logo
logo

Zdjęcie: Telewizja Trwam/ Internet

Zwycięstwo zza grobu

Środa, 2 marca 2016 (19:54)

– Są pewne ślady w ich odezwach, rozkazach, są wskazania. Że oni zginą, ale my mamy pamiętać, żeby ich kiedyś przypomnieć. Oni chcą być wydobyci z tych grobów, chcą stanąć między nami i wiedzą, że my chcemy, aby oni stali wśród nas – powiedział 1 marca w „Polskim punkcie widzenia" w Telewizji Trwam Leszek Żebrowski.

Leszek Żebrowski, historyk, publicysta, badacz dziejów podziemia niepodległościowego, był gościem programu „Polski punkt widzenia” w Telewizji Trwam we wtorek, 1 marca, w Narodowym Dniu Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Żebrowski jest jednym z pierwszych historyków, którzy przed wieloma laty zajęli się podziemiem niepodległościowym, walczącym po 1944 roku z komunistami.

– Nawet nie byłem historykiem. Stawałem się nim właśnie przez to, że takie zainteresowania, które zaowocowały publikacjami, występami na ten temat, rozwijały się samoistnie. Ja to robiłem na początku na własny użytek, dla siebie. Wiedziałem bardzo dużo z domu rodzinnego, to było ważne. Jednak cały czas czegoś brakowało. Zacząłem szukać, żeby tę wiedzę pogłębiać, żeby wiedzieć jak najwięcej – wspominał Żebrowski.

– Dokumenty z okresu wojny były w pewien sposób dozwolone, natomiast wszystko, co związane z okresem po 1944 roku, było zakazane – mówił Żebrowski i zaznaczył, że spotykał się z wieloma trudnościami, szukając świadków tamtych wydarzeń.

– Zawsze był opór, czy należy w ogóle o tym mówić, czy już można, czy nie naraża się tym rodziny – powiedział.

Z każdym kolejnym spotkaniem nieufność była jednak przełamywana, dlatego naoczni świadkowie historii zaczęli otwierać siebie i swoje archiwa przed Leszkiem Żebrowskim, którego część rodziny również zginęła po 1944 roku.

– Zaczęli wyciągać coś, co dla mnie było jak relikwie. Były to rozkazy, zdjęcia z partyzantki, gazetki konspiracyjne. Inteligencja się tego pozbywała, ponieważ obawiała się ponownych procesów. Natomiast na wsi, na prowincji, ludzie nie niszczyli takich dokumentów. Chowali je, dzięki czemu to wszystko się zachowało – tłumaczył Żebrowski.

Historyk przyznał, że liczył na odkłamanie historii po 1989 roku. Okazało się jednak, że nikomu się do tego nie spieszy.

– Historycy skupili się na różnego rodzaju sensacjach i na tym, co było bezpieczne. [...] To, co wydawało się, że w sposób naturalny wejdzie do historii, wcale nie wchodziło. Tego nie było. Wtedy historia może nie była zakazana, ale po prostu niechciana – zauważył.

Chęć odkłamywania historii rosła oddolnie. Kiedy na historię nie było miejsca ani w polityce państwowej, ani w organizacjach politycznych, zaczęła rozwijać się presja spontaniczna, zapoczątkowana w środowiskach młodzieżowych.

– Historia pojawiła się w środowiskach kibicowskich, które kiedyś były daleko od takich spraw. Jednak po tym, jak kibice byli traktowani przez państwo, jak ich pokazywano, zaczęli interesować się historią tego, do kogo byli porównywani. Oni byli tymi bandytami reakcyjnymi, przesuniętymi w czasie o kilkadziesiąt lat, ale tak samo wyzywanymi. I oni, tworząc te własne środowiska, zaczęli upubliczniać tę wiedzę. Pojawiły się koszulki z różnego rodzaju naszywkami, z postaciami z podziemia. Wytworzyła się moda. Wśród młodzieży to jest tak naturalne i oczywiste, że żadne inne emblematy nie wchodzą w grę. Dzisiaj nikt młody nie wyjdzie w koszulce z sierpem i młotem – tłumaczył.

Żebrowski przetoczył słowa gen. Włodzimierza Musia, wieloletniego dowódcy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który mówił, że oni, jako komuniści, byli wspierani przez Armię Czerwoną, ponieważ był to jedyny sposób na zwycięstwo z powstańcami. Powstańcy byli bowiem lepiej zorganizowani, przewyższali komunistów taktyką walki w mieście i w lesie. Ponadto mieli duże poparcie społeczne, byli lepiej wyszkoleni, sprawniejsi w działaniu.

Sytuacja w roku 1944 była ciężka, ponieważ część dowódców zginęła, część przeszła do cywila, ujawniła się i próbowała w jakiś sposób normalnie żyć. Dlatego też tylko część formacji niepodległościowej podjęła walkę z nowym okupantem.

– Podoficerowie, którzy nie mieli nad sobą kadry dowódczej, organizowali w lesie demokratyczne tajne wybory, aby wybrać spośród siebie osoby funkcyjne, które będą przeznaczone na wyższe stanowiska. Otrzymują stopnie funcyjne, nie wojskowe – powiedział Żebrowski. Podkreślił również, że jedyna demokracja, jaka w tym czasie żyła w Polsce, była w lesie, co było nienaturalne, ponieważ wojsko jest hierarchiczne, dowodzone przez jednostki. –  A tu te jednostki, aby dowodzić, zostały wybrane – stwierdził.

Komuniści nie mogli dopuścić do wycofania Armii Czerwonej z Polski, ponieważ nie mieli kogo postawić na jej miejscu. Oddali więc Polskę pod kolejną okupację, zamieniając niemiecką na sowiecką.

– Nie było żadnej wojny domowej, ponieważ wydarzenia mające miejsce w Polsce  po 1944 roku nie mają takiego charakteru. To była nowa okupacja, walka z wrogiem zewnętrznym. To było ostatnie polskie powstanie narodowe, powstanie antykomunistyczne. Powstanie o odzyskanie suwerenności i niepodległości Polski – ocenił Leszek Żebrowski.

Polska po 1944 roku żyła na emigracji. Był tam rząd, były partie polityczne. Powstańcy, dziś nazywani Żołnierzami Wyklętymi, walczyli o to, aby Polska z tej emigracji wreszcie wróciła.

24 kwietnia 2016 roku w Warszawie odbędzie się pogrzeb zamordowanego przez komunistyczną bezpiekę dowódcy V Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.

– Musimy tam być! – zaakcentował Żebrowski.

 

NG

NaszDziennik.pl