logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Silni własną siłą

Sobota, 23 kwietnia 2016 (05:17)

Z Anną Siarkowską, ekspertem ds. bezpieczeństwa, posłem ruchu Kukiz’15, członkiem sejmowej Komisji Obrony Narodowej, rozmawia Rafał Stefaniuk.

Głównym zagrożeniem dla Polski jest Rosja, a podstawą naszego bezpieczeństwa jest NATO – takie wnioski biją z przekazów rządowych od wielu lat. To dobrze zdefiniowany problem?

– Nie. Największym zagrożeniem dla Polski jest nasza własna głupota i bezbronność. Wszystko inne jest tego pochodną. Bezbronność prowokuje nieprzyjaciół do podjęcia działań, które w normalnych okolicznościach nie przyszłyby im nawet do głowy. Dlatego niezbędne jest podniesienie poziomu naszych zdolności obronnych oraz uczynienie Polski państwem na tyle bezpiecznym, by przez potencjalnych przeciwników była postrzegana jako nie do pokonania. To da się zrobić. W tym celu, oprócz odbudowania wojsk operacyjnych, musimy zbudować obronę terytorialną. Co do wsparcia sojuszniczego, to musimy pamiętać, że sojusznicy są jedynie wspomagającym elementem w strategii obronnej. Zgodnie z teorią strategii wojskowej, z którą można się bliżej zapoznać chociażby w pismach Carla von Clausewitza, sojusznicy w planowaniu bezpieczeństwa zajmują dopiero piąte, tj. ostatnie miejsce. Oczywiście są ważnym elementem obrony kraju, ale nie mogą być postrzegani jako jej fundament. Sojusznicy przyjdą nam z pomocą tylko wtedy, kiedy Polska będzie w stanie bronić się sama.

Prezydent Rosji Władimir Putin wielokrotnie powtarzał, że gdyby chciał, to w dwa dni zająłby Warszawę i kraje bałtyckie. Prężenie muskułów czy realna ocena?

– Wypowiedź ta z pewnością jest elementem polityki rosyjskiej, która ma na celu zastraszenie państw Europy Środkowej i Wschodniej, a przez to zniechęcenie do podejmowania działań, które nie są po myśli Kremla. Naszym zadaniem jest zrobienie solidnej oceny naszych możliwości. Myślę tu o wynikach audytu w MON. Komentując jego wyniki, minister Antoni Macierewicz poinformował, że na jesieni 2015 r. polskie Siły Zbrojne nie miały wystarczających zdolności, by zapewnić bezpieczeństwo naszemu terytorium. Powinniśmy więc wyciągnąć wnioski i poprawić błędy. Na samych raportach z audytów nie można poprzestać. Trzeba z jednej strony pociągnąć winnych tego stanu rzeczy do odpowiedzialności, z drugiej zaś podjąć pilnie działania naprawcze. Jednym z podstawowych zadań jest powołanie obrony terytorialnej z prawdziwego zdarzenia, takiej, która by realnie wzmacniała nasze możliwości obronne. Jeżeli bowiem obrona terytorialna miałaby być tworzona w sile 35 tys. żołnierzy, to nie sądzę, że taka ilość jest w stanie cokolwiek zmienić.

Jakie jest więc to minimum?

– Nie chcę skupiać się na ilości, bo ta powinna wynikać z zadań, które są przewidziane dla obrony terytorialnej. A te dzielą się na trzy zasadnicze: współdziałanie z wojskami operacyjnymi w trakcie konfliktu, ochrona i obrona infrastruktury krytycznej oraz ochrona i obrona ludności. Następnie musimy przeanalizować mapę uwzględniającą infrastrukturę krytyczną i polskie plany obronne, aby stwierdzić gdzie, jakie siły i do jakich zadań będą nam konieczne. Dopiero wtedy potrzeby te odpowiedzą nam na pytanie, ilu żołnierzy musimy zaangażować w obronę terytorialną. Nie może to dziać się na zasadzie, że mamy z góry zdefiniowaną tezę pt. „Kompania w powiecie”, mnożymy to przez ilość powiatów i wychodzi nam ilość żołnierzy wojsk obrony terytorialnej. Takie podejście jest nieracjonalne i nie spełni swojego zadania.

