Spekulacje medialne jednak się potwierdziły. Komisja Europejska zaproponowała wczoraj tzw. mechanizm korekcyjny do zasad dublińskich regulujących funkcjonowanie strefy Schengen.
Zakłada on wprowadzenie stałego systemu dystrybucji imigrantów, który byłby uruchamiany w sytuacji kryzysowej, gdy do jakiegoś kraju UE napłynie duża ich liczba, o 50 proc. większa od ustalonego górnego progu, ustalanego między innymi na podstawie wysokości PKB i ilości mieszkańców dla każdego kraju członkowskiego.
Gdyby jednak jakiś kraj nie chciał przyjmować odpowiedniej liczby imigrantów wynikającej z tego algorytmu, to może on odstąpić na rok od udziału w ich relokacji, jednak musiałby zapłacić 250 tysięcy euro za każdego z nich.
Środki te miałyby być przeznaczone dla krajów, które tych imigrantów będą przyjmować i ponosić koszty z tym związane.
Wprawdzie jest to tylko propozycja KE, która trafi teraz pod obrady Rady i Parlamentu Europejskiego, ale nie ulega wątpliwości, że stoją za nią największe unijne kraje z Niemcami w roli głównej.
Propozycja KE jest – jak się wydaje – konsekwencją ostatniego szczytu Unia – Turcja, który odbył się w połowie marca tego roku.
Wtedy przywódcy europejscy zabiegali u przywódców tureckich z jednej strony o uszczelnienie morskiej granicy z Grecją, tak aby zablokować exodus imigrantów tą drogą, z drugiej o przyjmowanie z powrotem tych imigrantów, którzy znaleźli się w UE, ale nie otrzymali azylu.
Wprawdzie porozumienie z Turcją dotyczące uszczelnienia morskiej granicy z Grecją zostało już raz przez UE zawarte w listopadzie 2015 roku, ale niestety nie było realizowane, ponieważ Unia obiecała Turkom 3 mld euro na finansowanie obozów uchodźców w ciągu najbliższych 2 lat, ale przekazała do tej pory zaledwie kilkadziesiąt milionów euro.
Komisja Europejska, która dysponuje unijnym budżetem, żąda przejrzystości wydatkowania tych środków od instytucji i organizacji tureckich zajmujących się imigrantami, ale nie jest to łatwe do osiągnięcia.
Turcy oprócz pieniędzy (tym razem chodzi już o środki w wysokości aż 6 mld euro, przy czym do roku 2018) uzyskali od UE deklarację przyśpieszenia negocjacji dotyczących członkostwa tego kraju w UE, a także decyzję w sprawie zniesienia unijnych wiz dla swoich obywateli już od czerwca tego roku.
Turcy zobowiązali się wprawdzie do przyjmowania tych imigrantów, którzy nie uzyskali azylu w krajach UE, albo tych, którzy zostaną do tego kraju zawróceni przez międzynarodowe patrole na Morzu Egejskim, ale w zamian przyjmowania przez UE uchodźców wprost z obozów rozlokowanych na swoim terenie.
Te przemieszczenia mają się odbywać na zasadzie „jeden do jednego” i naprawdę przy tak ogromnej skali imigracji trudno sobie nawet wyobrazić logistykę tego przedsięwzięcia. Zresztą do tej pory przemieszczono w ten sposób zaledwie kilkaset osób.
Po zamknięciu tzw. szklaku bałkańskiego rozpoczęła się znowu na znacznie większą niż do tej pory skalę imigracja przez Morze Śródziemne z Afryki do Włoch i na Maltę (ponad 20 tysięcy imigrantów przez 3 miesiące „zimowe”).
Wszystko więc wskazuje na to, że za duże pieniądze i poważne ustępstwa wobec Turcji Unia kupiła parę miesięcy spokoju, jeżeli chodzi o tzw. szlak bałkański, ale jednocześnie z impetem wraca masowa imigracja do UE przez Morze Śródziemne.
Przy czym, chcąc zahamować imigrację na tym kierunku, UE musiałaby wynegocjować porozumienia aż z pięcioma krajami: Marokiem, Algierią, Tunezją, Libią i Egiptem, a to z wielu względów nie jest raczej możliwe.
Przygotowane przez KE propozycje z jednej strony mają rozwiązać nabrzmiały problem rozdziału imigrantów, którzy już są głównie we Włoszech i Grecji od lata poprzedniego roku (ze 160 tys. imigrantów przebywających w tych krajach udało się przez blisko rok rozdzielić około 1,5 tys. osób), z drugiej są przygotowaniem do ewentualnego kryzysu związanego z imigracją z Afryki Północnej przez Morze Śródziemne, a także sytuacją, gdyby Turcja odstąpiła od realizacji porozumienia z UE.
Ale przygotowane przez KE rozwiązanie jest tak absurdalne, że jeżeli zostanie przyjęte, jeszcze mocniej będzie zachęcało imigrantów do przybywania do UE, a także pogłębi konflikty pomiędzy poszczególnymi krajami członkowskimi.
Nie ulega wątpliwości, że kraje Grupy Wyszehradzkiej będą próbowały zbudować mniejszość blokującą przyjęcie tych absurdalnych rozwiązań i być może z udziałem Rumunii, Bułgarii, krajów nadbałtyckich, a także niektórych starych krajów członkowskich to się jednak uda.

