Wczoraj miało miejsce znamienne wydarzenie, ministrowie rządu Beaty Szydło: gospodarki morskiej – Marek Gróbarczyk i finansów – Paweł Szałamacha w stołówce Stoczni Szczecińskiej, doprowadzonej do upadłości przez rząd Donalda Tuska, przedstawili projekt tzw. ustawy stoczniowej.
Przypomnijmy tylko, że premier Tusk i ludzie z jego obydwu rządów nie mieli serca do polskiego przemysłu stoczniowego, i to prawie od początku ich rządzenia w Polsce.
Już w sierpniu 2009 roku, tuż po wygraniu przez Platformę wyborów do Parlamentu Europejskiego, ówczesny minister skarbu Aleksander Grad poinformował stoczniowców ze stoczni w Gdyni i w Szczecinie, że ostatecznie nie udało się wyłonić inwestora dla tych stoczni i w związku z tym zostaną one zlikwidowane.
Stało się to dokładnie w 29. rocznicę podpisania wywalczonych właśnie przez stoczniowców porozumień sierpniowych z 1980 roku, które – jak się powszechnie uważa – stanowią podwaliny obecnej wolnej i demokratycznej Polski.
Wcześniej, przy nacisku Komisji Europejskiej, zdecydowano się na tzw. specustawę, która pozwoliła na pozbycie się z obydwu stoczni 8 tysięcy pracowników (wprawdzie po wypłaceniu im odszkodowań), a następnie na podzielenie majątku i jego sprzedaż w trybie przetargowym.
Zresztą sprawa stoczni w Gdyni i Szczecinie została przesądzona już w momencie, kiedy Komisja Europejska zażądała zwrotu wcześniej udzielonej im pomocy publicznej, i niestety nie było wtedy sprzeciwu rządu Tuska wobec tej decyzji, czego wyrazem mogłoby być choćby jej zaskarżenie do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
Tusk, mimo tego, że swoją karierę polityczną zawdzięczał w jakimś sensie stoczniowcom Wybrzeża Gdańskiego, wtedy kiedy pojawiły się kłopoty z przyjęciem przez KE programów restrukturyzacyjnych stoczni, w gronie swoich najbliższych współpracowników stwierdził: „Niech szlag trafi te stocznie”.
Później, kiedy zaczął się już proces ich ostatecznej likwidacji, w jednym z wywiadów radiowych, pytany o sukcesy swojego rządu, powiedział, że jednym z nich jest to, że nie dopłacamy już do stoczni.
W rezultacie po terenach stoczni w Gdyni i Szczecinie hula już tylko wiatr (przepraszam, na terenie stoczni w Szczecinie zbudowano wielkopowierzchniowy sklep sieci Biedronka), masowe redukcje zatrudnienia wystąpiły także w przedsiębiorstwach pracujących na rzecz przemysłu stoczniowego (redukcje zatrudnienia tylko w Zakładach „Cegielskiego” w Poznaniu i Hucie Częstochowa dotyczyły kilku tysięcy pracowników).
Ocalała tylko Stocznia Gdańska, która pozyskała inwestora strategicznego w 2006 roku podczas rządów Jarosława Kaczyńskiego (wtedy była to ukraińska spółka ISD, a obecnie spółka Shipypard Group, która ma 75 proc. akcji, natomiast 25 proc. akcji – Agencja Rozwoju Przemysłu).
Teraz ministrowie rządu Beaty Szydło zaprezentowali w Szczecinie projekt ustawy, który stworzy warunki do zaktywizowania produkcji stoczniowej, koncentrujący się głównie na ułatwieniach podatkowych.
Chodzi o przepisy podatku VAT w postaci stworzenia stawki zerowej tego podatku w odniesieniu do całego łańcucha dostaw komponentów dla budowy statków (do tej pory stocznie ubiegały się o zwrot tego podatku), co automatycznie zwiększy możliwości finansowe stoczni o 23 proc.
Zaproponowano również, żeby stocznie (po uprzednim zgłoszeniu do urzędu skarbowego) miały do wyboru albo zapłacenie podatku CIT albo zdecydowanie się na zryczałtowany podatek dochodowy w wysokości 1 proc. produkcji sprzedanej.
Będzie także możliwość, aby obszary, na których powstaną stocznie, zostały decyzjami rządowymi zakwalifikowane do już istniejących Specjalnych Stref Ekonomicznych i tym samym korzystały z dodatkowych udogodnień wynikających z przepisów ich dotyczących.
Tak więc rząd Tuska kierował się zawołaniem „Niech szlag trafi stocznie”, a rząd Beaty Szydło tworzy warunki sprzyjające rozwojowi przemysłu stoczniowego.