Antoni Macierewicz poinformował, że w najbliższych dniach poznamy koncepcje obrony terytorialnej. Docierały do Pani informacje z prac resortu obrony?

– Tak. Ale wiem, że do pierwotnie zgłoszonej koncepcji przedstawianej przez pełnomocnika szefa MON Grzegorza Kwaśniaka zgłoszono szereg uwag. Resort obrony podjął więc prace mające na celu uwzględnienie zgłaszanych zastrzeżeń. Jakie są ostateczne efekty? Nie mam informacji na ten temat. Czekam z niecierpliwością na końcowy rezultat prac, bo jest to sprawa kluczowa dla bezpieczeństwa Polski.

Mamy doświadczonych i dobrze wyszkolonych żołnierzy?

– Zależy do czego. Z pewnością mamy żołnierzy przygotowanych do zadań ekspedycyjnych, bo tak przygotowywano naszą armię. Ma to związek ze strategią bezpieczeństwa narodowego z 2007 roku, która zakładała na początku XXI wieku, że Rzeczpospolita jest krajem bezpiecznym, a w razie zagrożenia pomogą nam sojusznicy. Pod tę tezę przygotowywano nasze wojska, które ograniczono do wojsk operacyjnych i takich, które będą zdolne do współdziałania z sojusznikami poza granicami naszego kraju. Niestety, nie uwzględniono zupełnie tego, że jeśli nawet sojusznicy będą chcieli przyjść nam z pomocą i podjąć stosowne działania, to do tego potrzebny jest im czas. Minimalny czas, o którym się mówi, to jest od 4 do 8 tygodni. W mojej ocenie, założenie takiej szybkości reakcji NATO jest jednak zbyt optymistyczne. Dlatego uważam, że nasze cele powinny iść o wiele dalej, powinniśmy być w stanie się bronić co najmniej przez kilka miesięcy.  

Od 4 do 8 tygodni to za mało dla NATO?

– NATO jest strukturą, która potrzebuje dużo czasu, żeby podjąć jakiekolwiek decyzje. To się wiąże chociażby z ilością członków Sojuszu. Już teraz jest ich 28, a – jak wiemy – podczas szczytu w Warszawie NATO się rozszerzy. Zobaczmy zresztą, co robią Stany Zjednoczone. Waszyngton stawia na tworzenie koalicji ad hoc do danej operacji, unikając zbiurokratyzowanych struktur NATO.

Przywróciłaby Pani powszechny pobór w Polsce?

– Jestem przeciwnikiem przywrócenia poboru w takiej formie, jaka funkcjonowała do 2009 r., czyli 24- lub 12-miesięcznej służby. Opowiadam się za powszechną edukacją obronną i powszechnym przeszkoleniem wojskowym. Uważam, że wystarczy, jak każdy Polak po szkole średniej przejdzie 3-4-miesięczne szkolenie. Może być ono realizowane w okresie wakacji i w ten sposób nie zaburzy ono życia młodemu człowiekowi. Tak obywatele nabędą wiedzę i umiejętności, które w zasadniczy sposób przyczynią się do realizacji konstytucyjnego obowiązku obrony Ojczyzny.

A co z prawem do posiadania broni? Uwolnienie broni podniosłoby poziom bezpieczeństwa?

– Jest to jedno z zasadniczych wyzwań, które przed nami stoi. Jesteśmy Narodem bezbronnym, całkowicie rozbrojonym. W dużej mierze jest to pokłosie PRL. Musimy więc podjąć działania zmierzające do liberalizacji dostępu do broni i upowszechnienia jej wśród obywateli. Być może musi się to odbyć w sposób stopniowy, ale liberalizacja dostępu do broni jest strategicznym kierunkiem. Każdy, kto jest przeciwnikiem dostępu do broni dla obywateli, jest przeciwnikiem wzmocnienia bezpieczeństwa Polski.   

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl