządząca od listopada 2015 r. w Polsce partia Prawo i Sprawiedliwość koncentruje się na wzroście gospodarki („focused on inclusive growth” – IMF Country Report No.16/12). Być może ci sami analitycy doszli do wniosku, że rezerwy Polski o wartości 98 miliardów dolarów plus 17,9 miliardów dolarów w ramach FCL to solidne zabezpieczenie bieżących zobowiązań Polski wobec zagranicznych kredytodawców. Być może przy okazji lunchu analitycy FITCH zwrócili uwagę na fakt, że według tzw. The Big Mac index złoty jest niedowartościowany (według tzw. parytetu siły nabywczej – Purchasing Power Parity) w stosunku do dolara aż o 51,9 proc. Być może warto – śladem amerykańskich pomysłów Baracka Obamy – ustanowić nową agencję ONZ: Urząd Ochrony Finansów Państw, która zadba o przejrzystość działań i edukację wszystkich graczy na światowym rynku finansowym.
Ministerstwo Finansów decyzję agencji oceniło jako niezrozumiałą z punktu widzenia analizy ekonomicznej i finansowej. Czy z polską gospodarką dzieje się coś złego, czy Polska bankrutuje…?
– Polska nie bankrutuje. Jednakże Polska potrzebuje generalnych zmian systemu gospodarczego. Polska potrzebuje likwidacji podatku dochodowego od osób prawnych oraz wprowadzenia dla wszystkich podmiotów gospodarczych podatku od przychodów ze sprzedaży, bez absurdalnego, szkodliwego dla wizerunku Polski, podziału firm na krajowe i zagraniczne. Rządząca partia ma historyczną szansę na totalną zmianę systemu zabezpieczeń społecznych. Wprowadzane przez rząd premier Beatę Szydło zmiany poprawiające życie większości Polaków: dodatki na dzieci, większa kwota wolna od podatku, elastyczna, wcześniejsza emerytura to wszystko kosmetyka, owszem, potrzebna w okresie przejściowym, ale nierozwiązująca polskich problemów, wyzwań i zagrożeń.

