logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Drugie płuco integracji

Sobota, 30 stycznia 2016 (02:08)

Z dr. Witoldem Waszczykowskim, ministrem spraw zagranicznych, rozmawia Piotr Falkowski

Uchodzi Pan za polityka bardzo proamerykańskiego.

– Zaprzeczam. Wiem, że taka opinia jest lansowana przez media niechętne temu rządowi. Próbuje się każdemu przyczepić jakąś łatkę. A jest to złe ujęcie problemu. W ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego niewiele jest państw, które mają globalną perspektywę i wizję świata. Takim państwem są Stany Zjednoczone próbujące reperować stosunki w różnych regionach, czasem niestety nieumiejętnie, dając się wpuścić w kosztowne wojny, które nie naprawiają sytuacji. My nie mamy problemu wyboru, czy Ameryka, czy Europa. To jak stawianie dziecku bezsensownego pytania, czy kocha bardziej mamę czy tatę. Problem w tym, że w UE nie ma podzielanej przez wszystkich diagnozy zagrożeń, przez co nie ma naprawdę wspólnej polityki zagranicznej, a więc i obrony. Jedynym instrumentem, który może nas obronić, jest NATO, a w nim państwem wiodącym są Stany Zjednoczone. Oglądamy się na USA nie z doktrynalnej miłości, ale z realizmu.

Ale czy USA naprawdę nas obronią? Może chodzi tylko o sprzedaż swoich produktów?

– Ale jaka jest alternatywa? Czy w Europie jest inne państwo o znaczącym potencjalne, wrażliwe na problemy bezpieczeństwa naszego regionu? Odpowiedź Europy od lat jest taka, że jeśli widzimy zagrożenie ze strony Rosji, to powinniśmy ją wciągać jeszcze bardziej w kontakty, zaangażować w nasz region. Takie podejście, może słuszne w logice relacji wewnątrz UE, w przypadku Rosji jest receptą na kondominium. Były już i u nas, i w innych krajach rządy, które próbowały stawiać na Europę. Doszło to tego, że Europa Środkowa ma niższy status bezpieczeństwa w ramach NATO, a Niemcy mówią, że jego wyrównanie jest niemożliwe, bo byłoby ruchem konfrontacyjnym wobec Rosji. Czyli nasi sojusznicy dbają bardziej o komfort kraju zewnętrznego, jakim jest Rosja, niż o komfort krajów, z którymi są w NATO.

Polski nie chciano też w tzw. formacie normandzkim decydującym o konflikcie na Ukrainie.

– Jeszcze w czasach Lecha Kaczyńskiego istniał bardzo ambitny plan, by wchodząc do UE i NATO, doprowadzić do sytuacji, że Polska będzie w grupie państw decydujących o losie tych instytucji. W mniej ambitnej, a bardziej realistycznej wersji zakładano, że będziemy mieli wpływ przynajmniej na ich politykę wschodnią. To zostało zaniechane. W efekcie ani nie decydujemy o rozwiązaniu konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, ani o kwestii imigrantów i uchodźców w Europie, ani o kwestiach energetycznych. Chwalenie się przez poprzedni rząd, że Polska jest znaczącym krajem w Europie, z którym się liczą, jest bez pokrycia.

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

Piotr Falkowski

Nasz Dziennik